Czekając na wiatr w Ĺźaglach…

Posted on 17 January 2011

Ani się spostrzegłem, minęło 8 dni od mojego przyjazdu do Ushuaia. Czas płynie nieubłaganie, prawie tak szybko, jak zmienia się tu pogoda. Przemyka się gdzieś między słonecznymi godzinami, pędzi w lodowych, porywistych podmuchach wiatru, by za chwilę spłynąć deszczem z ciężkich chmur wiszących nad Cordillerą Darwin. W nocy zaś, bywa że i przybiera postać tańczących na wietrze płatków śniegu, które strząsam z namiotu podczas wyjścia na poranną toaletę.. Nie mam czasu się nimi zachwycać, z ciepłego śpiwora wychodzić wcale nie jest przyjemnie. Często więc leżę w półśnie do późna, śniąc o świecie wielkich żagli

Czasem śni mi się, Ĺźe jak wstanę to w skrzynce mailowej będzie na mnie czekała juĹź wiadomość, Ĺźe mnie na ktĂłrymś jachcie potrzebują. Albo, Ĺźe jak dziś będę w marinie to spotkam kogoś, kto akurat szuka załogi… Śnią mi się całe rozmowy, mĂłwię przez sen, Ĺźartuje, śmieje się. Prędzej czy później zdaje sobie sprawę z tego, Ĺźe jestem we śnie. Przenoszę się wtedy na ciepłe wody KaraibĂłw, spaceruje  boso po pokładach pięknych jachtĂłw albo widzę lodowce Antarktydy, czując jak morskie fale bujają łódką. Lucid dreaming – świadome śnienie. W końcu jednak pełny pęcherz albo zimne stopy zmuszają do podjęcia stanowczych działań mających na celu opuszczenie śpiwora i powrĂłcenia do rzeczywistości.

Proste śniadanie – płatki, dulce de leche, bułka i yerba mate – w bufecie kempingowym przed ekranem netbooka. Ktoś chce zostać moim przyjacielem na facebook’u, znĂłw czytam bezuĹźyteczne informacje o tym, Ĺźe gdzieś na Trynidadzie stary kapitan poszukuje członka do załogi na długoterminową, Ĺźeglarską przygodę, najlepiej doświadczonej kobiety po 40-ce, czasem trafi się miła rozmowa na skype albo na czacie. Kiedy wracasz? Jak tam szukanie jachtĂłw? Raz na dwa dni chodzę do mariny. Na tablicy ‘kapitanatu’ wisi wciąż moje ogłoszenie, ale nikt nie pytał o nic… Dalej, przy pomoście stoi kilkanaście łódek. NiektĂłrzy nie chcą gadać wcale, albo zamienią kilka zdawkowych słów -rozmowa trwa dwie minuty – “nic nie wiem, nie widziałem, prĂłbuj dalej..” Inni, jak pewien Francuz albo Joanne – starsza, angielska Ĺźeglarka, ktĂłra po raz wtĂłry bezskutecznie prĂłbuje opłynąć samotnie świat non-stop, wręcz przeciwnie. Zaproszą na chwilę na jacht, pogadają serdecznie i podpowiedzą nazwy innych łódek, ktĂłre w najbliĹźszym czasie mają przyjść do portu, mimo Ĺźe obok leĹźy strzaskany po wywrotce bom, plączą się liny albo właśnie tankują wachę do zbiornikĂłw. Czuję się okropnie głupio, jakbym przeszkadzał, zawracał komuś głowę. Nie lubię tego strasznie, nie lubię prosić, być jakby ‘w potrzebie’… Ale nie ma innego sposobu. Jestem wtedy w jakiś sposĂłb wdzięczny tym sympatycznym ludziom…

Najmilszą niespodzianką było spotkanie polskiej załogi Katharsis II. Z miejsca zostałem zaproszony na herbatę pod pokład. Na takiej łódce jeszcze nie byłem i sądzę, Ĺźe kaĹźdy, kto myśli, Ĺźe na morzu Ĺźycie jest niewygodne, zmienił by zdanie po krĂłtkiej wizycie na podobnej klasy jednostce, ale nie to jest najwaĹźniejsze. Ĺťeglarstwo to nie jachty, o czym miałem okazję się przekonać jeszcze raz.. Poznałem przesympatyczna załogę, taką ‘ludzką‘ i ‘normalną‘, ciekawą świata, czym byłem wręcz zaskoczony po uprzednim, kilka minut wcześniejszym dosłownie, spotkaniu z załogą innego, co prawda komercyjnego, ale jednak polskiego jachtu. Katharsis II w rejsie jest takĹźe od dłuĹźszego czasu, a za pare dni ruszają na Antarktydę, mają jednak bardzo doświadczonych Ĺźeglarzy na pokładzie i nie ma tam miejsca dla mnie. Podczas drugich odwiedzin zostałem ugoszczony przepysznym obiadem, ktĂłrego niewątpliwą atrakcją była dopiero co przywieziona z Polski kaszanka! :) Później jeszcze z niektĂłrymi chłopakami z załogi spędziliśmy miły wieczĂłr w knajpie z wifi, przy piwku i rozmowach, co niewątpliwie poprawiło mi nastrĂłj :)

Nie jest teĹź tak, Ĺźe czuję się jakiś smutny czy zdołowany. Atmosfera na kempingu jest ciekawa. Koniec świata, tak jak myślałem, przyciąga róşnych interesujących ludzi. Większość to turyści z plecakami, rodziny w kamperach ale są i nomadzi, ktĂłrzy tylko w teorii mają gdzieś tam dom. Jednym z nich jest muzyk, Leonardo – Peruwiańczyk z argentyńskim paszportem, ktĂłry przez cały dzień siedzi nad butelką z wĂłdką, piwem albo i tym i tym i Ĺźartuje sobie z kaĹźdym, kto jest w stanie go zrozumieć :)

Leo jest wędrownym muzykiem, wieczorami zdarza się, że wyjmuje gitarę, do ust przykłada sobie fletnią panę i gra ku radości zebranym. Czasem są to jego kompozycje z gatunku muzyki andyjskiej, innym razem znane klasyki w stylu Hotel California albo typowe argentyńskie piosenki, jakbyśmy to powiedzieli, ogniskowo-biwakowe.

Cały czas mam nadzieję, Ĺźe za chwilę coś się uda, pozytywny nastrĂłj mnie nie opuszcza.. Proces kreacji jest aktywny. Sporo się zastanawiam jednak nad tym, jakiego czasu potrzeba na ‘przywołanie‘  do siebie łódki? Z samochodami szło świetnie, jacht to juĹź “nieco więcej” i to bardziej skomplikowana sprawa. Przyznam się, Ĺźe odczuwam coraz mocniej to, Ĺźe ‘trzeba wrĂłcić‘. Chcę wrĂłcić. W pewnym sensie. W innych okolicznościach zapewne bym znalazł pracę i poczekał do końca marca, aĹź łódki zaczną po kolei uciekać na północ. W środku sezonu na rejsy na Antarktydę jest trudniej, ale kto wie..? Wiem, Ĺźe na takie “włóczenie się”, Ĺźycie  nomada jeszcze będę miał czas. Siedząc z dostępem do internetu widzę, Ĺźe w kraju teĹź się duĹźo dzieje. Nie teraz… co nie oznacza, Ĺźe juĹź zaraz kończę swoje bycie “w Drodze”.. :)  Cały czas czuje się wolny, gotowy do spakowania plecaka w kilka chwil i ruszenia dalej. NiewaĹźne, Ĺźe chwilowo Tierra del Fuego jest odcięta od świata przez strajki na granicy z Chile i nikt nie moĹźe wjechać ani opuścić wyspy, to tylko kwestia kilku dni. Ja mam więcej.. Jestem wolny…

Libre, / Wolny
como el sol cuando amanece, / jak słońce, kiedy wschodzi,
yo soy libre como el mar... / jestem wolny jak morze...
...como el ave que escapó de su prisión / jak ptak, który uciekł ze swego więzienia
y puede, al fin, volar... / i może, w końcu, latać...
...como el viento que recoge mi lamento / ...jak wiatr, porywający mój smutek
y mi pesar, / ...i Ĺźal
camino sin cesar / idę nieustannie
detrás de la verdad / za prawdą
y sabré lo que es al fin, la libertad. / i wiedząc co jest na końcu, wolność.

Trochę taki Krzysztof Krawczyk na mikrofonie, ale całkiem mi się podoba :) Tym razem zdjęć nie ma więcej, raczej porządkowałem moje dotychczasowe zbiory w wolnym czasie niż robiłem nowe fotki, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie :) pozdrawiam optymistycznie!


3 comments to Czekając na wiatr w Ĺźaglach…

  • Andrzej says:

    My czekaliśmy 9 tygodni. Stało się, a ten tydzień na łódce był jedną z najfantastyczniejszych przygĂłd w tej podróşy, tym bardziej Ĺźe okupioną podobnymi emocjami, o ktĂłrych teraz Ty piszesz. Rozmawiaj z kaĹźdym, niech Cię wszyscy znają, proś, chodĹş, zagaduj! PrĂłbuj, kreuj! Nie ma rzeczy niemoĹźliwych…
    My też byliśmy blisko rezygnacji, ale się zawzięliśmy :)
    Powodzenia!

  • fred says:

    Heh, no zgadza się… :] A gdzie Wy czekaliście? Tutaj to jest taki trochę martwy punkt, bo wiesz, na Antarktydę popłynąć to juĹź nie jest taki spacer łatwy, załogi najczęściej są pełne, dobrze przygotowane itd… a ja jestem w środku sezonu. z kolei spędzić 9 tygodni na końcu świata w kapiącym namiocie to nie taka znowu frajda :) Myślę, czy by np. nie sprĂłbować czegoś poszukać w Brazylii.. w Paragwaju jeszcze mnie nie było teĹź… ale to za 2 tygodnie jakoś będę dopiero decydował, zobaczymy co się wydarzy :)

  • Witold says:

    Dostałeś się do finałowej dziesiątki blogów :) Moje gratulacje.
    Zacząłem czytać Twojego bloga… i coraz bardziej mi się podoba :)

    pozdrawiam
    Witold

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.