w gorach i w puszczy

Posted on 12 November 2009

Czas w Monterrey plynie dosc spokojnie, mieszkam sam wciaz w tym samym pokoiku na poddaszu, na ktore prowadza waskie i krete schodki.. Jutro ruszam dalej na poludnie, w kierunku regionu o nazwie Huasteca Potosini. Bylem wczoraj na dworcu i probowalem sie zorientowac w rozkladach jazdy autobusow i cenach. Jak sie okazuje nie jest to takie proste. Wchodzac na Centrale Autobusowa, jak oni to tu ladnie nazywaja, pierwsze co sie rzuca w oczy to stoiska roznych firm transportowych, zupelnie jak na lotnisku. Elegancko ubrany personel, czyste korytarze i wydawac by sie moglo, ze wszystko jest w jak najlepszym porzadku…
Ale juz po chwili widze, ze ten dworzec raczej przypomina cos na ksztalt bazaru. Personel poszczegolnych firm po prostu przekrzykuje sie, jeden przez drugiego, zachecajac kazdego przechodnia ,by to wlasnie u nich kupil swoj ´wymarzony´bilet. Raban, Halas i Harmider (RHH), moze nie w najlepszym wykonaniu, ale jednak nieco zaskakujacy. Sprawdzilem jakies dwa polaczenia w roznych firmach, ceny takie same wiec chyba wszystko jedno bedzie, z ktorymi pojade. Slyszalem, ze nocne kursy sa dosc niebezpieczne ze wzgledu na jakies napasci itd. wiec stwierdzilem, ze i tu zastosuje metode malych krokow, i pierwszy przejazd odbede jakos w miare w dzien. Gorzej, ze przyjezdzam do miasta pod wieczor i nie mam zalatwionego zadnego miejsca do spania, bo hosteli tam nie ma po prostu, a w hotelu przeciez nie bede spal. Nie wiem jeszcze co zrobie, licze, ze sie to jakos wyklaruje na miejscu…

Samo Monterrey jakos nie zachwyca. Jest to miasto przede wszystkim bogate. Bardziej przypomina miasta amerykanskie niz cos, czego sie spodziewalem po Meksyku. Jest tutaj bardzo ladne metro, ulice sa w naprawde dobrym stanie, a Macro Plaza, jeden z najwiekszych rynkow/placow/ciagow reprezentacyjnych na swiecie, jest naprawde ladnym miejscem. Na jednym krancu znajduje sie Palac Gubernatora, na drugim Fontana Zycia, w ktorej kapie sie nie kto inny jak sam Posejdon wraz ze swoja zgraja. Jak na Miasto Gor to dobrze, ze nie wstawili do tej fontanny jeszcze Piratow z Karaibow.. Nad wszystkim goruje Faro de Comercio, waska wieza bedaca najwyzszym monumentem w miescie. A trzeba przyznac, ze jest ich tu bardzo duzo. Oprocz tego sporo tutaj zieleni i miejsca do tzw. wypoczynku. Niedaleko znajduje sie Barrio Antigua, stara dzielnica miasta, o niskiej zabudowie, z wieloma lokalami, bedaca zapewne centrum zycia nocnego. Po drugiej stronie placu zaczyna sie miasto. Im dalej od Macro Plazy tym brzydsze i bardziej ´industrialne´. To, co jest charakterystyczne to sprzedawcy na ulicy, kazdy ze swoim kramem, sprzedaje sto roznych rzeczy, od papierosow na sztuki, przez hot dogi, tacos, po stare joisticki i magnetowidy.. Troche krazylem po miescie, widac ze jest to duzy i wazny osrodek biznesu. Licze, ze im dalej na poludnie tym widoki beda ciekawsze. Narazie moim ulubionym miejscem jest jednak kafejka internetowa blisko hostelu. Zaprzyjaznilem sie z Horge, ktory jest wlascicielem. Duzy jak, jak to sie mowi, nie przymierzajac, dab - a jaki dziecinny! Lubie takich ludzi. Gra co chwila w jakies gry tutaj, na fejsie wysyla mi zaproszenia do jakis aplikacji, w ktorych sie buduje wlasne parki rozrywki, czestuje mnie cola, co jakis czas podchodzi i klepie po ramieniu. Smieszny gosc i bardzo sympatyczny! ;)

Tyle o Monterrey i najblizszej przyszlosci, teraz uracze Was opowiescia o mojej wycieczce w gory. Tzn. chyba lepsze slowo to ´zanudze´Was, bo wyszlo mi ten opis jakos strasznie dlugo. Takze ostrzegam od razu. No ale nic.. Pisalem ostatnio, ze szukalem map okolic by troche polazic po okolicznych wzniesieniach. Map nie znalazlem zadnych, nie liczac sieci drog i autostrad oraz planow miast takich jak Cancun, Ciudad de Mexico czy Nowy Jork. Jak sie pytalem o mapy gor to wszyscy robili wielkie oczy i krecili glowami, mowiac, ze nie wiedza gdzie i czy w ogole ktos cos takiego sprzedaje. W koncu dalem za wygrana, spisalem informacje z portalu SummitPost (polecam swoja droga) i nastepnego dnia wstalem rano by wreszcie sie gdzies przejsc po gorach… Suzanne deklarowala sie poprzedniego wieczoru, ze idzie ze mna, ale gdy zapukalem do jej pokoju o 0800 wybakala cos przez sen, ze jest zmeczona. Raczej nie nalegalem by zmienila decyzje, pomyslalem, ze to nawet lepiej, bo bede sobie szedl jak mi sie bedzie podobalo. Artystka, 30 lat, w adidasach, rzeczywiscie mogla nie miec duzej radosci ze zdobywania szczytow, wiec jak dla mnie luz. Na spokojnie zjadlem sniadanie i wyszedlem z hostelu ok 0930 wiedzac, ze mam az nadto czasu. Na ulicy zlapalem taryfe. Fajne jest to tutaj, ze wszystkie sa koloru zielonego, wiekszosc z nich to zdezelowane nissany (jakis smieszny model, ktorego nazwy nie moge zapamietac) i jak jeden maz, kosztuja grosze. Za 5 dolarow przejechalem nieco ponad polowe miasta i wysiadlem na jakims osiedlu, przed piaszczysta droga, ktora piela sie w gore i niknela gdzies za zakretem. Kierowca zapewnial, ze to tu, jednak ja do konca nie bylem przekonany. Mialem w pamieci zdjecie Cerro de la Silla, na ktorym byly wyrysowane linie podejsc na wszystkie cztery wierzcholki gory i widzialem, ze bylem za daleko i nie przed tym grzbietem, ktorym chcialem wchodzic. No ale co zrobic, grzbiet to grzbiet, moze sa rozne sciezki.. Jak to mawiaja, wszystkie drogi prowadza do Rzymu. Na pewno nie prowadzila tam owa piaszczysta droga, przed ktora zatrzymala sie taksowka. Po 5min marszu doprowadzila mnie ona do jakiegos ogrodzonego terenu, posrodku ktorego stala wielka betonowa bryla, bedaca zapewne jakas stara, opuszczona przepompownia lub czyms takim. Chociaz teren byl ogrodzony, to brama wjazdowa stala otworem. Obszedlem dookola betonowa bryle, ktora zaczela mi sie jawic teraz jako swiatynia Massasi, rodem z planety Yavin 4 (Star Wars ;p) ale nie znalazlem zadnej ´kontynuacji´ drogi.. Zawrocilem wiec do niewyraznego odbicia w las, ktore mijalem po drodze. Nie wygladalo to dobrze, ale z drugiej strony, kompas wskazywal odpowiedni kierunek, wiec czemu by nie sprobowac.. Przez moment szlo sie niezle, ale pol godziny pozniej zaczela sie udreka. Sciezka byla tak zarosnieta, ze przez wiekszosc czasu szedlem na zywca przez krzaki, na dodatek praktycznie w kuckach, a jedyne o czym myslalem to co mnie to moze spotkac. Bujna zielen stosunkowo niskich drzew, kaktusy, nagrzane skaly z licznymi wymyciami - idealne miejsce dla takich zwierzat jak pumy czy weze, o ktorych czytalem nie dawno. Znacie pewnie to uczucie, gdy rozsadek mowi Wam, ze tutaj na pewno ich nie ma, ze za blisko miasta, ze halas itd. ale jednak jakis tam cien niepewnosci sie czai tuz za rogiem. Doszedlem w koncu po 1,5h ´kszalowania´(;p) na jakis posredni pipant, z ktorego moglem sie zorientowac, co sie dzieje do okola. Bylem w jakiejs 1/3 wysokosci wierzcholka Pico de Antena (nazwa, zupelnie niespodziewanie, od anteny telewizyjnej na szczycie), na ktory chcialem wejsc by nastepnie przez siodlo dostac sie na cel mojej wycieczki, najwyzszy wierzcholek – Pico del Norte (1820 m). Niestety, dalej isc sie nie dalo. Sciezka sie skonczyla, a roslinnosc byla tak gesta, ze przedzieranie sie przez nia bez maczety przestalo miec jakikolwiek sens. Chcac nie chcac, musialem zawrocic. Nieco nizej znalazlem wygodniejsza sciezke, ktora co prawda odchodzila od mojego kierunku zejscia, ale tempo marszu bylo znacznie wyzsze. Zszedlem wiec na dol, byla godzina 1140, uzupelnilem plyny na stacji, zastanawiajac sie co dalej zrobic. Znajac prastare powiedzenie, ze ´nie ma gory, ktorej nie dalo by sie obejsc´(wg wersji Skrzyniarza -…ktorej nie daloby sie objechac PKSem ;)) postanowilem dojsc na okolo do wlasciwej sciezki. Musialem przejsc ladny kawalek po jakis osiedlach, gdzie wlasciwie oprocz psow nie bylo zywej duszy. A jesli juz byla to nie miala pojecia gdzie sie zaczyna szlak na Cerro de la Silla. W koncu bylem niemal pewny, ze jestem w dobrym miejscu, ale zadnej tabliczki, strzalki, po prostu nic. Jaka kobieta powiedziala, ze szlak idzie dnem wyschnietego potoku, co pasowalo do tego, czego szukalem, znajac wytyczne z SummitPost. Zeby do niego dotrzec musialem przeskoczyc jakis plot i przejsc przez bedacy w trakcie budowy dom. Sam bym nie znalazl chyba.. Przypominam, ze moim celem jest Gora-symbol Monterrey, Cerro de la Silla.. ;) Robilo sie stosunkowo pozno, 1230 na tarczy, napieram. Na kamieniach pojawiaja sie jakies dziwne strzalki we wszystkich kolorach, dziwne oznaczenia, ale to tu. Dochodze do rozwidlenia szlaku, wiem ze oba wioda na szczyt, tylko jeden jest stromszy (i pewnie szybszy). Jako wielki zwolennik tzw. Szybkich GOTow wybieram ten wariant. Idzie sie milo, tempo dobre, waska sciezka, ale przynajmniej nie ide skulony. Po 2h marszu cos zaczelo mnie jednak meczyc, ale zwalilem to na to, ze w sumie ostatni raz po gorach chodzilem ponad miesiac temu i to pewnie brak rozchodzenia. Lampa na niebie specjalnie nie dokuczala, jednak bylo goraco. Wody mialem juz niecale 1,5 litra wiec trzeba uwazac, zwlaszcza, ze okazalo sie ze strumieni nie ma tutaj wcale.. Tempo marszu troche spadlo, ale z innego powodu. Tak jak poprzednio obawialem sie jakis nierealnych dzikich zwierzat, tak tutaj bardzo realne okazaly sie…pajaki. I to nie jakies mini-malusie (z drugiej strony tez nie jakies z rodzaju ptasznikow, co to polykaja w calosci swoje ofiary..). Na srodku sciezki pajeczyna, a na srodku pajak. Spotkanie twarza w twarz z takimi nie nalezy do przyjemnych, z reszta wolalem nie sprawdzac ich jadowitosci ;) Wzialem do reki kijek i wymachujac nim przed soba, stracajac pulapki na drodze, jakos szedlem dalej.. Teraz jak sobie o tym mysle, to musialo to wygladac przekomicznie, jednak wtedy wcale nie bylo mi tak do smiechu.. ;) Widokow zadnych, caly czas gesty, lisciasty las (nie lubie) i coraz czesciej musialem sie gimnastykowac, by pokonac jakies przeszkody. Gdy doszedlem w okolice przeleczy i szlaki sie zbiegly ponownie, tworzec jedna sciezke na szczyt, czulem sie juz zmeczony. Zdenerwowany bardziej na siebie niz cokolwiek innego, pokonalem ostatnie 200 m przewyzszenia. Na szczycie dopiero odslonil sie jakis widok. Zobaczylem z gory miasto, cierpiace, ze wzgledu na swoje polozenie miedzy gorami, na ogromny problem smogu, oraz doliny po drugiej stronie i dlugie pasmo gor, po ktorym chcialem na poczatku isc dalej, z calym dobytkiem, na poludnie. Teraz ta idee zupelnie odrzucilem, ze wzgledu na stosunkowo waska i zarosnieta gran, oraz przede wszystkim wspominany kompletny brak wody. Dopiero na szczycie dotarlo do mnie, ze powodem mojego oslabienia moze byc odwodnienie. Miesnie zaczely mi drzec z braku magnezu zapewne, wiec z polowy wody, jaka mi zostala zrobilem sobie kubek Orsalitu. Zazwyczaj to ja wystepowalem w roli czestujacego innych tym specyfikiem, jednak wiedzialem, ze przede mna co najmniej 3h schodzenia, a po godzinie odpoczynku na szczycie zrobila sie 1700. Gdy zaczalem schodzic czulem sie juz dosc kiepsko. Zaczel sie wkradac strach, choc to z pewnoscia zbyt duze slowo.. Bywalem w gorszych sytuacjach, do miasta tak czy inaczej przeciez jakos zejde, daleko nie mam. Tylko ten brak wody.. Zrobilo sie juz ciemno wiec wyjalem czolowke. Wybralem druga odnoge szlaku na dol, po dnie wyschnietego potoku, co stworzylo kolejne trudnosci, gdyz wapienie, z ktorych zbudowane jest cale pasmo Sierry Wschodniej, wymyte przez wode, obfitowaly w roznego rodzaju wymycia, uskoki, krotko mowiac dziury, d
o ktorych wolalbym sie nie sp$%”&%ic po ciemku…Nawet pajaki zeszly na drugi plan. Co pewien czas robilem krotkie odpoczynki i w pewnym momencie, bedac gdzies w polowie drogi, zobaczylem nad soba swiatla czolowek. Byc moze to inni turysci (pff!), chociaz bardziej prawdopodobne bylo to, ze byl to zespol ratownikow, ktorzy zobaczyli moje swiatlo i w jakis sposob schodzili ta sama droga co ja, chcac do mnie dotrzec..zwlaszcza ze wsrod kilku lampek byly tez czerwone, mrugajace..  Moze to Mauricio, wlasciciel mojego hostelu, ktory dal mi do nich sam numer, zadzwonil do nich i powiedzial, ze jeszcze nie wrocilem? Swiatelka widzialem caly czas w podobnej odleglosci, wiec sadzilem ze ide w rownym tempie co oni.. od czasu do czasu specjalnie odwracalem sie by czolowka dac im znac ze jestem gdzies tu ;)Dodalo mi to sil, byc moze nie chcialem wyjsc na mieczaka. Tak czy inaczej, moc wrocila jakos i doszedlem po 2030 na dol. Wtedy do mnie dotarlo, ze to wcale nie byly swiatelka czolowek. To telewizyjna antena, ktora mrugajac lampami przez drzewa tworzyla takie wrazenie.. Na dole kupilem w sklepie litr gatorade, ktory przyjalem momentalnie..

Wydalo mi sie to smieszne, gdzie w Meksyku ratownicy gorscy wychodzacy na spotkanie turystom.. Po chwili jednak uderzyla mnie inna rzecz. Kilka dni temu konczylem czytac ´Pielgrzyma´ P. Coelho i tam miala miejsce podobna sytuacja. Bohater musial skonfrontowac sie z Legionem, psem-demonem, by dokonczyc swoja Pielgrzymke i wypelnic wszystkie zadania. Przy drugim zetknieciu z demonem byl sparalizowany przez strach. Stal, patrzac jak pies zbliza sie do niego i nie byl w stanie nic zrobic.. W pewnym momencie przez ulice przeszla zakonnica, w jakis sposob emanujaca pozywytna energia. Pielgrzym pomyslal, ze jest ona tam po to, by mu pomoc. To dodalo mu sil, uwierzyl. Po czasie okazalo sie, ze nie miala ona z ta walka nic wspolnego, po prostu przechodzila obok.. Moja sytuacja wydala mi sie tak podobna, ze zdecydowalem sie zamiescic ten fragment z ksiazki w dziale ´Posluchaj to do Ciebie´. Zamiescilem tez kawalek Habakuka - Sila Serca. Nie wiem dlaczego mi sie przypomnial, ale przez CALA droga w dol chodzil mi po glowie. Nie moglem sie od niego uwolnic. Pamietacie scene z filmu ´Touching the Void ´ jak zdaje sie, Joe Simpson, alpinista, ktory wygrzebal sie cudem ze szczeliny lodowej w Andach, schodzac na czworakach przez kilka dni sam, kompletnie wyczerpany slyszy tylko jedna piosenke Boney M? To bylo cos na tej zasadzie, oczywiscie nie w takiej skali, gdyz sytuacje, w ktorych znalazlem sie ja i on, sa tak rozne, ze bluznierstwem byloby porownywac ich do siebie. Ja bylem w stanie swiadomie myslec i dzialac, on nie mial wyjscia..  Nie mniej jednak bylo to dosc ciekawe przezycie i na pewno czegos mnie ta gora nauczyla.. Wiecej niz nie jeden tatrzanski ´wyryp´.. Po powrocie do hostelu lapaly mnie silne skurcze w nogach i obiecalem sobie przykladac wieksza wage do swojego zdrowia.. ;)

Zdecydowalem tez, ze po takich krzakach to mi sie nie chce juz chodzic i odpuszcilem sobie kolejne, watpliwej urody wycieczki w okolicach Monterrey (to tez nie jest tak, ze tu wszystko jest brzydkie. Trzeba tylko sporo wyjechac poza miasto, by dotrzec do ladnych miejsc, ktore niestety w wiekszosci sa juz okupowane przez roznego rodzaju firmy typu adventure). Chce tez od razu uspokoic wszystkich, ktorzy czytajac ten opis, pomysleli sobie – ´co za idiota´, albo  ´mogl przeciez sobie cos zrobic´! Nie bylo to nic, z czym nie moglbym sobie poradzic, nawet jesli mialbym spac w tym lesie ;) Teraz po prostu bede zabieral wiecej wody, bo jednak smog smogiem, chmury chmurami, ale goraco jest tutaj bardzo! ;) Generalnie policzylem po powrocie, ze przeszedlem tego dnia jakies 36 GOT w ciagu 11h, lacznie z odpoczynkami itd. Nie jest to jakis super wynik, nie mniej jednak zdaje sobie sprawe juz, ze  kazdy wysilek w nowych warunkach musi byc poprzedzony aklimatyzacja :) Wiec uznam to za ta aklimatyzacje. ;)  

Ponizej kilka zdjec z Monterrey i owej ekskursji na Cerro de la Silva. pzdr!


9 comments to w gorach i w puszczy

  • marcin says:

    faktycznie opis dość długi, ale dobrze się czyta :)
    pozdro!
    ps. autoportret wyszedł Ci pierwszorzędnie, prawie jak z naszej klasy ;]

  • Sędek says:

    Przygoda przygoda każdej chwili szkoda! :D Fred, oby Ci się taka antena telewizyjna w cięższych momentach zawsze znalazła na drodze! Pozdr, czyta się to nieźle, ujdzie ;)

  • Madzia says:

    Kuba, długie, ale fajnie się czyta!:) Dbaj o siebie!

    Ps. Od kiedy Ty czytasz Coehlo?:P

  • Adriano says:

    buehuehue – dla mnie najlepszy opis jak do tej pory! Ja wiem czego Ci brakowało – całonocnej balangi przed wyjściem w góry! Wtedy jesteś mistrzem sprintu i świeżości.

    Pozdro od grupy lazaret xD

  • Adriano says:

    ach, jeszcze co do zamiany orsalitowych ról -

    to chyba Coelho

    “człowiek poznaje siebie, dopiero gdy pozna własne granice”

  • Kamil says:

    Siemasz Gosciu!!!
    wycieczka zapoznawcza rzec by mozna!;)
    wnioski wyciagniete wiec do przodu!na fali, si?!;)

    W PL:
    juz nie pada, troche lepiej (6 stopni)
    En Varsovia miedzynarodowy festiwal salsy!
    i festiwal filmów rosyjskich, Marlin Manson tez do nas wpadnie;)
    Smuda zbiera kadre na towarzyski z Rumunią;)

    co z hiszpańskim?!czekamy!;)

    aha, pomysł z robieniem fotek sobie bardzo dobry! rob na kazdej ekskursji! w koncu brakuje nam najbardziej Ciebie a nie widoczków! widoczki sa dla Ciebie! – my jedynie przy okazji jestesmy widzami wdziecznymi za te foty i opisy-nawet te dlugie wg Ciebie, sa za krotkie dla nas! wiec pstrykaj mordo moja!;)

    drugie aha! ladna blaszke masz na piersi przypieta!;)

    Pozdrawiam

  • AFJ says:

    Opisy nie są za długie, tym bardziej, że 3 dni czekaliśmy na nie 30 razy zaglądając na blog.
    Ale i tak największym prezentem w tym dniu był telefon od Ciebie. Miło było usłyszeć Twój radosny ton głosu. Opisy opisami, ale co w duszy gra poznać można po głosie. A Tobie aż dźwięczy.
    I pamiętaj : dużo pij…..wody.
    Powodzenia

  • tomuś says:

    Przez Twój opis eskapady Fred nie zauważyłem, że mi się laptop rozładowuje i musiałem na raty czytać bloga….. myślę, że to będzie wystarczająca “opinia” na temat Twojej prozy ;P
    Trzymaj się i nie daj się pająkom :)

  • fred says:

    heh, Adrian, nigdy nie chodze w gory w takim stanie! ;) Mam tez nadzieje, ze granice byly jeszcze daleko przede mna ;) nie ma co roztrzasac ;)

    Madzia – jak dla mnie, Twoje pytanie zabrzmialo w pierwszej chwili mniej wiecej tak: ´Kuba, a od kiedy ty w ogole czytasz ksiazki?!´ ;) Pielgrzyma podsunal mi przed wyjazdem Tata i bardzo mi sie spodobal. Z reszta gdzies na poczatku juz o tym pisalem..

    Tak, teraz juz pije duzo wody ;)
    Blacha na klacie sie swieci, a jak! A teraz jeszcze bardziej, bo wczoraj odebralem z pralni polar, wiec blacha jest niczym gwiazda na niebosklonie, patrzac ze szczytu Busova i czujac powiew gorskiego powietrza na licu ;))

    heh, Tomek, mam nadzieje, ze nie utraciles zadnych danych ;) Ja w chwili obecnej utknalem w Ciudad Valles, dojechalem tutaj i okazalo sie, ze dalszy transport mam z zupelnie innego miejsca niz dworzec na obrzezach miasteczka, na ktorym jestem i na dodatek dopiero rano, ok. 0600, wiec musze gdzies przeczekac. Zupelnie inaczej jest w tym miasteczku, na szczescie juz znalazlem jakies miejsce do spania, bo atmosfera jest gesciejsza nieco niz w Monterrey. Napisze wiecej jak juz cos sie stanie ciekawego ;)) Jutro ruszam do miejscowosci Tamasopo. elorapgra.

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.