moja "Mekka" na skraju świata…

Posted on 10 January 2011

Czy tego chciałem czy nie, faktem jest, iż przez większą część mojej podróży Ushuaia była czymś na kształt odległego, bardzo mglistego “celu”. Kierunek praktycznie nie zmieniał się nigdy, jechałem z północy na południe z niewielkimi odchyleniami, cały czas mając gdzieś tam w głowie tę dziwnie brzmiącą nazwę. Gdy jednak w Panamie poznałem Tomka i Beatę, to niepozorne miasteczko na rubieżach świata stało się nagle zupełnie realne dla mnie… Tak jak wcześniej nie byłem pewny, czy uda mi się tu dotrzeć i nie robiłem z tego żadnego założenia – jak sam pisałem jeszcze w grudniu 2009 – to nagle stało się ono “Mekką”, do której prowadziła moja pielgrzymka po ziemiach Ameryki Południowej. I tak 7. stycznia 2011 w godzinach wieczornych, po 14 miesiącach tułania się  po Ameryce Lacińskiej, dotarłem…

ushuaia_pan2

Z Puerto Natales do Punta Arenas poszło łatwo. W Punta Arenas znajduje się strefa wolnocłowa i miałem nadzieję, że uda mi się kupić tam jakieś buty i ew. może drugi obiektyw, skoro jest tak tanio. Niestety, jak się okazało, tanio nie jest wcale, a wybór jest wręcz żenująco niewielki. Jak to się mówi, można kupić wszystko czyli de facto nic. Najciekawszym doświadczeniem w Punta Arenas była degustacja piwa Austral, które jest tam właśnie produkowane. Generalnie piwa w Ameryce Łacińskiej nie należą do najlepszych, ale ten chilijski browar uważam, że jest naprawdę udany. Wszedłem do jakiejś lokalnej mordowni, gdzie przy starych, zniszczonych stolikach siedziała cała portowa śmietanka – rybacy ze sztormiakami przewieszonymi przez oparcia krzeseł, brodaci marynarze w wełnianych swetrach, kilku dziwnych typów w skórach wraz z podstarzałymi kobietami a na dodatek sprzedawca zabawek, który krążył między całą tą zbieraniną i próbował wcisnąć każdemu migające podstawki pod szklanki, które migają kolorami tęczy, gdy ta jest pusta, olbrzymie zapalniczki i jeszcze kilka innych gadżetów. Wnętrze knajpy było tak zadymione, że można było zawiesić przysłowiową siekierę. Ale takie miejsca mają swój niepowtarzalny klimat, swój charakterystyczny gwar, oprawę muzyczną i obsługę. Oczywiście, można było pójść do turystycznego lokalu, ale po stokroć bardziej wolę przebywać w takich barach – choperiach, jak je tutaj nazywają. Zamówiłem więc chop’a – półlitrowy kufel piwa Austral i na pół godziny zanurzyłem się w tym świecie…

Rano, po drodze na wylotówkę, odwiedziłem cmentarz miejski. Cieszy się on sławą jednego z atrakcyjniejszych cmentarzy, jeśli w ogóle można tak określać nekropolie, w Ameryce Południowej. Niestety, do niesamowitej Recoletty w Buenos Aires brakuje mu dużo. Przespacerowałem się alejkami, zrobiłem kilka zdjęć i żeby nie tracić więcej czasu, poszedłem dalej. Do Ushuaia miałem 700km i każda minuta się liczyła, jeśli chciałem tam dotrzeć tego dnia. Kilka kilometrów przejechałem z żołnierzem, który jechał na lotnisko. Potem zgarnęło mnie dwóch młodych chłopaków, pracujących w telekomunikacji. Jechali naprawiać telefony w jakiejś fabryce 150km dalej. Zostawili mnie trochę tak na pustkowiu, gdzie musiałem poczekać kolejne pół godziny zanim zabrałem się ciężarówką wiozącą owce. W szoferce śmierdziało trzodą, było brudno i niezbyt przytulnie, ale zawsze to lepiej niż stać na wietrze. Kierowca zaprosił mnie na obiad do przydrożnej knajpy, a 30km dalej ustawiliśmy się w kolejce do promu. Tutaj kończy się kontynent, by dostać się na Ziemie Ognistą należy pokonać Cieśninę Magellana. Ziema Ognista, czyli Tierra del Fuego to wyspa. Wg legendy, została tak nazwana przez Magellana gdy przepływał ze swoją wyprawą przez cieśninę, ze względu na widok licznych ognisk, a właściwie dymu unoszącego się z nich, za pomocą którego komunikowali się między sobą Indianie na wyspie. Sama cieśnina nosiła na początku nazwę “Wszystkich Świętych” ale została w późniejszym czasie przemianowana na cześć słynnego żeglarza. Podróż promem trwała ok 15min. Morze było mocno rozbujane i na upchnięte samochody i ciężarówki na pokładzie co chwila spadały bryzgi fal, które prom rozbijał swoją prostokątną konstrukcją dziobu. Za namową kierowcy wysiadłem tuż za przeprawą, on skręcał gdzieś za chwilę i tu miałem ponoć większe szanse na złapanie kolejnego stopa. Zrobiło się względnie późno. Godzina 1500, do Ushuaia wciąż 500km, z czego połowa po fatalnej nawierzchni, po której tiry ponoć jadą 10-20 km/h. Dopiero stojąc na pustej drodze, której jeden koniec niknął w morzu a drugi na horyzoncie pod ciemnymi chmurami, dotarło do mnie, że jestem naprawdę daleko… W Ushuaia czekała na mnie już koleżanka z Urugwaju, którą poznałem w Mendozie i byłoby miło zdążyć na piątkową imprezę. Przypłynął kolejny prom i… miałem szczęście, jak można by było powiedzieć. Zabrał mnie Najszybszy Kierowca na Ziemi Ognistej :) Nowiutki (kilkutygodniowy) suw, 150-180 km/h na liczniku, całkiem sprawna odprawa na granicy i w 4h docieram na miejsce. Jest jeszcze jasno, bo o tej porze roku w tych szerokościach geograficznych ciemno robi się dopiero o 23 a zaczyna świtać  już o 04. W hostelu, w którym się umówiłem z Rocio, zostało tylko jedno miejsce – jakby specjalnie dla mnie i w dodatku jeszcze w tym samym dormitorium, co moja znajoma. Lepiej być nie mogło… :]

_MG_3687

Następnego dnia, po odpowiedniej dawce snu, zwiedziliśmy Muzeum Końca Świata, mieszczące się w dawnym zakładzie karnym.  Ushuaia w języku indian Yamana, zamieszkujących te tereny wraz z innymi plemionami od 12 tysięcy lat, znaczy tyle co “Zatoka u Krańca“. Indian już nie ma, ostatni wyginęli na początku XX wieku i dziś ślady po nich można odnaleźć tylko pośród pamiątek dla turystów i w sztuce graffiti na murach miasta.. Podobno na wyspach położonych bardziej na południe żyją jeszcze mieszańcy, ale z niezwykle ciekawych rytuałów indiańskich grup Yamana, Selk’nan, Manek’enk i Alakaluf  zostały ledwie teatralne przedstawienia… Miasto zostało założone oficjalnie w 1984 roku. Pod koniec XIX wieku postanowiono założyć tutaj kolonie karną. Surowe warunki naturalne, niedostępność wyspy i odległość od reszty świata  miała zapobiec ucieczkom. Podobnie z resztą jak to miało w przypadku Australii. W 1902 roku w mieście rozpoczęto budowę wiezienia, które ukończono 18 lat później. Zostało ono wzniesione tylko i wyłącznie pracą rąk skazańców. Kto nie pracował nie dostawał jedzenia. Ushuaia była samowystarczalna, więźniowie pracowali w różnych zawodach, pozyskiwali drewno z okolicznych lasów, polowali i łowili ryby. Miasteczko się rozrastało i w 1947 roku zamknięto więzienie. Dziś Ushuaia jest uznawana za ostatnie miasto świata. Dalej na południe teoretycznie są jeszcze jakieś osady, w tym chilijskie Puerto Williams po drugiej stronie zatoki, który także sobie rości prawa do tego tytułu, ale nie odgrywają one takiej roli jak Ushuaia. To tutaj przybywają turyści by być “na końcu świata”, zobaczyć pingwiny, interesujące ptaki, a ci bogatsi także po to, by wsiąść na pokład promu, który ich zabierze na wycieczkę na Antarktydę. Ceny nie spadają poniżej 3 tysięcy dolarów. Tutaj także przybyw
ają jachty po lub przed walką z legendarnym Przyladkiem Horn, będącym swego rodzaju “Everestem” dla żeglarstwa… Ja zamierzam tu znaleźć jacht, którym będę mógł pożeglować na północ. Byłem już w marinie, która okazała się ledwie mazurskim pomostem, do którego cumują jachty.. Kilka stoi na kotwicy, ale przyznam się, że spodziewałem się większego obłożenia. Jachty przypływają tutaj i odpływają niemalże codziennie, większość z nich zabiera turystów na krótkie przejażdżki po okolicznych kanałach i kotwicowiskach, dzięki czemu mogą kapitanowie zarobić trochę pieniędzy i później pożeglować dalej. Liczę, że mi się uda złapać właśnie taki jacht, który zdecyduje się odpłynąć wcześniej niż po zakończeniu sezonu letniego w marcu.. Aby było to możliwe będę starał się wejść w jakieś układy z ludźmi na łódkach, dać się poznać, pomóc komuś w naprawach, sprzątaniu itd. Mam już kilka tropów, zobaczymy co z tego wyjdzie…

_MG_3702

Moja Mekka jest trochę inna, niż sobie wyobrażałem, będzie trudno ale trzeba próbować i być cierpliwym. Problemem są ceny za życie tutaj, Ushuaia jest droga.. Jedzenie, noclegi. Jutro przenoszę się na kemping na obrzeżach miasta by oszczędzić, ale mam nadzieję, że prędzej czy później będę mógł zatrzymać się u kogoś na jachcie. Takie są plany, czas pokaże jak będzie z ich realizacją. Czekać tutaj w nieskończoność też nie zamierzam i jeśli nie uda mi się załapać do jakiejś pracy, to w lutym trzeba będzie zacząć wracać… Generalnie jednak można powiedzieć, że mój powrót właśnie się zaczął. Bo z “końca świata” można już tylko wracać… :]

____________________________

Na koniec jeszcze ogłoszenie duszpasterskie. Jak pewnie zauważyliście, po prawej stronie pojawił się baner konkursu na Blog Roku 2010. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że mój blog startuje w tym konkursie, w kategorii “Podróże i szeroki świat”. Trzeba próbować. To już VI edycja i jest to największy tego typu konkurs w polskiej blogosferze. Niestety, jego formuła opiera na głosowaniu przez sms. 10 blogów o największej ilości smsów przechodzi do drugiego etapu, w którym o zwycięstwie decyduje jury. Moje wątpliwości budzi ten pierwszy etap głosowania, który uważam po prostu za dość niesprawiedliwy. W internecie roi się od konkursów, w których wygrywają ludzie, którzy nagabują swoich wszystkich znajomych, żeby klikali przyciski typu “I like”, wysyłali smsy, maile albo sami ich wysyłają setki i robią nie wiadomo co jeszcze, żeby tylko wygrać mimo że ich prace konkursowe wcale nie są najlepsze.. Wręcz przeciwnie. Przyznaje, że nagroda Bloga Roku to jest coś, co mogłoby otworzyć pewne drzwi, przez które chciałbym kiedyś przejść.  Nagrody rzeczowe mnie nie interesują – laptop, voucher o wartości 1000zł  na biżuterię… zupełnie mi na tym nie zależy. Ja nie będę prosić nikogo o żadne głosy. Uważam, że nie po to się pisze blogi, żeby coś od czytelników chcieć w zamian. piszę bo lubię, bo sprawia mi to nie tylko przyjemność, ale także pozwala czasem uporządkować myśli i ułożyć sobie niektóre rzeczy w głowie. Dlatego czasem wpisy są dość osobiste. Jeśli uważacie, że mój blog jest warty by na niego zagłosować – będzie mi miło.. Głosowanie zaczyna się 11 stycznia o 15.00. Sądzę jednak, że jeśli chcecie naprawdę wziąć udział w głosowaniu, warto zapoznać się także z innymi blogami podróżniczymi i wybrać rzeczywiście taki, który Waszym zdaniem jest “najlepszy” i najbardziej się Wam podoba. Tu nie chodzi o żadne sympatie. Chciałbym, aby takie konkursy były jako tako wymierne, a tylko przez takie głosowanie może to być możliwe w przyszłości… W dziale linki pod banerem znajdziecie kilka pozycji, z których kilka także bierze udział w tym konkursie i uważam, że warto się im przyjrzeć.. Niech to będzie więc taki apel o ewentualne głosowanie zgodne z przekonaniami :] Nic się oczywiście nie stanie jeśli nie wyślecie żadnego smsa, blogi jak były tak będą… przynajmniej przez jakiś czas :)  90% ludzi piszących je robi to z pasji…

Żeby zagłosować należy kliknąć na baner po prawej stronie i wysłać smsa na podany tam numer. Można wysłać tylko jednego smsa na dany blog. Koszt to 1.23 zł, dochód z smsów zostanie przeznaczony na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych.

Oprócz obejrzenia kilku zdjęć zachęcam też do posłuchania piosenki, którą wrzuciłem ostatnio do działu “posłuchaj to do Ciebie”. Piękne słowa i dobry klip.. Pozdrawiam serdecznie z – mogę to już chyba oficjalnie napisać – Końca Świata! :)


6 comments to moja "Mekka" na skraju świata…

  • Aśa says:

    Przekonania przekonaniami a sms’a i tak wyślę na ‘MGT’ choćby w podzięce za emocje i radości towarzyszące czytaniu (nie mówiąc o filmach) ;)
    Pozdrawiam koniec świata!

  • viktor Li says:

    Bravo,bravo,bravo!!!!!
    Kuba,dziekujemy Tobie za wspaniale opisy swoich podrozy po Ameryce Lacinskiej.Czekamy z utesknieniem na Ciebie.
    Barbara&VIKTOR

  • Maryla says:

    Wspaniale się czyta, mam nadzieję, że kiedyś będzie książka. Szkoda, że nie wybierasz się dalej na południe, Antarktyda to moje marzenie. Pozdrawiam, podziwiam i życzę szcęścia.
    Maryla, koleżanka rodziców.

  • Koms says:

    Kuba,

    wszedłem pierwszy raz, przeczytałem pierwszego posta i zaczynam lekturę nocną:)))))

    super, powodzenia, trzymaj się twardo :)

    hawk, Koms

  • Asia Sędek says:

    Fred, a nie korci Cię żeby się poprzeprawiać jeszcze na te najdalej na południe wysunięte wysepki? Żeby tak na sam samiuteńki koniuszek dotrzeć? :)

  • Kuba says:

    pewnie, że mnie ‘korci’… ale w tej chwili to kiepsko wygląda, bo nie da się o tak sobie ‘poprzeprawiać’ na te najdalej na południe wysepki :] Żyje tam bardzo niewielu ludzi, jeśli w ogóle, albo wysepki mają jakieś militarne znaczenie… to jest już poza tym Chile, które ma jakieś jazdy z Argentyną tutaj (np. teraz, od dwóch dni, podobno w ogóle nie można się wydostać z ziemi ognistej, bo granice są pozamykane :p). Najlepiej to łódka tam ‘pozwiedzać’ co z kolei też nie jest jakieś super bezpieczne, ale jak najbardziej możliwe. Generalnie wierzę, że jak kiedyś tu wrócę już na jakimś jachcie, może swoim za kilkanaście lat :P, to sobie wszystko obadam :) Teraz nawet żeby przepłynąć na drugą stronę kanału do Puerto Williams, to się płaci 150 USD nie wiadomo za co. Chyba poczekam jednak na lepsze okazje :)

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.