2000 kilometrów autostopowej żeglugi – film!

Posted on 06 August 2010

- A kiedy jest ten jedyny w tygodniu pociąg na granice, proszę Pana? – Dziś, joven. A właściwie to za kilka godzin, dokładnie o 0300 nad ranem. – Mogę kupić bilet teraz? – Nie, kasa otwarta jest od godziny 0130 i radzę być o tej godzinie, bo najczęściej biletów nie ma wcale już o tej porze, albo jest ich bardzo niewiele w stosunku do liczby chętnych na ich zakup. No tak, to by było zbyt łatwe. Pobiegłem do hostalu, szybko spakowałem plecak i położyłem się w ubraniu na łóżku. Była 2200.

Przedostanie się z Uyuni do Chile nie jest wcale takie łatwe, jakie może się wydawać. Tzn. trudne też nie jest, w tygodniu są chyba ze dwa nocne autobusy na granice i jeden pociąg. Agencje turystyczne w Uyuni zdecydowały nawet się wprowadzić do oferty przejazd jeepem do San Pedro de Atakama dla tzw. backpackerów, którzy po drodze mają okazje zobaczyć kilka salarów, wulkany, gejzery i inne cuda na tych obszarach. Dla mnie to było nieco za drogo, poza tym salar już widziałem. Niestety samochodów jadących na granice wiedziałem, że nie należy się spodziewać. W tej sytuacji pociąg był dla mnie jedynym sensownym rozwiązaniem. Dowiedziałem się o nim dość późnym wieczorem, a z Uyuni miałem zamiar wyjeżdżać dopiero następnego dnia, jednak nie miałem wyboru tym razem. O 0120 zadzwonił cichy budzik w zegarku. Nawet nie zauważyłem kiedy przysnąłem. Półprzytomny zwlokłem się z łóżka, założyłem kurtkę, rękawiczki i czapkę i wyszedłem z pokoju. Na schodach sobie przypomniałem, że zapomniałem plecaka…wrrrróć!

Przenikający ziąb lipcowej nocy (jak to brzmi w ogóle) i silny wiatr szybko mnie dobudziły. Przemknąłem przez ciche ulice miasteczka, ns których tylko torebki foliowe tańczyły na wietrze i dotarłem na dworzec kolejowy, który sprawiał wrażenie, jakby został tutaj przeniesiony z zupełnie innego miejsca globu. Może z Włoszczowej? Mimo że kasa miała rozpocząć sprzedaż biletów o 0130, nastąpiło to dopiero po 0200. Manana. Przez ponad pół godziny krążyłem w jej okolicach, razem z kilkoma innymi osobami, ‘ czając się’ na bilety. Kilka razy słyszałem, jak starsze kobiety, co to pewnie już w nie jednym wagonie jechały w życiu, między sobą mówią, że biletów już dawno nie ma i trzeba będzie jechać bez nich. No tak, przyznałem, jak nie ma, to trzeba będzie. Nie zamierzałem opuszczać dworca tej nocy inaczej jak pociągiem. Gdy w końcu kasjer łaskawie przyszedł, rozsiadł się wygodnie na fotelu, poprzekładał przez pięć minut papiery zapytał się uprzejmie zgromadzonych nad nim ludzi – Czego? - Są bilety na granice? Popatrzył na jakąś kartkę, skrzywił się, sprawdził na komputerze, pokręcił głową… - Niestety, przykro mi, wszystkie sprzedane. Nastąpiła chwila konsternacji, kilka kobiet z kolorowymi pakunkami opuściło pomieszczenie kasowe, zostałem tylko ja i jakaś mała grupka Argentyńczyków. - Na pewno nic nie ma? – zapytałem licząc sam nie wiem na co. - Hmm.. no jakby tak się przyjrzeć to może znalazłyby się ze dwa miejsca w klasie ekonomicznej. Była nas tam w sumie 6-tka, ale nie czułem żadnej więzi z pozostałymi ludźmi, więc mówię, że w takim razie to ja poproszę jeden. Zaczęły się pytania o imię, nazwisko, numer paszportu itd. W międzyczasie zapytałem o której odjeżdża pociąg i ile jedzie na tą granicę. Odpowiedzi jakie otrzymałem nie zgadzały się za bardzo z tym, co mówiono mi wcześniej i czego oczekiwałem. Po zadaniu jeszcze dwóch kontrolnych pytań zdecydowałem się zagrać, jak to się mówi, vabank. – Przepraszam, a gdzie ten pociąg jedzie tak właściwie? Kasjer oderwał się od wypisywania biletu, podniósł wzrok i popatrzył na mnie z nad okularów. – Słucham? – No, gdzie ten pociąg jedzie? Na którą granice? Bo ja chce do Chile. Facet pokręcił głową, coś poklepał na komputerze i powiedział – Ten pociąg jedzie do Argentyny. A do Chile, proszę Pana, to wszystkie bilety są wolne, na chwilę obecną jest Pan trzecim pasażerem! Odjazd o 0300, dziękuje, do widzenia.

_MG_7993

 

Pociąg okazał towarowym składem z doczepionym jednym wagonem osobowym. Bez elektryczności, jakiekolwiek ogrzewania, z dwoma, otwartymi przedziałami. Zamiast o 0300 wyruszyliśmy po 0400. Oprócz mnie w pociągu było kilku ludzi, którzy praktycznie co do jednego wysiedli po 30 minutach jazdy, a także rozmawiająca po angielsku para w moim wieku – on Żyd, ona Chilijka. Całości dopełniał śpiący kilka foteli dalej pracownik kolei, którego radio informowało nas o postępach w doczepianiu kolejnych wagonów. Spać się nie dało, także z powodu zimna. Ja miałem praktycznie większość ubrań na sobie i dodatkowo siedziałem w śpiworze, a na stopach miałem rękawiczki, jednak to i tak było za mało. Z nudów zacząłem gadać z siedzącą niedaleką parą. Przyjechali na dwutygodniowe wakacje do Boliwii i… nic im nie wyszło, burza piaskowa uniemożliwiła im wycieczkę na Salar de Uyuni, inne plany też jakoś nie zagrały, w końcu musieli wracać na samolot z La Paz do Santiago, ale taksówkarz musiał zatankować benzynę w wyniku czego się spóźnili na odlot i dlatego muszą jechać tym pociągiem. O Boliwii mieli raczej niezbyt pochlebne zdanie, szczególnie ów Żyd, który miałem wrażenie, należał do grupy nieustająco narzekających na wszystko, życiowych malkontentów. Śmieszny gość. Gdy w końcu dojechaliśmy około południa do Avaroa i załatwiliśmy formalności związane z odprawą paszportową, okazało się, że musimy iść na piechotę 3 kilometry do biura migracyjnego Chile. Granica przebiegała przez pas pustyni, na ogromnym płaskowyżu, pomiędzy dwoma wulkanicznymi łańcuchami górskimi, gdzie nie było praktycznie niczego. Fantastyczne widoki. Oczywiście ani one, ani sam fakt, że trzeba gdzieś iść, nie podobał się specjalnie moim nowym znajomym, którzy jak na prawdziwych travelerowców przystało, podróżowali ze 100% wykorzystaniem zasady pack light. Oprócz swoich plecaków, kilku mniejszych sakw z kocami, poduszką i innymi duperelami, mieli ze sobą gitarę, na której żadne z nich jeszcze nie potrafiło grać, a także najcięższą z całego dobytku torbę z zastawą talerzy, specjalnie dobranym jedzeniem i opasłą Torą. Stwierdziłem, że religia zdecydowanie nie sprzyja podróżnikom z Izreala. Zaoferowałem się, że poniosę im gitarę, ale i tak po pierwszym kilometrze myślałem, że ów para już nie wykona ani kroku więcej.

_MG_7998

Szczęśliwie załapaliśmy się na odjeżdżający właśnie dosłownie ze środka pustyni autobus, który zawiózł nas parę kilometrów dalej, do Ollague, gdzie rozpoczął się cyrk. W żadnym z dotychczasowych krajów w Ameryce Południowej nie widziałem czegoś takiego. Najpierw zebrano od nas paszporty, rozdano deklaracje cłowe, a potem ustawiono cały autobus w długiej kolejce po stemple wjazdowe. Funkcjonariusze migracyjni byli dość dokładni, co, gdzie, do kogo, po co… Większość autobusu stanowili mieszkańcy Chile. Fakt, że jestem z Polski wzbudził ich jakieś wyjątkowe zainteresowanie. Następnie wszyscy musieli przejść przez kontrolę bagażów. Panowie w białych, gumowych rękawiczkach otwierali pleca
ki, walizki, tobołki i przeszukiwali je w poszukiwaniu owoców, warzyw, roślin i innych substancji, których wwóz do Chile jest surowo zabroniony. Kraj ten wyjątkowo pilnuje swoich granic przed ‘inwazją bakterii’ z zewnątrz. Nie można wwozić wielu rzeczy, a podjęcie prób przemycenia czegoś zazwyczaj karane jest wysokimi grzywnami. Mnie zabolała tylko konfiskata worka z liśćmi koki, które okazały się w Chile nielegalne. Po prawie trzech godzinach spędzonych na odprawie w końcu udało się ruszyć dalej. Zupełnie pustymi drogami, przez solniska, pustynne tereny, laguny i gejzery, z dominującymi w krajobrazie wulkanami za oknem, dojechaliśmy do Calamy. W czasie tej przejażdżki poznałem jedynego tak naprawdę gringo w autobusie  – Braydona z Australii, który podróżuje na trzymiesięcznym bilecie samolotowym RTW. Złapaliśmy dobry kontakt i stwierdziłem, że pojadę z nim do San Pedro de Atacama, pomimo że w ogóle tego nie planowałem…

I tak późnym wieczorem znalazłem się w tym niewielkim miasteczku turystycznym, słynącym jako punkt wypadowy do wszelkiego rodzaju atrakcji znajdujących się na pustyni Atakama. Szybko przekonałem się, że Chile bez dwóch zdań jest najdroższym państwem odwiedzonym przeze mnie do tej pory. To był szok. Najtańszy nocleg w miasteczku udało mi się znaleźć za 6000 pesos (12 USD)! Średnia wynosi 15-20 USD za noc, najczęściej w dormitorium, a ceny wody, ciasteczek czy nawet zestawów almuerzo są średnio trzykrotnie wyższe niż w Boliwii czy Peru. Trzeba stąd spier…

Rano spakowałem plecak i po krótkim spacerze po niezaprzeczalnie dość urokliwym miasteczku, wyszedłem około południa na autostradę. Ruch był raczej niewielki w interesującym mnie najbardziej kierunku południowym, wobec czego zdecydowałem się wrócić do Calamy i stamtąd nawigować w stronę Panamericana Highway. Po godzinie wsiadłem do pierwszej ciężarówki i tak się zaczęła trwająca prawie trzy dni tytułowa żegluga autostopowa…

_MG_8151

Do przejechania miałem niemal dwa tysiące kilometrów. W Concepcion czekała już na mnie zaprzyjaźniona rodzina, z którymi miałem przyjemność spędzić ubiegłe święta Bożego Narodzenia w Nikaragui. Los chciał, że mieliśmy zetknąć się ponownie podczas mojej podróży, z czego nie ukrywam, bardzo się ucieszyłem. Chile ma opinie jednego z najlepszych do poruszania się stopem krajów w Ameryce Łacińskiej. Drogi są tutaj w rewelacyjnym stanie, kierowcy ponoć chętnie zabierają na pokład pasażerów, w dodatku na ogół jest bezpiecznie i wzdłuż połowy tego cieniutkiego państwa biegnie tylko jedna główna droga, właśnie Panamericana, oznaczona tu numerem 5. Przez te trzy dni miałem okazję zweryfikować te informacje. To był dość męczący czas. Trochę się spieszyłem, trochę może wyszedłem z przyzwyczajenia po pobycie w La Paz… Ale tego się nie zapomina, to jest jak zew i nie przesadzam. Jest jakaś radość w małych rzeczach, w tym siedzeniu wysoko w ciężarówkach, ciekawość każdego kierowcy, który się zatrzyma, jak będzie tym razem itd.. A było mniej więcej tak…

Setki kilometrów przejechanych w tirach, godziny stania na poboczu, puste drogi i niesamowite krajobrazy. Najbardziej suche miejsce na świecie – Pustynia Atakama, gdzie z trudem można dopatrzeć się jakiejkolwiek roślinności, hałdy licznych kopalni, wulkany, a w końcu i ocean, którego nie widziałem od prawie trzech ostatnich miesięcy, podczas których praktycznie nie zjeżdżałem nawet poniżej 2,5 tys metrów n.p.m.! Spałem po drodze. W jakiejś wiosce ktoś doradził mi, że tam obok autostrady jest niezamieszkana rudera, gdzie leży materac i można się przespać. Gdy w środku nocy obudziły mnie ciche próby otwarcia drzwi od zewnątrz wyskoczyłem ze śpiwora i w trzydzieści sekund miałem na sobie spodnie i buty, by ewentualnie powitać nimi po staropolsku nieproszonych gości. Po krótkiej rozmowie przez zabarykadowane przeze mnie drzwi odeszli. Nie wiem czego chcieli, może tak jak ja się przespać, może zastać mnie śpiącego…

_MG_8112

Innym razem rozłożyłem karimatę na pace ciężarówki przewożącej zazwyczaj piwo (niestety, była rozładowana :] ). Jadłem śniadania i kolacje z kierowcami, obiadów nie było w menu. Posiłki składały się z kilku skromnych kanapek, herbaty robionej w szoferce na palniku i czasem jakiejś sałatki z puszek rybnych. Toaleta poranna i wieczorna to łazienki w przydrożnych barach lub częściej baniaki z wodą wożone w skrytkach samochodów. W trzy dni przejechałem prawie tyle, co przez ostatnie pięć miesięcy. Nieraz jechało się wolniej, czasem pożyczałem kierowcom mój odtwarzacz mp3 i puszczałem muzykę z katalogu o nazwie ‘niezła wixa’.. Zadziwiające, jak zmieniała się wówczas dynamika jazdy :) Było słonecznie, poza nielicznymi wyjątkami podczas przejazdów przez góry, jednak trochę chłodno. Generalnie im bardziej na południe tym więcej roślinności, deszczu i zimniej . Ale tutaj wszystkie samochody są nowe, nie ma potrzeby opatulania się kocami jak w Peru czy jeżdżenia w czapce. Ogrzewanie w szoferkach ciężarówek to naprawdę doskonały wynalazek!

_MG_8062

Niesamowita przygoda zdarzyła mi się niecałe 500 kilometrów przed Santiago. Do Coquimbo dowiózł mnie kierowca ciężarówki, z którą przejechałem ostatnie prawie 1000 kilometrów! Musiał załadować na pakę towar i powiedział, że weźmie mnie, jeśli nic nie złapie do tego czasu. Zostawił mnie po środku miasta i zanim dotarłem na wylotówkę zrobiło się późno. Musiałem przejść dobre 8 kilometrów wzdłuż ruchliwej arterii. Powiedział, że szef surowo zabrania kierowcom brania autostopowiczy i dlatego nie może mnie zawieźć dalej, na przedmieścia, bo tam go mogą przyłapać. No trudno. Jestem w odpowiednim miejscu, czas trochę mniej odpowiedni, zaczyna się ściemniać. Stoję drugą godzinę i zaczynam się powoli rozglądać za miejscem na rozbicie namiotu. Próbuje skupić myśli na samochodach, które nadjeżdżają coraz rzadziej. – No, może ty, wyglądasz na miłego… - Stary, z takim samochodem, Ty i ja, możemy dojechać daleko, no.. zatrzymaj się. Gdy na drodze nie ma aut, tak jak zawsze, próbuje sobie wyobrażać samochód, który się zatrzyma. Czasem wyobrażam sobie też kierowcę, jego cechy charakteru, śmiech, muzykę, której słucha. Wysyłam pozytywne myśli w Uniwersum… Law of Attraction. Poprzedniego dnia, stojąc gdzieś na Atakamie myślałem o czarnym, sportowym ‘suwie’, lecącym z prędkością 150km/h, miłym gościu, który, kto wie?, może mnie ugości w domu albo zaprosi na kawę na stacji przy okazji… Wiem, może to głupie czy dziecinne, ale czemu nie?

Ale wróćmy do Coquimbo. Zbliża się 1900, stanie po ciemku nie ma sensu i za chwilę tr
zeba się będzie zbierać. Trudno, żadnych negatywnych myśli, złości, zawodu… I nagle samochód ostro skręca z lewego pasa i zatrzymuje się tuż obok mnie. Czarny, sportowy ‘suw’, a w środku… dwóch facetów. Patrzę po oczach, pozory mogą mylić, nie chcę ‘powtórki z rozrywki’… Oferują mi wrzucenie plecaka do bagażnika, ale znamy już te numery wszyscy. Nie ma mowy, ale decyduje się wsiąść. Szybko się okazało, że słusznie. Horacio i Dionizy są Chilijczykami, ale mieszkają i pracują w USA od 10 lat razem z rodzinami. Teraz wracają do domów ze służbowej delegacji na północy kraju, na której podpisali kontrakt na duże zamówienie minerałów. Są wyjątkowo zadowoleni. Bardzo szybko znajduje wspólny język z Horacio. Ma 40-kilka lat, żonę, trójkę dzieci. W Stanach znalazł się z 7 dolarami w kieszeni. Mówił, że też wielu ludzi mu pomogło, jeździł stopem, bo nie stać go było na bilety autobusowe, był biedny, łapał się przeróżnych prac, ale nigdy nie był nieszczęśliwy. Zdradził mi, że w tym roku planuje zarobić swój pierwszy milion dolarów. Opowiadałem o swoich przygodach. Gdy wspomniałem, że w pierwszej chwili zastanawiałem się, czy w ogóle wchodzić do ich samochodu, bo niecałe dwa tygodnie temu okradli mnie w ten sposób w Boliwii, Horacio sięgnął do skrytki i wyjął pudełko z telefonem komórkowym. Odwrócił się i powiedział –Co by nie mówić, ja sądzę, że na świecie istnieje równowaga – są ludzie, którzy kradną, ale są też i tacy, których stać na dobre uczynki. Mają oni niektórych rzeczy za dużo i chcą się nimi dzielić. Ze mną też się dzielono, gdy mi brakowało wielu rzeczy i Ty kiedyś też będziesz. Dlatego chciałbym abyś przyjął ode mnie ten telefon. Próbowałem oponować, że to zbyt wiele, że nie potrzebuje telefonu, ale Horacio był nieustępliwy. I tak stałem się posiadaczem nowiutkiego Sony Ericsonna! :] Kilkaset kilometrów jakie dzieliło nas od Santiago upłynęło szybko. Do radia podłączyłem swój odtwarzacz mp3 i przy kawałkach klasycznego rocka jechaliśmy w ciemnościach z prędkością 140 km/h… czyli prawie tak, jak to sobie wymyśliłem poprzedniego dnia :) Horacio okazał się muzycznym samoukiem, opowiadał, że zawsze lubił słuchać muzyki, ale nigdy nie stać go było na instrumenty. Gdy po jakimś czasie sytuacja się zmieniła, w garażu zrobił sobie małe studio. Ma cztery gitary, perkusje, keyboard, gra na fletach i andyjskich piszczałkach. Zdradziłem się, że też próbuje nauczyć się grać na harmonijce. Mój nowy znajomy umiał grać też i na tym instrumencie. Prowadził jedną ręką, a drugą trzymał harmoszkę i improwizował do Hotelu Kalifornia lecącego z głośników. Zainspirował mnie do dalszej pracy. Na koniec zaprosił mnie do swojego rodzinnego domu, 80km na południe od Santiago. Tam poznałem jego familię, a jego żona przyrządziła nam kolację składającą się z pysznego mięsa, które wkładaliśmy w ciepłe bułki i polewaliśmy sosami. To był mój pierwszy ciepły posiłek od trzech dni. Gdy zrobiła się północ, odwiózł mnie do luksusowego motelu na godziny, zapłacił za pokój za całą noc i umówił się ze mną, że rano przyjedzie po mnie, zjemy razem śniadanie u niego w domu i odwiezie mnie na autobus. O autostopie nie chciał słyszeć. Mimo moich protestów, zapłacił za bilet autobusowy do Chillan, kupił chip aktywacyjny i ładowanie do telefonu, a gdy na terminalu żegnaliśmy się wcisnął mi jeszcze do kieszeni 40 USD! I jak tu nie wierzyć w dobro ludzi i potęgę kreacji? :)

W Chillan spotkałem się już z moimi przyjaciółmi. Pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów w stronę granicy z Argentyną, gdzie następnego dnia zostałem zaproszony na wspólną jazdę na nartach po ośnieżonych stokach Andów! Było trochę jazdy typowo stokowej, ale nie omieszkałem sprawdzić również tamtejszego puchu. Radość nieprawdopodobna, pomimo nienajlepszej widoczności w niektórych momentach! Ech, dawno na nartach nie jeździłem, brakowało mi tego. Następnego dnia wróciliśmy do Concepcion, gdzie „moja” rodzina, bo po raz kolejny tak się czuje u mych znajomych, mieszkać będzie przez najbliższe pół roku. Wdzięczny jestem niezwykle za tą gościnność. Aktualnie wypoczywam w warunkach domowych – regularne, pyszne posiłki, ciepły prysznic rano i ogrzewanie to coś, czego dawno nie miałem. Wieczorami oglądamy filmy z mojej skromnej kolekcji, smakując przy tym chilijskie wina. W przyszłym tygodniu jednak przyjdzie pora na ponowne ruszenie na szlak, póki co jednak jest ‘tu i teraz’…

Z owego ‘przejazdu’ zmontowałem klip. W głównej roli występują pasy na autostradzie, ale nie zabraknie też i krajobrazów, które mijałem po drodze podczas tych dwóch tysięcy kilometrów, jakie przejechałem. Tytuł filmiku nawiązuje oczywiście do słynnej książki Juliusza Verne’a ale to chyba nie ma większego znaczenia. Zamiast Nautilusa są tiry, a kapitanem Nemo mogę w ostateczności być ja :] Filmiku z salaru jeszcze nie zacząłem montować. Zapraszam na projekcję klipu poniżej, a potem do obejrzenia kilku zdjęć, które udało mi się zrobić podczas drogi, przeważnie z okien samochodów. No i jak to się mówi – ~~na fali! :)

___



10 comments to 2000 kilometrów autostopowej żeglugi – film!

  • Alek says:

    To może zabrzmi głupio, ale czytanie tego bloga działa na mnie niezwykle inspirująco :) Szczególnie że sam wyjeżdżam na wymianę do Chicago teraz, plus jakś czas temu chciałem się nauczyć gry na harmonijce. Teraz ją wyciągnąłem i biorę ze sobą. Powodzenia i obyś spotykał na swej drodze samych życzliwych ludzi jak ci ostatni!

  • Se vive la liberdad, se siente la liberdad… Cieszę się, że przez pył pustyni dotarłeś nad ocean. Cieszę się, że dziwka karma znowu się do Ciebie uśmiechnęła. I tak ma być i o to chodzi.

  • Stopa says:

    Fred – masz chyba w sobie tę niesamowitą moc, która powoduje, że to wszystko tak się układa:)

    Do przodu! Powodzenia! Trzymam kciuki!

  • Stopa says:

    No to jeszcze o filmie: super:) Fajnie, że zacząłeś robić ujęcia “z tobą”. To moim zdaniem decyduje o klimacie filmów robionych samotnie.

    Aha – no i te narty w Chile.. :)

  • Lidziak says:

    Fred, potraktuje ten telefon jak prezent na Dzien Dziecka! W Chile 8.08 jest obchodzony, wiec akurat! :)
    ps. naprawde zajebiscie duzo dobrych ludz po swiecie chodzi! sama sie o tyn przekonalam… nawiedzila mnie ostatnio bawarska klatwa i tylko dzieki calej masie dobrych ludzi zycie powoli wraca co normy! Oby i Ciebie te dobre duchy nigdy nie opuszczaly! cos w tym jest, ze dobre uczynki wracaja ze zdwojona sila!

  • kuba says:

    Alek, głupio czy nie głupio, ale ciesze się, że tak jest. miło naprawdę takie rzeczy czytać :)

    Szymon – ten refren był bardzo dużym plusem przemawiającym za użyciem tej piosenki do tego klipu. dokładnie tak :]

    Stopa – hehe, wychodzę z założenia, że mało kogo obchodzi moja osoba i wygląd w tym wszystkim, a liczą się krajobrazy :] No ale skoro tak, bo już druga osoba mi o tym pisze, to może spodoba się Wam kolejny film z Salaru.. Tam jestem głównie ja i moje gadki, bo krajobraz zmieniał się baaardzo powoli :))

    Lidka – tak, rzeczywiście mieli tu dzień dziecka wczoraj, karuzele, waty cukrowe… ale nikt telefonów nie rozdawał, bo każdy dzieciak już ma jeden :) mam nadzieję, że u Ciebie już wszystko w porządku po tej ‘burzy’, trzymaj się też!

  • Filip says:

    Mira Ve, Swietnie napisane, LOA dziala co najwazniejsze. Taki szczery pozytyw bije z posta i o to chodzi. Tak dalej czekam na kolejne przygody. Zanim na dobre zjedziesz z Chile to jak mozesz sprobuj siatki gotowanych malz w kwasniej zupie, nie wiem jak to sie nazywa ale powala. Pysznosci.

  • Kamil says:

    w tym motelu na godziny bardzo fajne lustro jest!;))
    Pozdr!

  • Hasju says:

    Fred poczytam sobie Twoja lekturke do lozka, bo w barze przy glosnej muzyce ciezko sie skupic ;)

    Pozdro z Rodos!

  • tomek says:

    I co Ci tu Kuba jeszcze napisac. Bo ze usmiecha, ze lezka sie kreci na wspomnienie widoku tirowej szoferki i tych przestrzeni andyjskopanamerykanskiej i i i …
    Jedno w Ameryce bylo super. ze zdarzaja sie chujowe sytuacje ale za to w zamian zawsze zdarzaja sie tez conajmniej dwie wykur… pozytywne.
    brak nam tych przestrzeni w Azji, trzeba bedzie poczekac do mongolii chyba :)
    miej sie!

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.