Skok w Łazienkach i nad Pacyfik!

Posted on 01 April 2010

Jak nietrudno zauważyć, zmieniłem nieco wygląd strony. Mam nadzieję, że się podoba. Dostałem już kilka wiadomości z sugestiami co jeszcze można poprawić, będę starał się w miarę możliwości coś z tym zrobić, ale gdyby ktoś jeszcze chciał wyrazić swoje zdanie – z chęcią wysłucham. Mam wrażenie, że jest tu teraz bardziej przejrzyście. Po prawej stronie pojawiło się też logo Wydawnictwa Podróżniczego Bezdroża, które objęło patronat medialny nad moją ‘ekskursją’. Na stronach ich portalu będzie można przeczytać nieco skrócone wersje relacji z tego bloga. Poza tym, prawdopodobnie przybędzie trochę nowych czytelników, a co za tym idzie, także komentarzy i ogólnie może zrobi się bardziej interesująco :)

Dziś jest 1 kwietnia, czyli Prima Aprilis. Zwyczajowo robi się więc jakieś żarty i żarciki. Jako że ze mnie trochę taki  ’śmieszek klasowy’ :p , myślałem trochę o tym, co by tu napisać, ale właściwie poza tym, że ‘wracam, niedługo jestem w Polsce’, nic nie przychodziło mi do głowy.. W to i tak by mi nikt nie uwierzył, więc odpuściłem sobie :] Poniżej opis kilku ostatnich wydarzeń, zapraszam do lektury :]

Po ceremonii picia Ayahuaski, razem z Janem i jego koleżanką, pojechaliśmy do Puerto Misahualli by odpocząć na plaży, tuż nad zbiegiem dwóch rzek, Rio Napo i Misahualli. Wioska jest cichym miejscem, nieco zapomnianym przez turystów, z obdrapanymi szyldami, niewielkim wyborem lokali gastronomicznych i biur podróży. Kiedyś było to idealne miejsce na zaaranżowanie wycieczki w dżunglę czy spływu, ale te czasy minęły. Dziś większość grup organizuje się już w Tenie, a nawet w Quito czy Banos. Wciąż jednak spotyka się tu nielicznych wędrowców. Misahualli niewątpliwie może się podobać komuś, kto szuka takich zapomnianych miejsc. Plaża jest ładna, kąpiel w rzece orzeźwiająca, a na niewielkim, sennym ryneczku buszują małpy. Mieszkańcy są już do nich przyzwyczajeni, ale dla mnie był to ciekawy widok. Gdy usiadłem na ławce w parku by go pokontemplować, jedna zwinna małpa wskoczyła mi na plecy, podczas gdy druga próbowała przeszukać mi kieszenie. Raczej rozbawiony wstałem z ławki, oblepiony już trzema. Dwie strąciłem z siebie bez problemu, ale trzeciej nie doceniłem. Zanosząc się śmiechem, zerwała mi czapkę z głowy i uciekła kilkanaście metrów dalej wymachując nią w moim kierunku. Na szczęście zanim wspięła się na drzewo wyrwałem jej moją własność :]

img_3484

Z zalewanej przez strugi deszczu Teny pojechałem do Banos, określanej mianem stolicy sportów ekstremalnych Ekwadoru. Nazwa miejscowości oznacza w języku hiszpańskim dosłownie łazienki i związana jest z licznymi ciepłymi źródłami, które znajdują się w tych górskich okolicach. Ulokowane w pobliżu przebudzonego kilka lat temu wulkanu Tugurahua (5020 m npm) miasteczko jest popularnym celem turystycznym nie tylko wśród backpackerów ale także stanowi doskonałe miejsce na rodzinny wypoczynek w wersji aktywnej. Na każdym kroku można natknąć się na biura oferujące rafting, zjazdy na linach z wodospadów, wypożyczenie rowerów, kilkudniowe wycieczki po lasach tropikalnych, wspinaczkę na wulkany czy też skoki z mostów. Te ostatnie oczywiście na linach, bo pomysł na tzw. ‘wireless bungee’ nie jest żadną nowością… :)

Tuż po przyjeździe napisał do mnie Maciek, którego poznałem w Cali, że za kilka dni ma lot powrotny do Polski ale z chęcią jeszcze by przeżył w Ekwadorze coś, co podniesie mu poziom adrenaliny. Umówiliśmy się, że poczekam na niego w Banos. W niedziele rano spotkaliśmy się w hostelu i po śniadaniu wyszliśmy na miasto, rozeznać się w ‘sytuacji’ i cenach. Interesował nas przede wszystkim skok na linie z mostu. Miasteczko jest ładnym i spokojnym miejscem, z wąskimi, jednokierunkowymi uliczkami, niską zabudową i wieloma białymi na ulicach. Tak jest na co dzień, jednak niedziela palmowa rządzi się innymi prawami. img_3542Trafiliśmy akurat w centrum procesji, w której wśród tłumu mężczyzn i tradycyjnie ubranych kobiet z palmami, poruszał się osiołek z figurą Chrystusa. Gdy procesja dotarła do katedry, skierowaliśmy swe kroki w stronę San Francisco, gdzie śmiałkowie przywiązani do liny skaczą w przepaść pod stopami. Planowaliśmy tylko ‘zobaczyć’ jak to wygląda, przemyśleć sprawę i ewentualnie wrócić później, ale plan zmienił się w ciągu kilku sekund. Szybka rozmowa z operatorami, wytargowanie zniżki i za 15 dolarów możemy skakać już za chwilę. Popatrzyliśmy z Maćkiem po sobie – tacy nieuczesani? przed południem? Kilka minut później w szelkach stałem już przy barierce mostu. Sprawdziłem czy karabinki są poprawnie zakręcone i wspiąłem się na małą platformę przymocowaną do poręczy. Gdy spojrzałem w dół miałem wrażenie, że nogi się pode mną uginają. 80 metrów poniżej znajdowało się dno kanionu, którym płynęła wartka rzeka. Wiedziałem, że lot będzie trwał krócej, nie było to typowe bangee, ale swing-jump, a po polsku wahadło. Dwie dynamiczne liny z absorberami przechodziły pod mostem i przytwierdzone były po drugiej jego stronie.. skacząc najpierw leciało się w dół, a później potężnym wahnięciem przelatywało się pod mostem. Przez ułamek sekundy czułem charakterystyczne i dobrze mi znane uczucie, gdy adrenalina zalewa moje ciało. Dwa głębokie wdechy i już stałem na krawędzi platformy patrząc w dół i rozkładając powoli ręce w bok… 1, 2, 3 –

img_3560

- odbiłem się mocno przed siebie i poleciałem w dół, pęd przez chwile zatykał mi uszy, widziałem jak zbliża się ziemia, a potem nagłe szarpnięcie, zmiana położenia ciała i z ogromną prędkością przeleciałem pod mostem. Jeszcze tylko jeden moment bezwładności i wraz z coraz to mniejszymi wahnięciami opuszczono mnie w dół. Potem nadeszła kolej Maćka, który minę miał niezbyt wyraźną, gdy przechodził nad barierką. Po chwili jednak przełamał strach i poszybował w dół z okrzykiem na ustach :]

Po południu jakiś czas spędziliśmy na odkrytym basenie, będącym jak się wydaje, częścią kompleksu term, a później popijając gorącą czekoladę w promieniach słońca, które akurat wyszło zza ciężkich chmur po tym, jak my wyszliśmy z basenu… ;] Wieczorem, w jednym z pubów, przy poważnych rozmowach, wypiliśmy pierwsze piwo od ładnych paru dni. Ja pościłem zgodnie ze wskazówkami szamana po Ayahuasce, podobnie jak Maciek, który również odbył wizytę u curandero aby ten usunął z niego negatywną energię.

W pokoju hotelowym oglądaliśmy później film, zaliczający się do klasyki gatunku podróżniczego, jeśli można to tak określić. Into the Wild zainspirował nas do pewnej rozmowy i o drugiej w nocy, kończąc butelkę rumu, zdecydowaliśmy, że następnego dnia jedziemy…nad Pacyfik. Szybki rzut oka na mapę i mieliśmy już plan :) W poniedziałek wieczorem, po 10h jazdy autobusami (przesiadka w największym
mieście Ekwadoru, Guayaquil) o godzinie 2200, staliśmy już na opustoszałej plaży w miejscowości Playas, patrząc na ciemną wodę oceanu. Akcja była tak szybka, że nie zdążyłem nawet zrobić żadnego zdjęcia :] Rano kąpiel i o 1500 byliśmy z powrotem w Guayaqill na terminalu, gdzie nadszedł czas się pożegnać. Maciek wracał do Quito na samolot, a ja jechał w przeciwnym kierunku, do Cuenca, gdzie znajduje się obecnie.

Spotkanie w Banos i ten niespodziewany ‘romans’ z Pacyfikiem sprawił, że muszę zmienić nieco plany. Początkowo chciałem spędzić święta już w Peru, ale wygląda na to, że zostanę jeszcze w Ekwadorze i odwiedzę ponoć ciekawe miasteczko, słynące z niezwykle przywiązanych do tradycji Indian Saraguro. Później dalej na południe, do Peru i do Limy. Cordillera Blanca musi poczekać jeszcze trochę :) Nie mniej jednak cieszę się, że tak wyszło. Maciek jest pilotem wycieczek w Egipcie i miałem okazje posłuchać wielu interesujących historii, a także przy okazji się czegoś nauczyć od bardziej doświadczonego przewodnika. Poza tym, mam wrażenie, że mamy całkiem podobne poczucie humoru. Maćka czekają trudne chwile po powrocie do kraju ale wierzę, że ten wyjazd do Ameryki Południowej i to, czego się tutaj nauczył, pozwoli mu przejść przez to wszystko. Trzymaj się i mam nadzieję, do zobaczenia w niedalekiej przyszłości.

Przy okazji, chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom wesołych i spokojnych świąt, w atmosferze rodzinnej. Nie zapomnijcie zrobić czegoś dla siebie.. :)

Tradycyjnie na koniec kilkanaście zdjęć w galerii, pozdrawiam!


9 comments to Skok w Łazienkach i nad Pacyfik!

  • AFJ says:

    Kuba,”zrób coś w te Święta dla siebie”, spędź je na spokojnie w hamaku czytając spokojną książeczkę. Myślami z Tobą non stop, Wesołego Alleluja:).Trzymaj się !

  • stopa says:

    Dobrze tu do Ciebie czasem zajrzeć, żeby oderwać się od tzw. przyziemnych spraw:)

    Spokojnych Świąt i powodzenia!

  • AR says:

    Cudne zdjęcia i relacje .Czytam je na wdechu.Więcej, wiecej Kuba.Zdrowych, szcześliwych Świąt wielkiej Nocy

  • Ola P. says:

    Wszystkiego Dobrego życzę Ci w te Święta i całuję z Lizbony:**

  • Pewnie Ci sie grzywka rozczochrala jak leciales?;-)
    Pozdrawiamy z Luki

  • AFJ says:

    Kuba najserdeczniejsze ŻYCZENIA URODZINOWE od nas wszystkich.
    Powodzenia, pomyślności, Szerokej Przyjaznej Drogi !
    Trzymaj się !

  • Kamil says:

    Feliz cumpleanos!!!;)

  • tomuś says:

    Fajnie, że zmieniłeś wygląd bloga… wygląda ciekawiej, ale i tak najlepsza jest treść ;)
    Najlepszego!!!

  • Jose says:

    Hola Cuba..buen viaje..que siga la fiesta jaja..

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.