PowrĂłciwszy…

Posted on 21 June 2011

Długo myślałem co napisać po powrocie. Nie miałem za bardzo pomysłu jak ubrać w słowa to, co czuję czy czułem. A wyjątkowo tego było duĹźo. Na szczęście szum w głowie zaczyna się uspokajać, wyciszam się, adaptuje do nowego-starego miejsca, innego trybu Ĺźycia. Tak, wrĂłciłem. I muszę się przyznać, Ĺźe juĹź prawie dwa tygodnie temu, o czym praktycznie nikt nie wiedział. W słoneczne popołudnie, siĂłdmego czerwca 2011 roku, dokładnie po 19 miesiącach i dwĂłch tygodniach nieobecności, po prostu zapukałem do drzwi własnego domu…

PowrĂłt był tajemnicą. Nie wiedzieli nawet rodzice, dla ktĂłrych moje pojawienie się było sporym zaskoczeniem. MoĹźecie sobie wyobrazić ich miny… Ssamolotem, z Rio de Janeiro do Salvadoru i przez Frankfurt do Poznania… Dalej pociągiem do Warszawy. Mogłem wracać innym jachtem, była okazja. Ale to był ten moment… Dom był taki, jak go zapamiętałem. Ciepłe, pastelowe kolory ścian i drewniane meble w salonie, ten sam zapach i widok za oknem. ZauwaĹźyłem tylko więcej detali, ktĂłre się zatarły gdzieś w pamięci. W moim pokoju niewielkie zmiany. Te same zdjęcia na ścianach są tylko bardziej wyblakłe, zdobyte medale i puchary błyszczą moĹźe trochę mniej, a kilka figurek postaci z gwiezdnych wojen oraz  kolekcja smokĂłw, ktĂłre kiedyś zbierałem stoją niezmiennie tam, gdzie je zostawiłem. Dotykam wszystkiego ręką, jest jak na filmie. W scenariuszu bohater powinien tylko coś powiedzieć mądrego albo najlepiej nie mĂłwić nic, a tu nic nie przychodzi do głowy inteligentnego a i milczeć nie wypada. WrĂłciłem do Domu, tego właściwego. Mimo Ĺźe po drodze kilkukrotnie zdarzało mi się pomieszkiwać w miejscach, w ktĂłrych czułem się dobrze i ktĂłre stawały się dla mnie domem na jakiś czas, to ten Dom pisany z duĹźej litery zawsze jest jeden… Długo się nim nie nacieszyłem bo juĹź 24h od przekroczenia jego progu siedziałem w autobusie jadącym na Ukrainę. Razem z Tatą zmierzaliśmy do malutkiej wioski pod Tarnopolem, gdzie dawno temu Ĺźył Jan, inny wariat z naszym nazwiskiem. Długa opowieść, ktĂłrą jednak pewnie dałoby się streścić w czasie, jaki musieliśmy odczekać na granicy zarĂłwno tam jak i w drodze z powrotem, cztery dni później. Cóş, i tak uwielbiam Zachodnią Ukrainę, za to jaka jest, choć Ĺźyć tam łatwo być nie moĹźe… To taka nasza Boliwia. Bo czym się róşnią tamtejsze cholity od tych starowinek? Ale to juĹź zupełnie inna historia, zupełnie nie ten moment na te rozwaĹźania…

Przez jakiś czas chciałem pozostać w ukryciu, mieć czas na „wejście” w tę polską rzeczywistość, przeniknięcie do przestrzeni Warszawy, na odkrycie tego, co się zmieniło, przyzwyczajenie się do wszystkiego. Chciałem teĹź przemyśleć sobie w spokoju jeszcze kilka rzeczy, doprowadzić się do “porządku”. ChociaĹź jeszcze teraz idąc ulicą łapie się na tym, Ĺźe myślę sobie – o, słyszę język polski! – po czym z uśmiechem stwierdzam – i to ze wszystkich stron :] Najtrudniej było utrzymywać znajomych w przekonaniu, Ĺźe jeszcze jestem po drugiej stronie. Czasem aĹź chciało się napisać na jakimś czacie– hej, wrĂłciłem, spotkanie za godzinę pod rotundą! Ale w planach była niespodzianka, ktĂłrą starannie obmyśliłem i zamierzałem kilka osĂłb nią zaskoczyć, co z resztą się udało :]

Zaskakujące, przynajmniej dla mnie, jest też to, jak teoretycznie niewielki obszar Ameryki Łacińskiej udało mi się zwiedzić w tym czasie. Oczywiście, są to tysiące wspomnień, setki poznanych ludzi i widoków, które zapierały dech w piersiach, ale patrząc tak na poniższą mapkę z trasą mej podróży, dociera do mnie, jak ten świat jest duży.

Jestem w domu i dopiero teraz, po wszystkim, trafia mnie ile rzeczy dzieje się tak naprawdę w tym samym momencie we wszystkich miejscach na ziemi. Przywołuje w myślach obrazy z Meksyku, gwarne targi Gwatemali i Ekwadoru, kolor tablic rejestracyjnych peruwiańskich samochodĂłw mknących przez pustynie, a takĹźe zastanawiam się co robią w tym momencie gdzieś tam ci wszyscy ludzie, ktĂłrych minąłem… A przecieĹź to tylko niewielka część Ziemi! Mam to wszystko w pamięci, kolory, zapachy, uśmiechy i krajobrazy – jeszcze to we mnie siedzi, ale po raz kolejny dochodzę do wniosku, Ĺźe nie ma sensu tego ogarniać w ogĂłle, myśleć o tym. Bo ciekawe jest teĹź tutaj i teraz, a co więcej, moĹźna tego dotknąć i coś z tym zrobić. Na to, co się dzieje tam, nie mam większego wpływu, przynajmniej w większości kwestii. Jasne, Ĺźe mogę oszczędzać energię, segregować śmieci i jeĹşdzić rowerem ale teraz nie o tym mĂłwię…

Siedzę przed komputerem, piję yerbe mate, zupełnie tak, jak przed dwoma laty… No, dobra, niezupełnie. Mam nowe naczynko :] Czy coś się zmieniło w ogóle? Wróciłem do punktu wyjścia, tylko starszy. Nie dwa lata, czuje się starszy o co najmniej 4 lata, mimo że dziecka, które kiedyś miałem w sobie, przez ten okres nie udało mi się zgubić. To wciąż te same Dziecko Słońca - Hijo del Sol. Dobrze, że jest, lubię je. Wiem, że teraz jest czas by pójść za ciosem, uda się. I tutaj docieram do najważniejszej rzeczy, jaką chce w tym wpisie powiedzieć. Nie wiem czy przez to, że mamy lato w kraju, za chwile wakacje czy przez coś jeszcze, ale ja wcale nie jest smutny, przybity ani zdołowany, że wróciłem. Co więcej, ja się nawet cieszę, że wkrótce spotkam dawno niewidzianych członków rodziny, znajomych i przyjaciół, że rozpoczyna się w moim życiu coś nowego, jakiś nowy etap, który wcale nie musi być gorszy od poprzedniego. Będzie inny, ale nie wątpię, że czekają mnie wyzwania równie ciekawe co podczas podróży, a nawet często trudniejsze! Cieszę się, że podjąłem takie decyzje, które mnie tu sprowadziły i wiem też, że na nic nigdy nie jest za późno. A już na pewno nie na podjęcie Decyzji. Doświadczenie, wiedzę i, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie „mądrość’, które zdobyłem podczas drogi przyjdzie mi wkrótce stosować w tym codziennym życiu. Jak zwykle trzeba będzie pewnie być elastycznym w kilku sprawach, ale czyż nie takim trzeba być i w podróży? Wielu ludzi mówiło mi, jak to ciężko jest wrócić, zwłaszcza po takim czasie i takich przygodach, do tej rzeczywistości. Owszem, tryb życia trochę się zmieni, ale chyba mam chwilowo ochotę na odrobinę stabilizacji i znajomości planów na chociażby następne trzy dni. Odrobinę, podkreślam! :] Wrócę też pewnie do regularnych medytacji, bo już widzę, że będą potrzebne. Hałas w Warszawie jest straszny i gdy zasypiam wydaje mi się, że ktoś coś cały czas do mnie mówi, że słyszę samochody i jakiś szum nieustający. Ale spokojnie, jeszcze nie zwariowałem :] Na pewno prędzej czy później zacznie też mnie nosić. To już jest chorobą i obawiam się, że nieuleczalną…

W podsumowaniu nie może zabraknąć kilku faktów dotyczących podróży. Niektóre przedstawione poniżej liczby pochodzą ze statystyk, jakie prowadziłem, inne są efektem moich mniej lub bardziej dokładnych obliczeń, a część to tylko orientacyjne szacowania. A było mniej więcej tak:

595 dni w drodze
21 – w tylu krajach – na 4 konty
nentach - postawiłem stopę od momentu przekroczenia granic Polski
~23.000 km przejechanych, z czego ponad 20.000 km autostopem
> 8.000 mil morskich (~14.8 tys. km) przepłyniętych w sumie na trzech jachtach żaglowych i kilku mniejszych łódkach, zarówno po wodach morskich jak i słodkich
~ 500-600 – orientacyjna liczba złapanych na stopa samochodów
105 metrów pod poziomem morza – najniżej położone miejsce, w którym byłem podczas podróży (Laguna del Carbon, Argentyna)
6088 m n.p.m. – najwyższy szczyt, na który wszedłem (Huayna Potosi, Boliwia)
> 80 GB – materiałów zdjęciowych i filmowych z drogi (już po wstępnej selekcji)
Nieskończona – liczba wspomnień i niezapomnianych przeĹźyć.

Jeśli zaś chodzi o blog to muszę przyznać, że sam jestem tym zaskoczony:

> 26.000 – tylu różnych gości wpadło chociaż raz
> 243.000 – tyle razy łącznie przeglądano bloga
78 – opublikowanych wpisów o łącznej długości przekraczającej 500 stron maszynopisu
~ 600 – liczba Waszych komentarzy
> 750 ‘lubiących’ fanpage grandtour na fejsie :)

To całkiem niezły wynik, jak na bloga, który powstał dla rodziny i najbliższych przyjaciół :] Dziękuje za całe wsparcie, jakie otrzymałem od Was, Czytelników, znajomych, przyjaciół i bliskich. Dziękuje za te wszystkie miłe słowa, które do mnie trafiły, dzięki, że głosowaliście na mnie w konkursie na bloga roku i dzięki, że tu wpadaliście. Czułem, że mam dla kogo pisać i lubiłem to. Dziękuje też tym wszystkim ludziom, którzy byli ze mną albo pomogli mi po drodze. Nieważne, czy było to coś ‘wymiernego’ czy poświęcili mi ‘tylko’ czas, uśmiech albo rozmowę – od wielu z Was nauczyłem się naprawdę dużo…

Tymczasem przede mną różne wybory, jedne łatwe inne trudne, no i sporo do zrobienia. Trzeba jak najszybciej uporządkować zdjęcia, zmontować zaległe filmiki, rozpocząć pracę nad redakcją wpisów, a jeszcze wypadałoby przecież żyć teraźniejszością, myśląc chociaż w niewielkim stopniu o przyszłości… :) Cokolwiek by to nie znaczyło. Może rzeczywiście kogoś zainteresuje pomysł wydania książki na podstawie tych moich relacji, a ja chciałbym też spróbować swych sił i popracować w jakiejś redakcji albo na portalu podróżniczym, także jakby ktoś coś wiedział konkretnego to proszę o informację/kontakt. Coś czuje, że usłyszymy się jeszcze :] Trzeba też wrócić do formy i zrzucić kilka kilogramów. Już nie jest najgorzej, zacząłem biegać, z kondycją po pół roku na jachcie nie jest tak źle, mam za sobą pierwszą grę w siatkę na piachu, a nawet dałem się przekonać do niezbyt lubianej przeze mnie czynności, jaką było odwiedzenie siłowni! Wkrótce też pewnie nastąpi powrót do liny i magnezji, w Beskidy, a nawet na rower! :) Mam też wznowić pracę nad ideą Szlaku Jurt Pogranicza… Gdzieś między tym wszystkim zaczynam się spotykać ze znajomymi i nadrabiać zaległości towarzyskie. Ostatni weekend obfitował dla przykładu w tyle zdarzeń, że mógłbym mu poświęcić cały jeden wpis, ale są dość duże rozbieżności w wersjach zdarzeń i to raczej nie ta tematyka :]

Moje Grand Tour dobiegło końca. Nie była to klasyczna wersja tego typu podróży, tak samo jak nie było to dosłownie pielgrzymowanie. Ale miałem pewną ideę, której się trzymałem. Zapewnie nie będę drugim Thomasem Coryat’em i nie zostawię po sobie w kulturze czegoś na miarę widelca, który to jako włoski wynalazek został spopularyzowany właśnie przez wspomnianego ojca ‘grand tour’ w Anglii. :] Jednak mam nadzieję, że mimo wszystko coś udowodniłem i to nie tylko sobie. Że jak się bardzo chce to można zrobić naprawdę dużo tylko trzeba zrobić ten pierwszy krok i dać się ponieść, wiedząc mniej więcej w którą stronę pod Grunwald! :] Dla mnie nigdy już nic nie będzie takie samo. Zmieniłem się, tak samo jak każdy z nas przez ten czas. Nic nie trwa bez końca, nie ma też pustki, w każdej chwili zaczyna się coś nowego. Teraz na pewno dla mnie, a jak jest z Tobą? Może w tym czasie ktoś z Was wyrusza w podobną podróż? Może ja też za niedługo wyruszę w kolejną? Już z innym nastawieniem, jako nomad? Jestem zadowolony z tego, jakie zmiany we mnie zaszły i co zrobiłem i przeżyłem. Nie żałuje ani jednej chwili z ostatnich 20 miesięcy, tak jak było po prostu miało być. Ale nad łóżkiem w moim pokoju wisi plakat, na którym jest zdjęcie przedstawiające alpinistę wchodzącego na ośnieżony szczyt. Pod spodem widnieje podpis: „Ambition – aspire to clib as high, as you can dream” Kiedyś ambicje, raczej te „niezdrowe”, były moim problemem. Dziś wygląda na to, że nauczyłem się nad nimi panować i wykorzystywać do swoich celów, dlatego sądzę, że przede mną jeszcze niejeden sen i niejedna piękna historia! :]

WkrĂłtce ukaĹźe się pewnie jeszcze jakiś film albo dwa, blog czekają teĹź pewne zmiany, takĹźe wpadnijcie za jakiś czas… A tymczasem się z Wami Ĺźegnam… tylko po to, by z niektĂłrymi z Was przywitać się wreszcie w tzw. ‘realu’ (i nie mam na myśli Ĺźadnego hipermarketu – taki  şarcik-kosmonaucik na odchodnym, haha) :]

na fali! ;)


26 comments to PowrĂłciwszy…

  • Tomuś says:

    Jak to by powiedział Siara:
    “Widzisz, Wąski, dziś jest waĹźny dzień w twoim zasranym Ĺźyciu. Teraz zaczynasz nowe, zaszczane Ĺźycie.”

    :)

  • Agnieszka says:

    pieknie :)

  • Ewelina says:

    To niesamowite czytać czyjeś podsumowanie z długiej podróşy, kiedy samemu niedługo wyrusza się w świat i ma się tyle samo wątpliwości co chęci… :) Decyzji tej towarzyszy jakas nostalgia, bo mam wrazenie, ze konczy sie pewien etap, a po powrocie juz wszystko bedzie inne.
    Czesto wpadalam na Twojego bloga i mysle ,ze nie trafilam na niego przypadkiem :) Fajnie byloby spotykac na swojej drodze takich ludzi jak Ty!
    Zycze Ci wszystkiego najlepszego!!

  • Jhon says:

    Hey Kuba, creo que yo tambien me converti en un fan de tu blog hahaha y de tus aventuras… Me encanto leer el Ăşltimo post creo que como dices “nunca nada sera igual” tienes muchas razon todo cambia y nada es permanente lo importante es que nos damos cuenta y lo aceptamos… estoy muy contento que hayas regresado a tu casa y que disfrutes de tu familia….
    Quizas algĂşn dia comiences otro aventura mas y me encantara poder saber que haces y donde.

    Te mando un gran abrazo y muchos buenos deseos…

    Saludos desde PerĂş

    Jhon.

  • Kamil says:

    Dziękuję! :)
    Do zobaczenia!;)

  • olek says:

    a juz myslalem, ze wpis na FB to kolejny zarcik…

  • fmn says:

    “Jak zamknę oczy to sobie wyobraĹźam, Ĺźe teĹź bym tak śpiewała w ładnej sukience na duĹźej scenie, reflektory, kwiaty, wielbiciele, autografy…”

    Panie, teraz przed popularnością nie uciekniesz ;) Na pewno ciekawie byłoby Cię posłuchać, zdjęcia obejrzeć przy okazji jakiegoś slajdowiska. Co prawda sezon teraz na tego typu rzeczy dość średni, ale… jak nie teraz, to zawsze będzie okazja później.. Wiesz, książka, empik, promocja te sprawy ;-)

    Powodzenia na nowej drodze Ĺźycia :-)

  • Wojtek says:

    nie zapomnij, że w Trójmieście też masz przyjaciół :)

  • Ola Pe. says:

    dzięki za czwartek, nadal ciężko mi uwierzyć, że wyszedłeś z tego komputera :*
    “Marysia była lekko w szoku!” :)

  • Klara says:

    Nie ma co ubierać w słowa – FAJNIE SIĘ CZYTA, JESTEŚ ZUCH CHŁOPAK:)))))

  • Aga says:

    Kuba, fantastycznie! Dziekuje i gratuluje. Jakbys byl kiedys w Londynie, to daj znac!

  • Natalia says:

    To my, czytelnicy, dziękujemy :)

  • CRANK says:

    Heh, wrĂłciłeś, aĹź ciężko uwierzyć :) Dzięki za te wszystkie wpisy i… CZEKAM NA KOLEJNE! :) Mam nadzieję, Ĺźe (tak jak kiedyś juĹź pisałem) będę mĂłgł przeczytać Twoją książkę.
    Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za Twoje relacje. One naprawdę dużo mi dały.
    Pozdrawiam

  • Migas says:

    Chyba każdy miał w swoim życiu serie książek, która im bliżej końca, stawała się lepsza i budziła silniejsze uczucia.
    Twój blog to jednak z najlepszych serii jakie było mi dane czytać.
    To jak z świra z którym skakałem przez ognisko zmieniasz się w prawdziwego obieżyświata. To jak dzięki twoim opisom czułem się jak bym siedział obok.
    Jednak to uczucie że coś się kończy a coś zaczyna będzie mi towarzyszyło przy każdej wizycie na tym blogu.
    Sądzę że to co Cię spotkało i to czym się dzieliłeś z wszystkimi którzy odwiedzili bloga to tylko pierwszy rozdział książki którą będziesz pisał jeszcze wiele lat i wiele kontynentów.
    Dzięki Eben za super czas spędzony przy tym blogu dzięki za motywacje do zmian i zrobienia pierwszego kroku w stronę spełnienia marzeń.
    Do zobaczenia mam nadzieje w Sierpniu.

  • Małgosia Stępień says:

    Kuba!
    Widzę Cię dokładnie jak idziesz w pierwszej parze pierwszo-klasowego stadka prowadzonego przez p. Ostapowicz, a my z Twoją Mamą czekamy aĹź p. Benia zgarnie Olę i Jaśka………. Mam jeszcze kilka obrazĂłw z tamtych zamierzchłych czasĂłw z Tobą w roli głównej – ale skoro tamte role były główne – jak sklasyfikować ten TwĂłj Występ??!! My teĹź odbywaliśmy tę podróş z Tobą i dziękujemy Ci bardzo za bogate, plastyczne, pełne refleksji i poczucia humoru relacje. Czuliśmy, Ĺźe nie jesteś “jednym z wielu”, ale Ĺźeby aĹź tak……….

  • Jestem przekonana, Ĺźe długo ‘na miejscu’ nie usiedzisz. Będzie Cię gnać, tęsknota za zdobywaniem nowych lądĂłw i odkrywaniem swojego świata będzie się pogłębiać. Czekam więc na dalsze relacje z podróşy, bo wiem, Ĺźe będą!
    Pozdrawiam,
    Dulcynea

  • Kuba, dziękuję. Za uśmiech, za inspirację, za magię, za bycie tuĹź obok, za słowo, za milczenie, za znajomość nieznajomy ;-)
    Gdybyś był w Gdyni, daj się zaprosić na chwilę z dala od miasta. Zawsze jest o czym pomilczeć.
    Do zobaczenia, gdziekolwiek i kiedykolwiek to nastąpi.
    Mahalo-po hawajsku znaczy dziękuję.
    Agnieszka

  • Agata says:

    Czytając relację z tego, co przeżyłeś, jak aktywnie żyjesz, że się nie boisz, że potrafisz pokonać wszysttko, co może nie pozwolić Ci być osobą jaką być pragniesz, czuję przypływ ogromnej motywacji, ale również i zazdrości, bo sama nie wiem czy jestem w stanie to zrobić. Niedługo wyprowadzam się z domu, moim marzeniem jest zwiedzenie Indii, RPA i Ameryki Południowej. W zanadrzu dostanie się na dobrą uczelnię. Nie wiem jak poradzę sobie ze studiowaniem medycyny i podróżowaniem, ale patrząc na Ciebie wiem, że człowiek jest wielki i może naprawdę wiele, i nie są to puste, filozoficzne słowa, ale myśli naznaczone potem, wysiłkiem i determinacją. I mam nadzieję, że pewnego dnia ja też poczuję, że mogę wiele. Poczuję zastrzyk adrenaliny i pojadę. Dziękuję Ci. Jesteś niezwykłym mężczyzną.

  • Kuzyn says:

    Hej Kuba. Gratulacje odwagi, pomysłowości oraz realizacji. My jeszcze jesteśmy w drodze i niewykluczone, że gdzieś się może na niej spotkamy (www.kuzyni.eu). Powodzenia w realizacji wszystkich planów i zamierzeń.

  • Stryj says:

    Kuba – Gratuluje! Dziękuje! Ściskam Cię bardzo mocno! Cieszę się, Ĺźe jesteś w domu! Świetnie to zrobileś, a Twoja “statystyka” jest powalająca. Mam nadzieję, Ĺźe gdzieś niedlugo Cię zobaczę! PozdrĂłw!

  • Aga says:

    Twojego bloga polecił mi kumpel(teĹź podróşnik) , no i wsiąkłam całą sobą … w pracy mam zaległości,chłopak zazdrosny (czytałam nocami w łóżku :)) Byłeś moim oknem na świat. Czytając ostatni wpis , a nawet teraz pisząc, nie mogę zapanować na łzami, ktĂłre cisną się do oczu, Ĺźe to juĹź koniec. Mam nadzieję ,Ĺźe zrobisz coś z tym materiałem, ktĂłry zebrałeś podczas podóşy. Czyta sie fantastycznie i wciąga jak bagno.Co dzień czeka się na kolejny wpis , a kiedy go nie ma jest smutek i zniecierpliwienie kiedy znowu …
    I co ja teraz będę czytała ????!!!! Z kim będę podróżowała ??!!!
    Kuba jesteś fantastycznym młodym człowiekiem, realizuj swoje plany i marzenia. Trzymam kciuki .
    Dzięki za te kilka miesięcy wspaniałej lektury i pięknych zdjęć.
    Jeszcze tu wpadnę :)

    Pozdrawiam
    Aga

  • kuba says:

    dziękuje za te wszystkie miłe słowa. minął już prawie miesiąc od powrotu. wciąż nie mam telefonu [ale to się będzie niestety musiało zmienić w najbliższym czasie :/] ani nie spotkałem się ze wszystkimi znajomymi. Jest ostatnio trochę biegania, do czego nie jestem przyzwyczajony, inny rytm wszystkiego, korki na ulicach, ale jest ok :] Wcześniej czy później się pewnie jeszcze usłyszymy, będę czasem dawał znać, jak się coś będzie działo dotyczącego grandtour :]

    do zobaczenia, tu czy tam.. :]

  • Marek says:

    cześć Kuba

    widzisz co na robiłeś urwałeś kurze złote …..
    ale fajnie że wróciłeś, podziw i szacun za całość,
    do zobaczenia w Gdańsku, Bieszczadach lub stolycy.

    pozdrowienia z TrĂłjmiasta – tu teĹź masz przyjaciół.
    Marek

  • Kamil says:

    heh…
    wiem, że wróciłeś i czytałem już ostatni wpis, ale wciąż tu wracam!
    pozdro!

  • fred says:

    :] zajrzyj do działu ‘posłuchaj, to do ciebie’ ;] jest coś nowego.

  • Kamil says:

    fb był szybszy! ;))
    Wenezuela?!? ;))

  • Leave a Response to Aga

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.