Wzdłuż wybrzeża Argentyny

Posted on 21 April 2011

Noc świeciła milionami gwiazd. Patrzyłem w niebo myśląc nad sensem takich słów jak ‘przestrzeń‘, ‘bezmiar‘ czy ‘pustka‘…  Chwilę wcześniej doszliśmy wspólnie z Mariuszem, że to jednak jest niemożliwe, żebyśmy byli sami we Wszechświecie. Nie wierzę w to, iż nie ma tam gdzieś nikogo… Teraz jednak byłem sam na sam ze sobą i swoimi myślami, na pokładzie zalanym księżycową poświatą. Na pulpitach bladym światłem jarzyły się lekko przyrządy nawigacyjne, a woda za burtą przepływała tak szybko, że miałem wrażenie, jakby się rozmazywała. Nie pamiętam daty, dni na morzu są takie same, wpada się w rytm. To mogły być moje urodziny, skończyłem 24 lata, jednak nie było żadnej zadumy, przemyśleń nad uciekającym czasem. Wręcz przeciwnie, teraz jest on mój. Już od kilku lat spędzam je poza domem. Zazwyczaj na łonie przyrody, w górach, teraz na morzu. Czasem samemu, czasem w małym gronie znajomych. To taka moja forma ‘świętowania’, niby zwykły dzień, a gdzieś poza wszystkim. W nocy czasem do jachtu zbliżały się delfiny. Myszkując obok zostawiały za ogonami delikatnie fosforyzującą smugę. Wstępowała we mnie jakaś radość w tych chwilach, jakbym czuł ich pozytywną energię. Dla mnie delfiny to dobre duszki mórz i oceanów…

Reszta czteroosobowej załogi odpoczywała przed swoimi nocnymi wachtami. Każdy z nas pełnił dwie trzy godzinne wachty w ciągu doby, po których musiał jeszcze przez 3 kolejne godziny pozostawać w stanie tzw. gotowości, w razie gdyby trzeba było wykonywać jakieś manewry. W praktyce jednak sprowadzało się to głównie do drzemki w ubraniu na kanapie lub zajmowaniu się innymi, dowolnymi czynnościami, takimi jak np. czytanie książki, film czy gra na playstation.  Okazało się to świetnym systemem i co najważniejsze, niemęczącym. Droga z Punta Arenas do Buenos Aires zleciała szybko. Warunki zmieniały się z dnia na dzień, od niemalże zupełnej ciszy do sztormowych warunków i wiatru przekraczającym 50 węzłów. Było trochę płynięcia pod wiatr, trochę frunięcia pełnymi kursami, kilka szarych dni i parę słonecznych, podczas których z przyjemnością siedzieliśmy wieczorem na pokładzie, sącząc dobre wina z jachtowej piwniczki i racząc się przekąskami. Życie jak w Madrycie, życie jak we śnie.

Portem wejścia do Argentyny było, zgodnie z planem, Puerto Madryn, gdzie zatrzymaliśmy się na niecałe dwa dni, stojąc na kotwicy w zatoce. Tej samej, w której przez dużą część roku można oglądać wieloryby, lwy morskie i inne potwory, co stanowi o atrakcyjności tego miejsca dla turystów. Argentyna jest krajem, gdzie spędziłem najwięcej czasu w mojej podróży. W sumie będzie tego z pół roku już. Akcent, przyjazna ciekawość ludzi i wreszcie wyższa temperatura sprawiły, że poczułem się jak ‘u siebie’ :) Załatwiliśmy sprawnie wszelkie formalności i można było płynąć dalej. Początkowo liczyliśmy, że uda nam się dotrzeć do stolicy w cztery dni. Wiatry nam sprzyjały i Katharsis rozwijała zawrotne prędkości mknąc po falach. Niestety, trzeciego dnia wiatr odkręcił i osłabł, co zmuszało nas do ciągłego trymowania żagli w celach utrzymania zadowalającej prędkości. W efekcie na redę pod Buenos Aires, oświetloną jasnymi światłami wielu ogromnych statków dotarliśmy o 0300 w nocy z piątku na sobotę. No i znów pojawił się problem z pilotem, którego zgodnie z panującymi, idiotycznymi przepisami , musieliśmy przyjąć na pokład by nas ‘wprowadził’ do miejskiej mariny. W środku nocy, mimo ciągłego ruchu jednostek, żaden z pilotów nie chciał nas ‘wziąć’. Jak dowiedzieliśmy się z radia, musimy mieć agencję, która się zajmuje takimi sprawami. Spędziliśmy noc w salonie, nasłuchując czy  przypadkiem nikt nas nie wywołuje. Rano Mariusz zadzwonił do Roxany, naszej agentki w Ushuaia, która błyskawicznie pomogła zorganizować wszystko i już po 13 byliśmy w drodze do Buenos Aires, z pilotem na pokładzie i wgnieceniem w burcie, które powstało przez brawurowe podejście statku z pilotem.. Cóż za ironia.

Do Buenos Aires spieszyło nam się z jednego powodu. W sobotę rano przylatywała córka Mariusza, Kasia wraz z przyjaciółmi ‘Katharsis’ – Michałem ps. Miś, którego miałem już okazję poznać w Ushuaia i Agnieszką. Kasia wywarła na mnie ogromne wrażenie. Na skutek tragicznego wypadku doznała uszkodzenia jednej z półkul mózgu i, co było tego konsekwencją, częściowego paraliżu. Ma problemy z mową, poruszaniem się ale jest w niej coś, wobec czego człowiek nie może przejść obojętnie. To wola życia, chęć uczestniczenia we wszystkim co się dzieje w około, radość bijąca z oczu gdy się śmieje, taka siła pozytywnej energii… Jest niesamowita…

Jacht stanął w reprezentacyjnej części miasta, w doku należącym do Yacht Club’u Puerto Madero, otoczonym wieżowcami i licznymi knajpami i kafejkami, i stał się, rzecz jasna, bazą wypadową na kilka wycieczek do miasta. To tutaj znajduje się jeden z pocztówkowych ‘szlagierów’ stolicy Argentyny – Puente de la Mujer – czyli Most Kobiety. Okazuje się bowiem, że większość ulic w okolicy Puerto Madero nosi imiona kobiet, co jest niespotykane w żadnym innym miejscu w kraju. Sam most rzekomo ma obrazować tańczącą parę w tango, ale przyznam się szczerze, musiałbym chyba sporo wypić, żeby to zobaczyć… :)

Jako że ja Buenos już znałem to byłem kimś w rodzaju przewodnika. W niedziele, razem z moją koleżanką poznaną w Mendozie, Thami, zabraliśmy wszystkich na coniedzielny festyn starości do najstarszej dzielnicy Buenos Aires – San Telmo. Kolorowy tłum zdawał się kłębić jak tylko okiem sięgnąć w przód i w tył. Uliczka wyłożona była stoiskami ze wszystkim, co tylko można sobie wyobrazić – ubraniami, błyskotkami i biżuterią, breloczkami, figurkami, meblami, instrumentami… Na chodnikach siedziała cała gama wyluzowanych hipisów, rastamanów, muzyków i artystów, młodych, starszych a także i ludzi w podeszłym wieku, którzy przyszli tutaj by zarobić ale i również dobrze spędzić czas, potańczyć wspólnie, zapalić, pogadać, pobawić się…Bohema, buena onda – dobra fala. Wieczorem, na Plaza Dorrego, gdy sprzedawcy zaczęli się składać ze swoimi kramami, zaczęły się pokazy tańca, przede wszystkim Tango. Nie będę ukrywał, że ten taniec mnie nie rusza specjalnie. Wydaje mi się zbyt ‘techniczny’, sztywny, wyuczony… Nie czuję w nim ekspresji i chociaż mówią, że to taniec kuszenia, niezwykle erotyczna, wyrafinowana gra wstępna, te ja jakoś wolę patrzeć na coś innego. Z przyjemnością więc poszedłem sprawdzić co się dzieje na sąsiedniej ulicy, skąd było słychać energetyczne brz
mienie bębnów. Tam natomiast zabawa pełną gębą, maszerujący bębniarze, wirujące tancerki i tłum gapiów, z których raz po raz ktoś się przyłączał do tańca. Nie mogłem stać obojętnie i pokazaliśmy z Thami parę ruchów :]]

Następnego dnia była słynna dzielnica La Boca, kolejne pokazy tanga na ulicy oraz stadion Boca Juniors, na który prawie nam się udało wejść :] Na koniec zostawiliśmy sobie cmentarz Recoletta i spacer w centrum miasta. Na więcej nie starczyło czasu, po pierwsze dlatego, że dogodzić wszystkim nie sposób, każdy ma inne potrzeby, upodobania i zainteresowania, ale przede wszystkim dlatego, iż podjęta została decyzja, że świąt nie spędzamy w Buenos Aires ale ruszamy wcześniej do Brazylii. To, co jednak zobaczyliśmy, można śmiało określić najważniejszymi punktami każdej wizyty w La Capital. Specjalnie nie opisuje dokładniej tych miejsc, bo kiedyś już o tym tu było…

Za kilka godzin opuszczam Argentynę. Tym razem pewnie na dłużej, bo nie wiem kiedy przyjdzie mi tutaj wrócić. Wiem jednak, że wrócę. Bez patrzenia w paszport nie zliczę ile to już razy przekraczałem granice tego kraju w tą i w drugą stronę (aczkolwiek podejrzewam, że będą to równe liczby :p). Spędziłem tu naprawdę niesamowite chwile i śmiało mogę powiedzieć, że jest to państwo, które poznałem najlepiej – ludzi, obyczaje oraz styl życia-  i w którym mógłbym żyć, kiedyś, może w przyszłości, gdzieś tam… Przed nami stosunkowo łatwy odcinek do położonego w południowej Brazylii Rio Grande. To będzie dla mnie interesujące doświadczenie, bo kraj ten zawsze mnie fascynował – kulturą, tańcem, swoją opinią państwa niebezpiecznego. Nie pomnę już, że to właśnie od jednego z moich najstarszych, podróżniczo-żeglarskich marzeń – odbycia rejsu wzdłuż wybrzeży Brazylii – zaczęły się dalsze pomysły na całą tę podróż. Zmienia się także język, więc będzie trudniej, ale przez to pewnie i ciekawiej. Ciężko w to uwierzyć, ale to będzie także prawdopodobnie ostatni już kraj Ameryki Łacińskiej, który odwiedzę podczas mojego grand tour… Coś się kończy, coś się zaczyna. Zawsze.

No chyba, że będzie inaczej” :) hahaha :]
5!


12 comments to Wzdłuż wybrzeża Argentyny

  • fmn says:

    Musze przyznac, ze daje sie wyczuc w Twych notkach… powrot. Brakuje jakiejs pasji, iskry, ktory powoduje, ze czuc, ze gdzies dazysz, ruszasz, chcesz osiagnac konkretny cel. To juz takie spokojne hamowanie… I swoja droga, nie spodziewalem sie, ze az tyle czasu spedziles w ARG. Pozdrow Leo ZEwSSI! ;-)

  • Tomuś says:

    “Jechali wprost w zachodzące słońce. Za nimi zostawała ciemniejąca dolina. Za nimi było jezioro, jezioro zaczarowane, jezioro niebieskie i gładkie jak oszlifowany szafir. Za nimi zostawały głazy na jeziornym brzegu. Sosny na zboczach.
    To było za nimi.
    A przed nimi było wszystko.”

    Tak się kończy Pani Jeziora. Teraz pora aby zaczęło się coś nowego. :)

    Trzymaj się!!!

  • Dużo radości daje mi czytanie Twoich refleksji, dotarłam do pokładów siebie, którym pozwoliłam wyjść i… teraz przygotowuję się do wyjazdu na Hawaje. Jak powiedziałam, tak zrobię. Jeszcze nie wiem kiedy, wiem, że niebawem. Mam już 24 dolary ;-) Wszędzie są “hawajskie znaki”, nawet ludzie na gdyńskiej plaży krzyczą do siebie Aloha!

    Po Hawajach będzie Peru z moją bratnią duszą, podróżniczką, miłośniczką Afryki. Ona jedzie do Afryki, ja na Hawaje, gdzieś po drodze będzie Peru razem. Jak się otworzy oczy to wszystko widać inaczej…

    Pozostając w klimacie wiedźmińskim… “Bywaj” Kuba ;-)
    Do jutra, jak mawiają na Syberii, żeby nie trzeba było za długo czekać ;-)

  • lidziak says:

    Oj, Fred :) zazdroszczę tej Brazylii. Wróciłam przed chwilą… i pojechałabym znowu :) Pisałeś ostatnio, że przechodzisz na dietę ŻP. Zapomnij o tym! W Brazylii nie ma szans na żadną dietę, bo jedzenie mają naprawdę boskie. Jeśli planujesz też południe (np. Rio Grande do Sul), to boskie mają tam też wina :)
    Przygotuj się też na to, że jednak nie zawsze działa jak mówisz po hiszpańsku DUŻYMI LITERAMI, bo jednak portugalski dość mocno od espanola się różni. No i pioruńsko drogo jest niestety… ale wspomniana wyżej kuchnia, różnorodność kraju i przesympatyczni ludzie sprawią, że nie wyjedziesz z Brazylii szybko :) Baw się nadal dobrze :)

  • fred says:

    fmn – moze zabrzmi to jak jakies usprawiedliwianie sie, ale coz, faktem jest, ze ja tez juz to czuje.. to wlasnie takie powolne hamowanie, czuje zblizajacy sie powrot i korzystam po prostu z tego co mam teraz; z zycia na morzu o standardzie lux. jest mi wygodnie, etap backpackerki sie skonczyl, zrobilem co chcialem i teraz sie wczasuje, nawet nie moge zabrac sie do montazu filmu z antarktydy :)Brazylia to juz beda wakacje i chociaz ten kraj mi niezwykle interesuje to wiem, ze nie poznam go nawet w najmniejszym stopniu tak, jak poznawalem inne kraje na swojej drodze. daje sie niesc wiatrom, jest mi zupelnie wszystko jedno gdzie plyne, bo nie zalezy to i tak ode mnie. nie ma celu; ma byc cieplo, ma byc nurkowanie i samba, nowe miejsca, ale to juz jest powrot. Staram sie byc tu i teraz, robic rzeczy, na ktore nie bylo jakos nigdy czasu ani okazji. na swieta np. gralem po raz pierwszy czy drugi w zyciu w tenisa :) Owszem, pewnie ze mnie nosi, ze spogladam na swoj plecak pod koja i mam ochote go zalozyc i znow gdzies ruszyc. jest szansa na przedluzenie pobytu, zostanie gdzies po drodze, dobra robote, ale jednak czuje, ze musze wrocic najpierw. a cele, plany itd… to wszystko jest, po prostu o tym nie pisze, bo jest jeszcze kilka decyzji do podjecia :))

    Lidka – jestem wlasnie w Rio Grande do Sul. Ma winach sie nie znam, ale podobno ustepuja tym z argentyny i chile, ale jak sprobuje to i tak pewnie nie zauwaze roznicy :) Portugalski jako tako zaczynam rozumiec po tych dwoch dniach, w sensie takim, ze widze podobienstwa i rozumiem powiedzmy ogolny sens czegos, ale powiedziec jeszcze nic nie mialem okazji :)

    pzdr, za dzien, dwa znow poplyne kilkaset mil na polnoc. juz sa krotkie spodenki, t-shirt a niedlugo bede pewnie zdychac z goraca :)

  • lidziak says:

    od 29.04 w Bento Goncalves ma być jakaś mega impreza związana z winem. W Bento i okolicach jest też spora polonia, więc jak masz ochotę posłuchać kolęd lub pieśni patriotycznych to jest to najlepszy adres pod słońcem ;-)

  • Wojtek says:

    … siedzę w tej mojej pracy, nie wiem po co. Jestem w kraju którego już nie rozumiem, kraju pełnego nienawiści, wrogości. Jestem tu, a tęsknię za Wami. Chciałbym dalej móc płynąć, podróżować, odkrywać to wszystko o czym piszesz Kuba. Ale jeszcze troszkę i to zrealizuję. W taki czy inny sposób to zrealizuję. Już to sobie obiecałem. Pozdrawiam Cię i całą załogę Katharsis

  • Wojtku, grunt to decyzja, a potem… Potem “samo się” poukłada i ani się obejrzysz, a będziesz w drodze… :-)
    Doświadczam takich małych cudów decyzji coraz częściej. Kiedy nie ma obaw, marzenia spełniają się czasem z dnia na dzień ;-)
    Najbardziej blokują nas nasze lęki (przynajmniej tak mnie się wydaje…)

    Aloha!

  • Natalia says:

    A ja bym z chęcią poczytała coś o życiu “po”, w ramach przygotowywania się do mojego powrotu do kraju :)

  • kuba says:

    no to jak wrócę to pewnie coś napiszę na ten temat :]

  • ox says:

    >kuba says:
    >May 6, 2011 at 20:36

    >no to jak wrócę to pewnie coś napiszę na ten temat :]

    no to jak z obietnicą? dotrzymasz?:)

  • kuba says:

    hm, no coś tam napisałem w poście pt. “powróciwszy” :] więcej myślę, że nie ma co się rozwodzić… prawda jest taka, że wszystko zależy od tego, jak popatrzymy na swój powrót. jeśli odbieramy to jako ‘karę’, koniec ‘wakacji’ i ogólnie coś nieprzyjemnego, to będzie dużo ciężej… ja staram się patrzeć na pozytywne strony, a tych też jest dużo. na ponowne wyruszenie w drogę jeszcze będzie czas :]

  • Leave a Response to kuba

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.