z wizytą w selvie

Posted on 25 March 2010

W Quito nastąpiła w ostatnim roku mała zmiana jeśli chodzi o transport międzymiastowy. Zdecydowano się na przesunięcie terminali autobusowych do skrajnych części miasta – północnej i południowej. Wcześniej, główny terminal był położony w samym centrum Quito, w okolicy Starego Miasta i licznych hosteli, dziś natomiast z terminalu trzeba jechać ponad 1h komunikacją miejską by się dostać do najciekawszych miejsc. To utrudnienie dla turystów, ale mieszkańcy cenią sobie takie rozwiązanie, gdyż na miejskich drogach już nie ma ogromnych autobusów, powodujących ponoć niesamowite korki. Korki i tak są, ale już nie stoją w nich autokary. Trwają też pracę nad przeniesieniem lotniska poza miasto, które do tej pory znajdowało się w jego granicach. O tym wszystkim powiedział mi w samochodzie jeden z pracowników hostelu, w którym mieszkałem w Quito. Usłyszał jak się pytałem o drogę na terminal i zaoferował, że mnie podwiezie, bo niedługo akurat jedzie w tym kierunku. No i jak tu odmówić? :)

Na nowoczesnym terminalu południowym od razu wskoczyłem w autobus jadący w kierunku Baezy, niewielkiej miejscowości położonej na drodze do regionu Ekwadoru, nazywanego El Oriente. Jest to region obejmujący wschodnie stoki Andów oraz dżunglę amazońską, aż do granicy z Peru. Bilet kosztował niecałe 3$, zgodnie z przelicznikiem 1$ za 1h jazdy. Planowałem jechać stopem od Baezy na południe, do Teny, będącej swojego rodzaju punktem wyjściowym większości wycieczek do dżungli. Autobus wspinał się krętą drogą na coraz to wyższe partie gór, przemierzając wysokogórskie łąki paramo, okrążając polodowcowe jeziora i raz po raz wjeżdżając w chmury deszczu lub w gęstą mgłę. Po trzech godzinach minęliśmy Baezę, ale dowiedziałem się o tym już po fakcie, gdy w pewnym momencie, odwróciłem się do tyłu by przeczytać napis na jednej z tablic na drodze. Pomyślałem, że to nawet dobrze, zobaczymy, gdzie tak dojadę ‘na gapę’. Godzinę później podszedł do mnie ayudante i zapytał, gdzie ja jadę tak właściwie. Wytłumaczyłem mu, że do Baezy, a gdy ‘okazało się’, że tą miejscowość minęliśmy już jakiś czas temu, powiedziałem, że tak naprawdę jadę do Teny. Wysadził mnie na środku drogi godzinę od mojego celu. Autobus skręcił już do jakiejś innej miejscowości, położonej z boku i to był ostatni gwizdek..

Pierwsze co mnie uderzyło to ciepło i duchota, jaka panowała w tym miejscu. Przede mną rozpościerał się niesamowity widok nieodległego łańcucha górskiego zanurzonego w gęstych chmurach, przez które przebijało się jeszcze mocne, popołudniowe słońce. I była tam ona, ciągnąca się po horyzont, soczyście zielona dżungla. W ciągu pięciu minut marszu oblałem się cały potem. Jakże to chłodne Quito różniło się od tych stron! Musiałem przejść asfaltem ok. 2 kilometry do ostatniego rozwidlenia, skąd odchodziła droga do Teny. W ciągu pół godziny minął mnie jeden samochód.. Gdy doszedłem do rozwidlenia zobaczyłem małą wioskę, która ulokowała się na tym węźle komunikacyjnym. Na stromych zboczach ustawione były drewniane chatki, wyglądające trochę tak, jakby zbudowane były ze wszystkiego, co akurat było pod ręką w czasie budowy. Nie wiem też, co by powiedzieli nasi specjaliści, gdyby zobaczyli jakie nachylenie mają stoki, na których stały domy. Sznury ze schnącą, kolorową odzieżą kontrastowały z zielono-żółtą barwą palmowych liści i innych rosnących tu roślin. Miałem wrażenie, że ja z plecakiem na grzbiecie, też jestem tutaj nie lada kontrastem…

Na drodze było pusto. Zastanawiam się, czy w ogóle w Ekwadorze jest sens jeździć stopem. Wygląda na to, że jedynymi pojazdami na większości szos poza miastami są żółte taksówki i autobusy, które w dodatku są naprawdę tanie, w porównaniu np. z Kolumbią. Gdy zobaczyłem stojący nieopodal taki właśnie pojazd z napisem ‘Tena’ na przedniej szybie, długo nie wahałem się. Kolejny dolar i po 1,5h docieram na miejsce. Zdążyłem tuż przed zapadnięciem zmroku, bo jak wiadomo, słońce w okolicach równika zachodzi bardzo szybko.. W tanim hoteliku przy terminalu przeciekał mi dach. Ulewny deszcz padał z przerwami przez całą noc, ale przynajmniej nie ma komarów.

Następnego dnia już od rana jest duszno i parnie i około jedenastej znów leje, tym razem tylko przez 15 minut. Ludzie są jakby do tego przyzwyczajeni, chowają się pod daszkami i parasolami i za chwile idą dalej nieśpiesznym krokiem, każdy w swoją stronę. Tena leży na skraju dżungli i wygląda jak senne miasteczko, w którym nigdy nic się nie dzieje.. Ale tak naprawdę jest to największe skupisko ludzi w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Główna aleja ze sklepikami i małymi restauracyjkami wyłożona jest kostką, jednak niewiele samochodów tędy przejeżdża. Ruch generują nieliczne taksówki i riksze. Po drugiej stronie rzeki znajduje się mały plac i kościół, a klimat jaki tam panuje można spokojnie porównać do odczuć, jakie w nas się pojawiają, gdy mówimy ‘popołudniowa, niedzielna sjesta w hamaku’. W miasteczku jest niewielki supermarket, kilkanaście obiektów noclegowych i spora liczba tzw. agencji turystycznych oferujących atrakcje w rodzaju wycieczek do dżungli, raftingu i spływów kajakowych. Siedząc na rogu jednej z uliczek mam wrażenie, że gdyby kilkadziesiąt lat temu, ktoś pokroju Indiany Johnes’a czy Lary Croft organizowałby wyprawę do dżungli, to tutaj szukałby tragarzy i robił zapasy żywności..

Tuż po południu podjąłem decyzję, że chciałbym zobaczyć dżunglę. Dowiedziałem się, która agencja współpracuje z Indianami oraz organizuje wycieczki do ich siedzib i po 1400 siedziałem wraz z przewodnikiem i z dopiero co poznanym, 21-letnim Francuzem w samochodzie jadącym do comunidad (rdzennej społeczności żyjących w komunie) w Machacuyaco. Gion jest na praktykach w Quito i weekendami zwiedza Ekwador. Niestety, w dzisiejszych czasach trzeba mieć albo mnóstwo pieniędzy, by zapuścić się głęboko w dżunglę i spotkać ‘dzikich’ Indian, którzy nie zawsze są tacy skorzy to serdecznych powitań, albo być Pałkiewiczem lub Cejrowskim i również mieć mnóstwo pieniędzy na ekspedycje naukowo-badawcze. Można być też niespełna rozumu i jechać, a potem płynąć rzeką lub iść gdzieś na ślepo przez selvę, ale to na ogół kiepsko się kończy. Nie spełniając żadnego z powyższych warunków, a chcąc wejść w las, musiałem postąpić jak przeciętny turysta i skorzystać z usług przewodnika jednej z agencji. Przynajmniej mam satysfakcję, że wybrałem taką agencję, która składa się z samych członków danej społeczności i 75% zysków idzie w ręce tamtejszych ludzi. Uważam, że jeśli mamy wybór, to należy pomóc im w takiej działalności, a nie finansować większe biura i nowe kafelki agencjom ‘z zewnątrz’, które czasem zupełnie nie dbają o przyrodę.. Oczywiście wszystko jest zależne i trochę generalizuję, jednakże problem ten jest dość skomplikowany i trudno wszystko wyjaśnić..

W Machacuyaco spędziłem prawie trzy dni. Nie jest to bardzo odizolowana grupa, ich siedziba położona jest niespełna godzinę drogi samochodem od Teny. Nie jest oczywiście to żadne miasteczko, ani nic w tym stylu. Ludzie żyją w prawdziwej dżungli, w drewnianych domach porozrzucanych po dość sporym terenie. Niektórzy muszą godzinę iść po błotnych ścieżkach przez las by dotrzeć do serca osady. Tylko tam można dojechać samochodem. Jedynym murowanym budynkiem jest szkoła, w której dzieci uczą się języka hiszpańskiego i ‘standardowych’ przedmiotów. Język
iem, którego używają wszyscy do komunikacji między sobą jest Kichua (nie mylić z Quechua). W dzień, razem z przewodnikiem chodziliśmy na niedługie, 2-3 godzinne spacery po dżungli. Jest… zielona. Bardzo zielona. Dowiedziałem się, których roślin używa się gdy boli ząb, gdy ma się grypę, gdy ukąsił wąż lub też gdy zbiliśmy sobie kość. Niektóre z nich się gotuje, inne żuje, a jeszcze inne przykłada do ran. Z powodu częstych deszczy na ścieżkach są ogromne ilości błota. Właściwie idzie się po nim przez cały czas. Na szczęście dostaliśmy kalosze, które oprócz nieprzemakalności zapewniają także ochronę przed wężami i niezłe odciski. Co prawda żadnego węża nie widziałem, ale w tym miejscu żyje ich aż 15 gatunków, z czego 5 jadowitych. Co ciekawe, niektóre jedzą specjalne grzybki, by wzmocnić swój jad. Widziałem za to pająki i to całkiem duże. Drugiego dnia poszliśmy na długi spacer do groty szamanów, gdzie udawali się oni na odosobnienie, ćwicząc i zaznajamiając się z duchami lasu. Grota, ukryta w głębokim lesie, składała się z dużej komory wejściowej i kilkudziesięciometrowego korytarza. Zaskakujący był regularny kształt owego chodnika. Na ścianach jaskini, w świetle latarek, poruszały się cienie dziwnych pająków, które były większe od mojej dłoni. Natomiast pod sufitem wisiały nietoperze ukryte w szczelinach i zaklinowane między stalaktytami. Czasem słyszało się charakterystyczny świst, gdy te ‘ślepe’ ssaki przelatywały tuż obok głowy. Innym razem odwiedziliśmy największe, święto drzewo w okolicy. Olbrzymiego drzewa, rosnącego na wzgórzu nad osadą, strzeże, ukryty w labiryncie jego korzeni, żółw wraz z potomkiem. Przewodnik doskonale wiedział gdzie Strażnik lubi się chować i mieliśmy okazje poznać go osobiście. Przyjemny zwierzak. Miejsce, gdzie rosło drzewo emanowało jakąś energią. Panowała tam zupełna cisza, a promienie słoneczne, z trudem przebijające się przez gęstą roślinność wokół, tworzyły niesamowitą, zieloną poświatę. Podobno dzieci boją się tu przychodzić…

Uczestniczyłem także w życiu ‘codziennym’ Indian Kichua. Wstają oni o piątej rano i parzą wywar z liści, Guayusa, który piją jak herbatę. Ma ona właściwości pobudzające. Gdy szedłem przez osadę wczesnym rankiem, w zupełnej ciemności widać tylko promyki świec w domach. Nie ma elektryczności. Potem, przez godzinę lub dwie, aż do świtu, mężczyźni i kobiety zajmują się wyrobem artesanias. Z nici wytwarzanych z liści palmowych oraz z różnej wielkości nasion powstają piękne i oryginalne bransoletki oraz naszyjniki. Po śniadaniu rozchodzą się do pracy, niektórzy jadą do miasta, inni na pole. W dżungli każda rodzina ma swoje poletko, na którym rosną kakaowce, juka, banany i czasem kawa plus sporo innych roślin. Głównym napojem jest chicha, wytwarzana z juki. Można pić ją już następnego dnia po przygotowaniu, ale dopiero po około 6 dniach, na skutek procesu fermentacji, chicha staje się napojem alkoholowym. Ulubionym trunkiem Indian Kichua jest jednak popularne aguardiente, które smakuje jak mocniejsza wódka. Nazywają ją 25-tką, gdyż tyle mililitrów jest średnio w jednej ‘porcji’. Zamiast szklanek używają wyżłobionych i odpowiednio spreparowanych owoców. Któregoś wieczoru miałem okazje posiedzieć dłużej i porozmawiać z przewodnikiem i szamanem właśnie przy tym specyfiku. Uprawiają także tytoń i podczas jednej z wizyt w prywatnym domu, gospodarz przyrządził ‘świeże’ cygaro.. Ma dziwny smak :]

Ze względu na bliską odległość do miasta, ludzie wcale nie chodzą tu półnadzy i z kolczykami w nosach. Ubrani są w normalne, zachodnie ciuchy, tyle że najczęściej porwanych lub brudnych. Większość rodzin ma też telefon komórkowy, ze względów, jak nam powiedziano, bezpieczeństwa. Ładować go tylko muszą w mieście :) Ja najbardziej zaprzyjaźniłem się z dziećmi, które mimo wszystko są dość nieśmiałe i nie za bardzo, miałem wrażenie, lubią rozmawiać po hiszpańsku. Spędziłem z nimi dwie godziny grając w piłkę na zabłoconym boisku. Było sympatycznie. Tuż obok osady jest też naturalny basen, w którym przepływająca woda ma rzekomo właściwości lecznicze. Tak czy inaczej, miło się schłodzić w takiej zimnej wodzie, zwłaszcza, gdy panuje takich upał, którego nawet częste deszcze nie są w stanie zmniejszyć. Noc zapada po godzinie 1800, a po 2000 właściwie już wszyscy śpią.

W Machacuyaco spotkałem też studentkę antropologii z Holandii, która pisze pracę magisterską o tym plemieniu i tym, jak ekoturystyka wpływa na ich życie. Bernda, jak się okazało później, spotkała w Quito kilka tygodni temu Krzyśka, którego poznałem w Cali. Świat jest mały :)

Po powrocie do Teny wsiąkłem w ten senny klimat. Któregoś popołudnia zauważyłem poruszenie w okolicach terminalu autobusowego. Okazało się, że są tam przykryte dachem dwa boiska do siatkówki. Na trybunach jest pełno osób i widać, że emocje są tutaj duże. Nie wiedzieć czemu, gra się tutaj na siatce o wysokości prawie 3 metrów (normalna to jakies 2,43), wiec o żadnych atakach nie ma mowy. Z resztą grają głównie mężczyźni w średnim i starszym wieku. Najbardziej mnie jednak zdziwiło to, że grają… piłkami do piłki nożnej. O nowych przepisach tutaj chyba nikt nie słyszał, gra się po trzech w polu, do 15 punktów, z przejściami, a żeby było ciekawiej, to nie ma czegoś takiego jak piłka niesiona, odbicie podwójne itd. Serwuje się z też dołu. Przypomina to trochę grę dzieci z podstawówki, z tym że… gra się na pieniądze. Dowiedziałem się o tym przez przypadek, gdy zapytałem się czy mogę zagrać. Wszyscy, łącznie z kibicami się od razu ożywili – czarny koń turnieju, ja przeciwko niemu nie chce grać, za wysoki, itd., jednak jak już prawie wszystko było ustawione, okazało się, że muszę wyłożyć 20$.. W kieszeni miałem 2$, więc niestety nie pograłem :) Po każdym meczu, choćby nie wiem co, zbiegają się wszyscy mężczyźni, dyskutują, popychają, kłócą się o wygraną, a niektórzy pijani kibice jeszcze podsycają ogień. Po 10min zaczyna się kolejny mecz.. Ciekawa wieczorna rozrywka, zwłaszcza, że reflektory pozwalają grać do późnych godzin! :)

Chwilowo jeszcze jestem w Tenie, ale już niedługo ruszam dalej, na południe Ekwadoru i do Peru, gdzie będę pewnie spędzał święta. Prawdopodobnie gdzieś w górach, ale to się jeszcze okaże. Poniżej zdjęcia – dużo jest ze spacerów po lesie, więc jeśli ktoś nie lubi koloru zielonego, to nie wiem, czy przypadną mu do gustu :)


7 comments to z wizytą w selvie

  • fred says:

    przypadkiem zapomnialem wlaczyc mozliwosc komentowania w tym poscie.. :) juz ok.

  • AFJ says:

    Wszystkie “zielone” zdjęcia są przepiękne, krzaczory niesamowite. TAKI ogród zamierzam w tym roku mieć. Przewieź kilka sadzonek, tylko bez pająków poproszę. Trzymaj się

  • w pierwszych rzędach ekoturystki…

    … w sklepach z ekożywnością:)

    u nas powoli wspin rusza, trzymaj się.pozdro:)

  • młody says:

    nie ma co ruszyl pelna para! idziemy na…obozowa.tyle wspinu w ten weekend. pozdro!

  • rambo says:

    oj młody, małolat, coś za dużo ostatnio chojraczysz… następnym razem cię z kwitkiem na obozową wyślemy… :) Paluszki sobie na betonie dziś zniszczył;) fred, nie słuchaj się guffniasz’a. elorap

  • kuba says:

    nie wiem już kogo słuchać :) Jeden mówi, że ruszył pełną parą, drugi, że byliście na obozowej :P zaiste, ciężka sytuacja :] no ale dobra, janek, ty się lepiej szykuj na skitoury, bo wracam w sezonie :D chyba, że jakiś wspin w lodzie Młody nam zaserwuje :D

  • młody says:

    nie byloby zle, niestety moja lepsza polowa ma inne zdanie ;] ale nie hamuje…

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.