Baru

Posted on 08 January 2010

Do David dojechałem mikrobusem z Almirante. Wygląda na to, ze w Panamie duza czesc transportu publicznego, oprocz amerykanskich schoolbusow, obsluguja niewielke, 20 osobowe busy. Komfort podrozowania nimi jest porownywalny do wiekszych pojazdow, z ta roznica, ze sa one klimatyzowane. Nadal jest niewiele miejsca na nogi (aczkolwiek mowie to ze swojego punktu widzenia) i trudno sie zdrzemnac. Kierowcy jednak jezdza spokojniej, ayudantes nie sa tak glosni jak w Gwatemali czy Nicaragui i tylko bagaze wciaz podrozuja na dachu.. Aha, no i oczywiscie ceny sa wyzsze generalnie, choc nie jest az tak drogo, jak w Kostaryce. W Panamie obowiazujaca waluta jest Balboa.. Nie ma ona jednak nic wspolnego ze slynnym piesciarzem. Moze jedynie to, ze Rocky za zakupy w supermarkecie, w ktorym cwiczyl uderzenia na zmrozonych platach miesa, tez placil w Balboach.. Tak, to dokladnie te same, amerykanskie dolary. Jedynie na monetach wytloczone sa napisy majace cos wspolnego z Panama (np. Republica de Panama ;p ), poza tym nie ma zadnych roznic..

W David, drugim co do wielkosci miescie Panamy, zatrzymuje sie w przyjaznym, malym hostelu o wdziecznej nazwie Purple House. Jest to drugi hostel, jaki powstal w Panamie! Prowadzi go Andrea, sympatyczna i skora do pomocy Amerykanka. Caly budyneczek, jak i wiekszosc mebli, przedmiotow i urzadzen w srodku, jest w kolorze fioletowym. Z biblioteczki hostelu wypozyczam przewodnik Lonely Planet po Panamie i wieczorem studiuje rozne informacje probujac sie przygotowac na to, co mnie czeka juz w najblizszym czasie.. O tym juz w niedalekiej przyszlosci. Plan na najblizsze dni jest jednak prosty – zamierzam zdobyc najwyzszy szczyt tego kraju, Baru, majacy 3,475 m npm. Nie jest to trudna eskapada, wiekszosc ludzi wchodzi “na lekko” na gore od strony miejscowosci Boquete, slynacej z crocznego festiwalu kwiatow i kawy. Praktycznie pod sam wierzcholek wygaslego wulkanu, do stacji antenowej, wiedzie 15 kilometrowa, szeroka i wyboista droga, ktora mozna pokonac terenowym samochodem lub traktorem (do Parku Narodowego jednak wjezdzaja tylko samochody uprzywilejowane lub takie z turystami, ktorzy maja zbyt duzo pieniedzy). Dla mnie pomysl wchodzenia i schodzenia ta sama droga, jeszcze tak nudna, jak tylko moglem sobie wyobrazic, jest nie do przyjecia. Decyduje sie na wejscie tzw. droga zachodnia, ktora w odroznieniu od rzeczonej drogi wschodniej… nie jest droga. Z opisow wynika, ze jest to waska sciezka wiodaca przez dzungle, a pozniej po trudniejszym, skalistym terenie. Ma byc “techniczna”, cokolwiek by to tutaj nie znaczylo i mimo tego ze jest krotsza, to idzie sie tak samo dlugo, a moze nawet dluzej niz od drugiej strony (ok 5 – 7h).

W koncu, jako ze ostatnio nic nie zrobilem ambitniejszego, postanawiam wejsc od strony zachodniej na wulkan Baru, przespac sie na szczycie i zejsc do Boquete owa droga, gdzie 7 stycznia rozpoczyna sie wspominany festiwal. Nie zamierzam juz wracac wiecej do David, wiec wyruszam z calym plecakiem, a zeby bylo jeszcze ciekawiej (badz trudniej, niepotrzebne skreslic), bede szedl w nocy. Na mapy, tradycyjnie, nie ma co liczyc..

Przed 1500 jestem w miasteczku Volcan, z ktorego okolic rozpoczyna sie podejscie. Jem niewielki obiad, kupuje wode oraz lekki prowiant i stwierdzam, ze plecak wazy mi juz nie 18 czy 19kg jak w wersji standard, ale ok 22kg (samej wody mam prawie 4 litry) ;) Nastepnie podjezdzam kawalek busem powyzej miasteczka i rozpoczynam etap podejscia pod wulkan, ktory zajmuje mi godzine. O 1600 docieram do straznicy parkowej (na szczescie opuszczonej, chyba liczba turystow wchodzacych od tej strony nie byla zbyt pokazna) i przebieram sie w “gorskie”ciuchy – sandaly ustepuja miejsca butom trekingowym, czerwone spodnie z Gwatemali lekkim i zwiewnym “szybkobiegom”, a elegancka koszula przeciwkomarowa – brudemu tshirtowi. Jeszcze wykonuje charakterystyczny gest masazu obiema rekami po klatce piersiowej, wypowiadam magiczna formulke (ta sama, ktora zwykl mawiac orzel w pewnym dowcipie o kanapkach) i tak uzbrojony zaczynam wlasciwe podejscie.. :)

Sciezka rzeczywiscie jest dosc waska, gesta dzungla nie pozwala jednak na zadne wariacje na temat trasy. Idzie sie albo po sciezce, albo nie idzie sie wcale. Z reszta niespecjalnie zamierzam schodzic z tej sciezki. Pod lisciami, w zaroslach moga czaic sie weze, wiec na wszelki wypadek stawiam nogi jedna za druga, od czasu do czasu przytupujac, gdy uslysze cos po bokach. Wiem, ze weze raczej nie sa agresywne (poza nielicznymi wyjatkami ;p) i raczej beda niezainteresowane czyms wiekszym idacym w ich kierunku, ale specjalista tez nie jestem. Z poczatku idzie sie latwo, teren jest w miare plaski i nie ma problemu z kierunkami – w wielu miejscach akty wandalizmu w rodzaju sprayu na skalach czy wyrytych imion na drzewach utwierdzaja mnie w przekonaniu, ze ktos tedy kiedys juz szedl. Po dwoch godzinach zapada zmrok, teren jest juz stromszy i w niektorych miejscach musze pomagac sobie rekami. Uwazam przy tym za co chwytam, by czasem nie zlapac czegos malo przyjaznego, co tylko, na przyklad, udaje korzen czy galaz. Swiatlo czolowki co jakis czas mruga, dajac znac, ze konczy sie bateria, ale o to jestem spokojny, mam w plecaku zapasowy zestaw. Wraz z ciemnoscia przychodza tez mroczniejsze mysli.. Przypominam sobie historie pewnego polaka, ktory nie tak dawno spotkal na sciezce tutaj pume, a zamiast dwoch dni spedzil na gorze trzy, z powodu kontuzji kolana… Przy spotkaniu z kotkiem zaczal halasowac wrzeszczac oraz uderzajac kijkami trekingowymi o siebie i puma spokojnie odeszla. Szkoda ze nie mam kijkow.. Zdaje sobie tez sprawe, ze nie mam telefonu komorkowego i jestem prawdopodobnie jedyna osoba w promieniu kilku kilometrow, w dodatku na rzadko uczeszczanym szlaku. Dobrze, ze chociaz na “szlaku”.. Noca dzungla jest cicha, za cicha.. od czasu do czasu slysze rozne glosy w oddali, a czasem zupelnie blisko. Kilka razy zanucilem jakas melodie, gwizdnalem. Grunt to nie przegrac z samym soba, z wlasnymi fantazjami czy lekami. Kazdy, nawet najwiekszy twardziel, czegos sie boi – ciemnosci, dzikich zwierzat, pajakow czy wampirow. Trzeba jednak umiec sobie z tym radzic. Przydaly sie treningi aikido, proste cwiczenia oddechowo-energetyczne i gest odstraszania zlych duchow, po ktorym w lesie zrobilo sie jakby jasniej.. Na pewno jasniej w umysle.. Kilka razy zgubilem sciezke, zdarzylo mi sie “mlocic” przez kilkanascie minut przez gestwine, po czyms, co moglo byc szlakiem zwierzat, przedzierac sie przez zwalone pnie i pnacza, tylko po to, by za moment zrobic tzw. wycofke i zaczac szukac nizej zgubionej drogi. Prawde mowiac, nie balem sie, bylem swiadomy swojej sytuacji, uwazny i.. szybki. Nie chcialbym tez, zeby brzmialo to jak przechwalki.. Plecak nie ciazyl mi, a im wyzej wchodzilem, tym charakter lasu sie zmienial, na taki mniej zlowrogi.. Byc moze znow znawcy botaniki zarzuca mi, ze nie byla to prawdziwa dzungla – dla mnie jednak byl to nieprzyjazny obszar lasu tropikalnego z nieznana w wiekszosci roslinnoscia.. i nazwe go dzungla tym razem.

Na okolo 3000 metrach las stal sie niski i powoli ustepowal iglakom, zmienilo sie takze podloze, ubita glebe i liscie zastapily kamienie i sypki zwir, po ktorym ciezko sie wchodzilo. Zaczalem tez odczuwac wplyw wysokosci na funkcjonowanie organizmu. Tak jak do tej pory nie robilem praktycznie zadnych przerw, jedynie pieciominutowki na wode, tak teraz co 20min musialem sie zatrzymywac na chwile by odpoczac.. Zmeczenie dawalo o sobie znac, ale tak to jest, gdy sie prosto z nad imprezowego morza przyjezdza w gory, z ciezkim plecakiem i na taka wysokosc. Na niebie swiecily miliardy gwiazd – raz widzialem cos takiego, gdy zeglowalem na Fryderyku Chopinie po Atlantyku, w okolicach Wysp Kanaryskich. Te tutaj swiecily jasno, ale bylo cos w tym niebie nieznajomego, bylo inne.. Widzialem juz nad soba sylwetki wierzcholkow wulkanu, jeszcze troche. To “troche” okazalo sie prawie 1,5h.. W koncu, krotko po godzinie 2200, dotarlem do krateru. Niezly czas ale przyznaje, ze troche mnie ostatnie kilkaset metrow deniwelacji zmeczylo. Nad kraterem goruja migaczace na cze
rwono anteny, panuje idealna cisza i tylko wiatr co jakis czas zawyje. Zrobilo sie zimno juz jakis czas temu, ale dopiero teraz zakladam czapke i polar. Przede mna, w kiepskim swietle gwiazd, w polcieniach i mroku, widze sporych rozmiarow krater. Patrze w gore, po wierzcholkach, sa juz blisko, ale teraz problemem jest stwierdzenie, ktory z nich jest najwyzszy.. Postanawiam odlozyc wejscie na wierzcholek na poranek, szukam jakiegos dobrego miejsca na namiot, by moc obserwowac wschod slonca, ale niestety, nie tym razem. Rozbijam sie wiec gdziekolwiek, chwile siedze patrzac w gwiazdy, a kiedy robi sie zimno chowam sie do spiwora. Spie w kalesonach i czapce, bo mimo wszystko 3,400 metrow to dosc wysoko..

Rano, przed 0700 wychodze z namiotu. Krater zalany jest rozowo-pomaranczowym swiatlem. Jesli mialbym to do czegos porownac, to nasuwa mi sie tylko jedno sformulowanie – krajobraz ksiezycowy.. Drobne kamyczki, trawa sa takie martwe… Slonca nie widac jeszcze. Biore aparat i wchodze na wprost na najblizszy wierzcholek. Z gory okazuje sie, ze nie tylko nie jestem na szczycie, ale nawet nie spalem w jedynym kraterze wulkanu! Naliczylem ze cztery kratery w czasie tej wycieczki i ok. 7 wierzcholkow, co moze byc nieco mylace..Na szczescie, gdy slonce wschodzi nieco wyzej, dostrzegam krzyz na jednym ze wzniesien. Spokojnie schodze na dol, zwijam oboz i 40 minutach jestem na szczycie. Wulkan Baru nalezy do tej nielicznej grupy miejsc, z ktorych mozna w pogodny dzien zobaczyc oba oceany. Na Tajamulco w Gwatemali mi sie nie udalo, ale tym razem widze wyraznie i Pacyfik i Atlantyk! Chmury sa jeszcze stosunkowo nisko i mam panorame 360 ze szczytu.. Pod krzyzem spedzam pol godziny, slonce zaczyna przygrzewac, a wiatr jakby ustal.. Oprocz mnie na szczycie postanowil sie sfotografowac moj jedyny towarzysz podrozy, Lis z Lisbony, ale cos marudzil, ze niby nie z tego profilu mu zdjecia robie..wyszedl jednak calkie ok, jak na moj gust.. ;)

Po 0930 zaczynam schodzic, mijam wygladajaca na opuszczona stacje antenowa i przede mna 14 kilometrow nudy. Ide szybko, po godzinie mija mnie jeep z 4-ka rozesmianych turystow, a po dwoch godzinach zatrzymuje sie by odpoczac i napic sie wody.. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy zza zakretu wyszedl… nie kto inny jak Jose, z ktorym bylem na Bocas! Pamietam, jak mu o tym wulkanie opowiadalem! ;) Gadamy z 10 minut, spotkanie dosc przypadkowe, ale jakze mile. Jose idzie “na lekko”, ale nie wiem czy nie “za lekko”.. Ma na sobie jedna bluze, krotkie spodenki, a w reku trzyma reklamowke, w ktorej ma batonika, pusta butelke po powerade i pol 0,5 litrowej butelki wody. Do szczytu brakuje mu jakis 3h moze 4h marszu i jeszcze trzeba zejsc.. widac juz, ze troche jest zmeczony, ale przeciez nie powiem mu, zeby nie szedl..to by bylo “niehonorne”. Oddaje mu czesc swojej wody i zycze powodzenia – rozumiem, ze ta gora to nie zaden wyczyn, ale wiekszosc wchodzi tu z kims w rodzaju przewodnika, a moja przygoda w Meksyku z odwodnieniem sie pokazuje, ze nie nalezy lekcewazyc nawet tych latwych.. Mam nadzieje, ze zszedl caly i byc moze spotkamy sie jeszcze w Panama City..

Na dole jestem przed 1300, schodze kilometr ponizej wejscia do parku i lapie vana do Boquette. Spodziewalem sie gorskiego miasteczka, pelnego kwiatow, cos ala Chamonix w Alpach.. A tu nic, zwykla osada, ani piekna, ani brzydka.. turystow tez jakos nie widac na kazdym rogu..Przypadkiem zatrzymuje sie w sympatycznym hosteliku Numba. Ceny sa troche wyzsze niz normalnie ze wzgledu na zblizajacy sie festiwal, ale trudno, 9 usd nie jest taka najgorsza cena. W hostelu spotykam kilku ciekawych ludzi, w tym 30letnia japonke, ktora w podrozy jest juz cztery lata (i w domu byla raz, na 2tyg. by wyrobic nowy paszport!). Chwile z nia gadam, mowi, ze dla japonczykow Ameryka Srodkowa jest wrecz smiesznie tania. Mimo ze podrozuje troche w inny sposob niz ja, to jej nomadyczna filozofia mi sie podoba. Oprocz niej jest takze para sympatycznych Holendrow, ktorzy dopiero zaczynaja swoja 3 miesieczna podroz na polnoc (moglem udzielic im kilku rad juz ;p) oraz smieszny gosc z Alaski, od ktorego ja z kolei dowiaduje sie paru rzeczy o Ameryce Poludniowej..

Lubie hostele wlasnie ze wzgledu na mozliwosc spotkania w nich innych podrozujacych. Nie jest tak we wszystkich hostelach, jedne przyciagaja imprezowiczy, inne zwyklych turystow, a najciekawsze sa te mniejsze, gdzies na uboczu, tak przynajmniej mi sie wydaje z doswiadczenia.. Kiedy jestes w drodze, sila rzeczy stajesz sie czescia duzej, miedzynarodowej sieci – spolecznosci backpackerow. Jedni podrozuja po kosztach, inni, jak owa japonka, sa nomadami, a jeszcze inni przyjezdzaja na krotko, poimprezowac nad morzem czy pozwiedzac… Wszyscy jednak naleza do tej samej grupy, grupy ktora spotyka sie w roznych miejscach swiata, nawiazuje przyjaznie, wymienia informacje, ksiazki, przezywa cos razem i potem… kazdy jedzie w swoja strone… Nigdy nie jestes sam w hostelach, w drodze – zawsze mozna z kims zagadac, nawiazac powierzchowna znajomosc. Nigdy nie jest sie sam – jesli sie tego nie chce. Ale z drugiej strony tez nie mozna powiedziec, ze sie jest “z przyjaciolmi”. To cos pomiedzy, cos co dopiero zaczynam rozumiec.. Byc moze napisze o tym w ktorejs z nastepnych relacji, bo fenomen spolecznosci podroznikow jeszcze jest dla mnie niewiadoma, ktora powoli, z kazdym tygodniem, odkrywa swe sekrety przede mna.. A tymczasem trzeba zobaczyc co tam na festiwalu kwiatow i kawy sie dzieje.. chociaz nie przepadam ani za jednym ani za drugim ;)

ponizej doslownie kilka zdjec z wulkanu, nie wiem czy to tutejszy monitor czy moj LCD, ale cos sa ciemne tym razem.. pz!


12 comments to Baru

  • Adriano says:

    Fredi poczuj sie jak na onecie, bo cos czuje coraz popularniejszy ten blog jest

    “PIERWSZY!!!!”

  • kusiex says:

    Przejście w nocy przez nawet mini dżungle wymaga, może nie wielkiej odwagi, ale z pewnością samokontroli i opanowania :) Fajnie, ze Ci sie udalo bez spotkań I stopnia z lokalną fauną :)

  • Szatyn says:

    Rispekto dla Ciebie i powodzenia dalej! :)

  • Ola P. says:

    O prosze jest i Lis:)

  • agata says:

    Ty, z tymi loczkami wyglądasz jak amorek!

  • AFJ says:

    O miejscowa faune mi tez chodzi, jakby udalo sie tego unikac. Chyba, ze to bedzie ten lisek z Lisbony. Juz lepiej zostan dluzej na tym festiwalu kwiatow.
    Powodzenia, tak jakbys mial inne plany.

  • Monika says:

    thx :) zajefajna … :)
    3m się!

  • fred says:

    Prosze bardzo, Monia – teraz czekam na obiecane zdjecie beskidzkiego kszala noca :)

    ta, Adrian, mam nadzieje, ze onet sie z tego nie zrobi, bo juz wystarczajaco jest problemow ze spamem i malware :/ Na szczescie jest Johny Niezbedny.. :)

    hm, Agata, jak amorek? To dopiero pikantne.. Mam taki plan by zapuscic wlosy, ale nie wiem jak dlugo wytrzymam. Troche mnie juz denerwuja, zwlaszcza jak patrze raz na jakis czas w lustro.. :)

    A na festiwalu zostane dzien dluzej tak czy inaczej, bo dzis zaspalem na check out z hostelu :P

  • kusiex says:

    Tak w ogóle to jakoś Cie mniej na tym zdjeciu :) albo tylko tak pozowales, zeby wygladac szczuplo. Starannie dobrana poza, wiadomo, trzeba sie dobrze prezentowac przed taka publika jak na na tym blogu!

  • strona śmiga razem z fredem. spywary malwary poszły spać:)
    hej dzieciaki, macie polskie znaki ąęłówćśżźżźżźżłąąąąąąąąąąęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęłłłł

    dajesz fred, dajeeeeeeeeeeeeeesz

    zdpzpp

  • Stopa says:

    Las w tych okolicach nocą jest… nieporównywalny z niczym innym:)
    Fajnie, że bezpiecznie wszedłeś i zszedłeś. Widoki super – szczególnie dobry jest “autoportret”.

    Trzymaj się! Trzymamy kciuki:)

  • Sasiedzi says:

    czytamy o Twoich przygodach z zapartym tchem, trzymamy kciuki! Uważaj na dziewczyny z Columbii!
    Powodzenia!

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.