Torres del Paine

Posted on 05 January 2011

Cordillera del Paine jest niewielkim masywem górskim położonym w południowej części chilijskiej Patagonii. Zdaniem badaczy, jest on zupełnie niezależnym od Andów tworem górskim. Najbardziej znaną grupą są oczywiście spektakularne Torres del Paine (torre – hiszp. wieża, zaś paine – w jęz. tehuelche oznacza niebieski, co pewnie odnośni się do koloru jezior lub lodowców w tym regionie), widoczne na większości pocztówek w sklepach, okładkach albumów i reklamach agencji turystycznych w okolicy. Te trzy granitowe wieże wznoszą się na wysokość od ok. 2,400 m do do 3,050 m n.p.m., aczkolwiek różnie podaje się w źródłach. Bez wątpienia, są jedną z największych atrakcji całej Patagonii…

_MG_3621

Mnie Torres del Paine przyzywało od początku podróży, jak z resztą cała Patagonia. Było coś fascynującego w opowieściach innych podróżników, w internetowych opisach i przewodnikach  traktujących o tej części świata. Surowa i dzika przyroda, puste drogi  oraz ogromne przestrzenie z krystalicznie czystymi jeziorami, lodowcami i skalnymi igłami, wbijającymi się w błękitne niebo, po którym przetaczają się ciężkie chmury, targane niezwykle silnymi wiatrami. Patagonia. Torres del Paine. Carretera Austral… Zamknijcie oczy i wypowiedzcie na głos te nazwy. Ale nie tak beznamiętnie, spróbujcie z siłą, zaakcentujcie sylaby.. Dla mnie brzmią one jak zaklęcia. Dla mnie mają moc, moc, która sprawia, że nawet dziś, siedząc w cieple pod dachem i popijając mate, czuje na ciele, w jakiś niezrozumiały sposób, dobrze mi już znany, porywisty wiatr, a przed oczami mimowolnie pojawiają się obrazy… Kiedyś były one inne, wyobraźnia dorabiała swoje do zdjęć, które widziałem, teraz już tylko przywołuje na myśl to, co widziałem.. Tak już mam, że gdy słyszę niektóre nazwy własne miejsc, zjawisk albo rzeczy, imiona ludzi czy jachtów, tytuły piosenek itd., to czuje jakąś energię, „widzę” je w jakiś inny, szczególny sposób.  Nie we wszystkich oczywiście ale… Kathmandu, Nepal, Addis Abeba! Annapurna, Huascaran, Syberia, Ural! Amazonia, Sahara, Atakama! Almukantarat, Widmo Brockenu.. Dezyderata, Wędrowiec do Świtu, Siedem Kotów, Lampa Akermanu… i wiele, wiele innych. Być może wydaje się to śmieszne albo głupie… ale założę się, że wielu ludzi nigdy nie zwróciło uwagę jak brzmi dane słowo, nie poczuło nigdy tego, co oznacza ono dla niego tak „podświadomie”,  wykorzystując raczej wyobraźnię niż „rozum”. Ale to pewnie oznaka, że wszystko jest z nimi „w porządku”..? A może to właśnie ja jestem „normalny, czyli dla wielu inny”?

_MG_3432

Park Narodowy Torres del Paine oferuje kilka możliwości podziwiania piękna, jakie się w nim znajduje. Jak na „góry” przystało, większość sprowadza się do chodzenia, ale można wybrać także się na przejażdżkę statkiem po jeziorach, pojeździć konno lub po prostu połowić ryby. W każdym razie do parku przyjeżdża najwięcej turystów z plecakami, chcących spocić się trochę inaczej niż na siłowni. Trzy najpopularniejsze trekingi to tzw. Wariant W, Circuit O i będąca raczej jednodniowym wypadem tam i z powrotem, wycieczka na punkt widokowy Torres del Paine. „W” cieszy się największym powodzeniem, gdyż w ciągu 3-4 dni można odwiedzić najciekawsze miejsca w parku, zmęczyć się, a także wsiąknąć w klimat pól namiotowych lub w razie potrzeby, wziąć gorący prysznic czy wyspać się w drogich schroniskach lub jeszcze droższych hotelach górskich. „O” to pętla dookoła masywu, dająca dokładnie to samo co W plus kilka ekstra dni w spokojniejszych miejscach parku, po północnej stronie gór. „O” w przewodnikach wylicza się na najczęściej na 8-12 dni, w zależności od kondycji i chęci odbywania wycieczek „pobocznych”, tzw. side-trip’ów. „O” wg opisów pozwala na najlepsze ‘przeżycie’ wizyty w Torres del Paine i zobaczenie zróżnicowanej na przestrzeni parku przyrody, od lodowców, przez kamieniste doliny po podmokłe łąki i lasy, a wszystko w wersji deluxe. Natomiast wycieczka na punkt widokowy na wieże to tura tak naprawdę na kilka godzin, dobre dla tych, którzy nie mają czasu ani zdrowia na nic innego.  Ja już przed wyjazdem wiedziałem, że jeśli tylko będzie czas i warunki ogólne, to robię całą pętle. No i tak było.

Jako że zamierzałem spędzić w górach święta, a może także i sylwestra, postanowiłem, że nie będę sobie żałował ani czasu, ani pleców. Miał być zupełny luz, normalne śniadania i obiady, mate dwa razy dziennie, żadnych pobudek o 9 rano, żadnego łojenia po nocy. Miało być „normalnie +”:) Kupiłem więc co trzeba w supermarkecie i na spokojnie dojechałem transferem z hostelu nad Lagunę Amarga, gdzie znajduje się stróżówka parku. Tutaj trzeba uiścić złodziejską dla obcokrajowców opłatę w wysokości 30 usd, ale taki lajf, na pewno utrzymanie takiej atrakcji kosztuje. Była godzina 1800 i kilku turystów, którzy przyjechali ze mną busem radośnie wpakowało się do kolejnego minivana, który ich miał zawieźć do Las Torres, centrum konferencyjnego i najbardziej wypasionego hotelu w całym parku gdzie rozpoczynają się wszystkie szlaki. Cena 5 usd za 7km po szutrowej drodze. Nie lubię rozstawać się z gotówką, zwłaszcza za coś takiego, więc stojąc pod daszkiem wiaty i chroniąc się przed siąpiącą mżawką obserwowałem, jak moi niedawni współtowarzysze podróży obserwują ze zdziwieniem mnie zza szyb vana. Wsiadać i płacić nie zamierzałem. Zanim ruszyli, zarzuciłem plecak na grzbiet i ruszyłem szutrem przed siebie. Tego dnia miałem do przejścia i tak 11km od początku trasy do pierwszego bezpłatnego pola namiotowego, co w obliczu niespodziewanego, 7km dystansu jaki teraz mnie czekał i późnej godziny, wskazywało na dojście po zmroku. Jednym słowem, chillout zaczynał się z wysokiego C. Po 200 metrach dotarłem do bardzo wąskiego, drewnianego mostu. Przed wjazdem na mostek stał zaopatrzeniowy van, którego kierowca demontował lusterka, by się zmieścić. Wiadomo co się robi w takich sytuacjach.. Krótka rozmowa, plecak na pakę i po chwili siedziałem już w szoferce. Gdy pół godziny później na werandzie hotelu zobaczyli mnie ludzie z vana na ich minach rysowało się coś na kształt zdziwienia… Założyłem kurtkę i ruszyłem na szlak. Góry były zamglone i nic powyżej nie było widać, dobrze natomiast prezentowały się jeziora, które swoim niesamowitym kolorem kontrastowały z szarymi chmurami, z których co chwila siąpił deszcz. Niecałe trzy godziny później, po fantastycznym zachodzie słońca, którego promienie przebijały się przez grubą warstwę chmur w zupełnie nieprawdopodobny sposób, dotarłem na miejsce noclegu.

_MG_3400

Schronisko z darmowym polem namiotowym, rarytas, jak się później okazało, było pełne. Do schroniska nawet
nie wchodziłem, ale obszedłem całe pole w poszukiwaniu miejsca na namiot. Pole to zbyt dużo powiedziane. Była to raczej gęstwina krzaków i lasek obok schroniska, w których były mniej lub bardziej wygodne miejsca na namioty. W końcu, po 20min krążenia po zatłoczonym do granic terenie, znalazłem miejsce idealne. Już miałem rozbijać się w jakimś ciemnym, nieprzyjemnym miejscu, ale proszę! Kto szuka ten znajduje – idealna trawka, równo, jasno, z widokiem na jezioro i tylko jeden namiot obok, schowany gdzieś za kamieniami. Ugotowałem sobie kolacje w moim ‘domku’ i w takim wielkim zadowoleniu zasnąłem. Jeżeli uśmiechałem się przez sen to tylko do godziny 0100… Przeżyłem kilka burz w namiocie, a silne wiatry niejednokrotnie targały moim namiotem, ale czegoś takiego, to jeszcze nie słyszałem. Dokładnie. Nie słyszałem. Cisza, cisza i nagle gdzieś z oddali słychać WRZUUUUUUMMMMM… Gdy jest bliżej jest to już ryk, który ciężko mi wyrazić na klawiaturze. W momencie gdy szkwał dociera do namiotu, ten się kładzie niemal na bok i przez kilka sekund tak faluje, że na myśl przychodzi tylko jedno określenie – późna jesień średniowiecza.. Wiatr wiał chyba ze wszystkich możliwych kierunków, nie sposób było przewidzieć skąd przyjdzie następny podmuch.. O drugiej skończyły się podmuchy i zaczęło wiać naprawdę. Leżąc w półśnie zastanawiałem się, czy aby nie zbliżam się do granicy wytrzymałości materiału, z którego zbudowany był namiot. Nie było żadnego zagrożenia życia, strachu przed nocą w takich warunkach, nie były to wysokie góry, do schroniska ledwie 50 metrów, 11 km do hotelu. Jakby porwał mi się namiot to pewnie wytrzymałbym do rana i ruszył dalej zgodnie z planem, starając się myśleć pozytywnie, że ubyły mi dwa kilogramy z bagażu i przecież zawsze mogę spać pod gołym niebem lub w jakichś wiatach. Wolałbym jednak mimo wszystko nie tracić namiotu, który lubię. Takie oto myśli krążyły w mojej głowie aż w końcu stało się to, czego się obawiałem. Poszedł jeden z osłabionych już wcześniej naciągów i namiot złożył niemalże mi się na głowę. Nie było czasu na jakieś rozmyślania, w każdym momencie trzepoczący materiał mój pęknąć i rozerwać się jak luźne żagle na jachtach podczas sztormu. W samych kalesonach wyskoczyłem w kilka sekund ze środka próbując zorientować się jak wygląda sytuacja. Gdy tylko wyprostowałem się na zewnątrz dostałem w twarz… bryzgiem fali z jeziora, która zmyła ze mnie resztki snu. Przysiągłbym, że jezioro było dobre sto metrów od namiotu. Gdy spojrzałem w tamtym kierunku zobaczyłem szarą, kotłującą się chmurę złożoną z unoszonych przez wiatr drobinek wody. Biały szkwał i to w najpiękniejszej formie, oświetlony jasnym blaskiem księżyca i milionem gwiazd. Nie było jednak czasu robić zdjęć, zwłaszcza z długim czasem naświetlania. Kolejny bryzg uświadomił mi, że chociaż nie jest mi zimno i adrenalina mimo wszystko jest, to zaraz mogę być mokry. Trzymając cały czas jedną ręką maszty namiotu, z pomocą zębów zrobiłem kilka węzłów na zerwanym odciągu, wzmacniając na koniec całość dodatkową linką, którą noszę właśnie na takie okazje. MacGyver może by wymyślił coś innego, ale mi wystarczyło. Nie jestem też specjalnym zwolennikiem dociskania do podłoża namiotu kamieniami. Uważam, że jest to niebezpieczne dla materiału, ale w tym momencie musiałem zaryzykować, bo wpadający w szpary pod spodem wiatr w dalszym ciągu stanowił zagrożenie. Po 15 minutach żwawej akcji, mój namiot przypominał bunkier przeciwwiatrowy, a ja spokojnie wróciłem do snu, mając tylko nadzieję, że żaden z tych kamieni obok nie postanowi się zsunąć gdzieś na mnie lub namiot rozrywając go. Dwie godziny później panowała już zupełna cisza..

Rano grzało słońce, a ja na spokojnie, skoro świt o godzinie 14 ruszyłem dalej.. :] Po niespokojnych chwilach tamtej nocy pozostanie mi pamiątka w postaci wygiętych masztów, ale namiot przetrwał. No i tak to wyglądało. Wiatr budził mnie co noc, ale już byłem mądrzejszy i czujniej wybierałem miejsca. Chillout wszedł na stałe do marszruty, jako że chodzę w miarę szybko, to nie miałem problemów z tym, żeby gdzieś się zatrzymać po drodze podczas dnia, przygotować coś do picia, poleżeć bez sensu. Na miejsca noclegów docierałem średnio około 1900. Jako że szedłem zgodnie z kierunkami wskazówek zegara, czyli odwrotnie niż większość ludzi, była taka godzina w czasie dnia, kiedy mijali mnie prawie wszyscy turyści i mogłem się cieszyć z bycia sam na sam z górami. Spotkania z innymi turystami raczej nie były jakieś wyjątkowe, wielu chyba nie słyszało o zwyczaju pozdrawiania się na szlaku, rozmowy ograniczały się do „jak daleko do następnego schroniska?” a jak już z kimś zamieniło się słowo więcej, to okazywało się, że gość zupełnie jest nie w klimacie. Schroniska są drogie, tam śpią bogaci ludzie i raczej czuje się ten dystans, co jest zupełnie dla mnie nie zrozumiałe w górach… Większość pozbawiona jest też jakiejś atmosfery… Najbardziej boli to, że za rozbicie się na kempingach trzeba płacić ekstra i nie to, że symboliczne pięć złotych, ale 8 dolców. Poza wyznaczonymi miejscami oczywiście biwakować nie wolno. Co prawda w tej cenie jest prysznic z ciepłą wodą ale… nie wiem czy o to chodzi w górach. Próbowałem sobie tłumaczyć, że to dlatego, że sezon tutaj trwa zaledwie 3-4 miesiące i w zimie mało kto przybywa tutaj, ale mimo wszystko. Ciekawe czemu jeszcze u nas nikt nie pomyślał, żeby za wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego pobierać od obcokrajowców nie 3zł tylko 3 euro. Albo 13, wtedy lepiej by to oddawało sytuację jaka ma miejsce w Ameryce Południowej. Na pewno TPN by wiedział co z tą kasą zrobić…

Nie uda się uniknąć porównań z Cordillera Huyahuash. Wiem, że to coś innego, inna wysokość, inne cuda, ale przy peruwiańskim paśmie, treking po Torres del Paine to jest spacer. Idzie się przez większość czasy po poziomicy, od czasu do czasu trzeba podejść lub zejść i przez to się nie nudzi. Widoki rzeczywiście w niektórych miejscach są niesamowite. Odrywające się bloki lodu z czoła lodowca Grey, Dolina Francuzów, panorama z Przełeczy John’a Gardner’a… Raz widziałem lisa i kilka kondorów. I kaczki. Nie jest jednak aż tak dziko jak się spodziewałem, zawsze ktoś tam jest niedaleko, a w schroniskach można się przespać, dokupić zapasy i się ogrzać. Park to maszyna do robienia pieniędzy, co więcej, maszyna, która znakomicie działa. Nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziony, ale z prawdziwie górskiej przygody, na którą się trochę nastawiałem, nie wyszło za wiele… Nawet ‘groźna’ przełęcz Gardner’a, ze stromym podejściem i silnymi wiatrami, o którą pytają się wszyscy „jak tam jest” to małe piwo. I nie mówię tego jako „wytrawny piechur” ale po prostu nawet w naszych Tatrach znalazłbym co najmniej kilka dużo trudniejszych i męczących miejsc. Z resztą o jakich trudnościach mówimy? Trudno się idzie przez błoto i płaty mokrego śniegu, które leżą po jednej stronie. Pogodę miałem idealną, od czasu do czasu coś tam popadało, wiatr kilka razy dał się we znaki, ale generalnie to było ciepło i przyjemnie z niewielkimi wyjątkami. Całą pętlę, nawet z moim stylem chodzenia, przez który nigdy nie wyruszyłem z obozu przed 1100, mógłbym zamknąć w pięciu dniach, wykonując wszystkie, nie tak znowu liczne, wycieczki poboczne na punkty widokowe. Zdecydowałem się zostać jeden dzień dł
użej ze względu na przebiegły plan, który udał się w niemal 100%. Przed wyjazdem sprawdziłem pogodę i wiedziałem, w teorii przynajmniej, że gdy będę kończył ma nadejść najlepsza aura. Żadnych deszczy, sama lampa i piękna widoczność. Dlatego też nie poszedłem pod punkt widokowy na największą atrakcję parku – same iglice skalne od razu po przyjeździe do parku. W śniegowych chmurach i tak bym nic nie zobaczył. Natomiast gdy kończyłem miało być zupełnie inaczej.. Myślałem nawet wcześniej czy by nie spróbować przebić się przez którąś z przełęczy z północnej strony masywu, oszczędzając ostatni, nudny dzień i mając jakąś większą frajdę z tych gór. Wiedziałem, że jakiś szlak na drugą stronę po prostu musi iść. Przełęcze nie wyglądają strasznie ale przemówiłem sobie do rozsądku tym, że mapa którą mam nie jest najdokładniejsza na świecie, co jednak było niczym w porównaniu z tym, co bym prawdopodobnie zapłacił za zejście ze szlaku. Przypuszczałem, że muszą być jakieś ścieżki dla wspinaczy, którzy skracają sobie w ten sposób drogę o dzień lub dwa, ale nie bardzo było kogo zapytać. Pytanie w schronisku albo strażników z oczywistych względów nie wchodziło w grę. Upatrzyłem już nawet sobie w terenie dogodne miejsce, ale w końcu stwierdziłem, że dam spokój. Tak więc doszedłem, normalnie, do obozu pod punktem widokowym z zamiarem wstania przed świtem i zdążenia nad lagunę pod Torres del Paine, 45min po ścieżce w górę. Pamiętałem mniej więcej o jakiej godzinie wstaje słońce, ostatnio trochę ich oglądałem, więc nastawiłem budzik zachowawczo na 40min wcześniej. Przygotowane było wszystko jak należy, miałem wstać, złapać aparat i pobiec na górę. Jeszcze w nocy, na wszelki wypadek gdybym zaspał, przestawiłem 20 min budzik. No i mnie coś oszukali, chyba szybsze słońce mają w tym Chile bo obudziły mnie promienie wpadające przez okienko w namiocie. Z pomrukiem przypominającym coś w stylu „rwaasoheesst!?!” spojrzałem na zegarek i ze zdziwieniem stwierdziłem, że i tak się obudziłem pół godziny przed alarmem. Była na nim niespełna 0600 ale ja nie przestawiam często zegarków po przekroczeniu granicy więc mogła być inna równie dobrze. Ważne było, że zegarek wskazywał generalnie godzinę, o której np. w Argentynie jeszcze nie tak dawno, bo 800km temu, wstawałem przed wschodem. To dopiero niespodzianka. Gdy wpadłem na szlak to już pierwsi ludzie docierali na dół, do obozu… A to heca. W 30min byłem na górze i powiem Wam, że przytrafiło mi się coś niesamowitego. Słońce oświetlało już praktycznie całe ściany Torres del Paine, widok był imponujący, światło do zdjęć doskonałe i… przez 20min byłem sam w tym sanktuarium.

_MG_3592

To się rzadko zdarza, chyba że w środku nocy albo zamieci.. Sprytny plan wykonany więc nie w 100% ale zadowolenie nawet większe. Same Torres del Paine nie zrobiły na mnie aż takie wrażenia jak np. Fitzroy. Może to już tak jest, że się pewne rzeczy opatrują z czasem. W każdym razie na pewno warto było tam być. Choć cały szlak śmierdzi komercją na całą Patagonię, choć trudno tu o prawdziwie górską przygodę to naprawdę być tam i zobaczyć to na własne oczy trzeba… Do Puerto Natales wróciłem przed sylwestrem. Miasteczko wyglądało na opustoszałe i nawet w moim żydowskim hostelu, zazwyczaj głośnym i pełnym ludzi, nie było niemalże nikogo. Postanowiłem spędzić sylwestra tak, jak jeszcze nigdy w życiu. W supermarkecie znalazłem do tej pory nie znaną mi wódkę o oryginalnym tytule vodka.pl i tak wyposażony zasiadłem przed komputerem. Ani przez chwilę nie byłem sam. Video-rozmowy, konferencje i czaty trwały aż do 05.30 kiedy to odkryłem z niemałym zdziwieniem, że moja butelka jest pusta. Sylwestra przeżyłem więc ze znajomymi rozsianymi po całym świecie – w Meksyku, Boliwii, Argentynie, Kolumbii, Nowej Zelandii, Australii, Anglii, Malezji, a także oczywiście z rodziną i przyjaciółmi z Polski. Dzięki tym wszystkim, którzy znaleźli chwilę przed wyjściem na imprezę czy też już po powrocie albo jak w przypadku Azji już rano na zamienienie paru słów. Było fajnie. :]

_MG_3636

Tym, którzy obawiali się, że będę opisywał każdy dzień jak w było w przypadku Huayhuash od razu powiem, że mogą już wyjść zza szyby :] Nic takiego nie będzie miało miejsca. Nie ma po prostu o czym pisać. W zamian proponuje zobaczyć kilka zdjęć poniżej a także trailer najnowszej produkcji BezSensuStudio, którą zamieszczam już w następnym poście!

Proszę zwrócić uwagę, że trailer został zrealizowany zgodnie z większością wymogów dotyczących zwiastunów filmowych. Nieważne więc czy film jest totalną klapą czy oscarowym faworytem większość jest robiona wg podobnego schematu. Mamy więc i tutaj groźną muzykę budującą napięcie, parę napisów, niejasne dość urywki dynamicznych scen, wzmagające apetyt by dowiedzieć się ‘o co chodzi?’, kilka statycznych zdjęć przyrody no i dwa słabe żarty, mające uzmysłowić poziom absurdu w nadchodzącym filmie.. :]

Ja tymczasem powoli ruszam w kierunku Ushuaia już, z jednym przystankiem po drodze, Punta Arenas, gdzie mówiąc szczerze, muszę kupić sobie spodnie.. :] Ale o co chodzi to już innym razem :]


3 comments to Torres del Paine

  • AFJ says:

    “jest power” moje ulubione zdjęcie. !!!
    Niech Moc będzie z Tobą.

  • kuba says:

    Szymon, generalnie, cała ta okolica, gdzie jestem teraz, jest całkiem w porządku. Fajne to miasto, Caracas.. :]

  • Leave a Response to kuba

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.