Pierwsze kroki w Andach

Posted on 15 February 2010

Jest godzina 1030, z nieba leje sie zar, a ludzie jakby pochowali sie w sklepach, kawiarenkach i pod drzewami, slowem, wszedzie tam, gdzie jest troche cienia. Na uliczkach Malagi przemykaja tylko ci, ktorzy musza – przewaznie na motorach, a jesli ktos idzie pieszo, to szybko przebiera nogami. Ja nie czuje sie gorzej niz gdzie indziej, oprocz tego, ze koszulka jest juz cala mokra po 15 minutowym spacerze, a butelke z woda trzymam w reku i czesto z niej pije. Siedze na plecaku przy drodze wyjazdowej z Malagi. Patrze mimochodem na wyrastajace ze wszystkich stron gory – wysokie, z golymi grzbietami, wypalone sloncem, bezkresne… Od 25min nie przejechal zaden samochod i wyglada na to, ze najprostszy etap dzisiejszej trasy, tj. z Malagi do Capitanejo (ok 1h jazdy po glownej drodze) moze wcale nie byc taki prosty.

W koncu nadjezdza bialy jeep, wstaje i usmiechajac sie wystawiam reke z kciukiem skierowanym ku gorze. Mlode malzenstwo wraca wlasnie do domu w Capitanejo i moge zabrac sie z nimi. Cala droge (ktora, jak sie okazalo, asfaltem byla wylana tylko w polowie) gadamy o tym, dlaczego jestem sam, co robie w Polsce i co warto zobaczyc w okolicach. Godzina mija szybko i oto jestem w Capitanejo, ktore wyglada dokladnie jak Malaga, tylko jest znacznie mniejsze. Niska zabudowa, ulice wylozone plytami, ludzie pochowani w cieniu sklepow sacza piwko (jest poniedzialek, okolo poludnia, a na niektorych stolach juz widac stosy pustych flaszek) i panuje ogolny marazm. W ramach ciekawosci zagladam do biura firmy obslugujacej polaczenia autobusowe Capitanejo – El Cocuy. Jedyny kurs jest o 1600. Dziekuje i wychodze. Glowna uliczka miasteczka dochodze do wylotowki, na ktorej ktos zrobil cztery pasy… Kupuje w ostatnim sklepiku napoj w szklanej butelce i siadam w cieniu obserwujac ruch na tej autostradzie….

Cisza… O, jakie te gory duze. Jak tak mozna asfalt marnowac? Przez 10 minut totalnie nic nawet nie poruszylo sie na drodze. Pytam sie pani w sklepie jak daleko jest do skretu na El Cocuy. Kilometr. Nie takie rzeczy sie robilo przeciez! Zarzucam plecak i ruszam przed siebie. Minal mnie jeden samochod, ale facet pokazal ze gdzies zjezdza zaraz. Ciekawe gdzie.. Za kilometr ja tez opuszczam piekna autostrade (ktora juz miala tylko dwa pasy) i schodze na szutrowa droge idaca pod gore. Na zardzewialym i pokrzywionym kierunkowskazie z trudem wyczytuje: Espino – 38 km, el Cocuy – 54 km. Mijaja mnie dzieci wracajace ze szkoly – ¡Buenas! ¡Hola! z usmiechem na ustach, ale mi do smiechu wcale nie jest. Ta droga nawet nie sprawiala wrazenia, jakby tu cokolwiek jezdzilo.. No coz, pocieszam sie, ze najwyzej bede szedl dwa dni na gore, po drodze sa jakies wioski, to cos zjem, kupie wode.. To tylko 50 kilometrow. Po jakis 5 kilometrach zatrzymuje sie by odpoczac. IMG_1924Mostek nad wyschnietym korytem rzeki wydal mi sie z jakis powodow odpowiedni na postoj. Slonce zaczelo juz mi dokuczac, a tu jak na zlosc zadnego cienia. Minalem kilka pustych chat, ktorych strzegly psy, a krajobraz pozostawal bez zmian – gory, kurzaca sie niemilosiernie, szutrowa droga, kaktusy i pola wysokich traw, z ktorych co jakis czas wyskakuja kozly (!). Z nudow nawet chcialem zrobic zdjecie, wyjalem aparat i… nagle zza zakretu wyjezda pickup! Zdarzylem tylko wcisnac aparat z powrotem do torby i samochod juz byl przy mnie. W srodku facet i dwie kobiety, jedna w srednim wieku, druga w juz podeszlym. Jada do Espino, a to przeciez po drodze! Wrzucam plecak na pake i wsiadam do samochodu. Okazuje sie, ze facet i kobieta w srednim wieku sa rodzenstwem i jeda ze swoja mama do jej ´zrodel`, czyli miejsca gdzie sie urodzila. Przy okazji moze troche i odpoczac. `Babcia`, bo tak jak nazwalem w myslach, jest bardzo zywiolowa i rozgadana. Najwiecej gadam jednak z siedzaca obok mnie Siostra (naprawde nie mam pamieci do imion :p), podczas gdy Brat zajety jest prowadzeniem po wyboistej drodze samochodu i tylko od czasu do czasu wtraca cos. Droga, oprocz tego, ze jest wyboista i kurzy sie strasznie, posiada pewna niesamowita wlasciwosc. Nie tyle sie dluzy, co plata figle. Kreci, przechodzi z jednej strony doliny, na druga, pnie sie stromo po gorskich zboczach i kiedy wjezdza sie na przelecz, juz sie mysli, ze to tuz, tuz, za chwile oczom ukaza sie osniezone szczyty Sierra Nevada del Cocuy… a tu nic z tego, oczom ukazuja sie kolejne, jeszcze wyzsze od poprzednich grzbiety, kolejna ogromna dolina, zakonczona kolejnym wysokim progiem… I wszystko sie powtarza. Mijamy kilka wiosek i w koncu, po 3h dojezdzamy do Espino. Tutaj urodzila sie babcia. Chwile krazymy po ryneczku, az w koncu rodzina decyduje sie zjesc obiad w lokalnej restaracji o nielokalnej nazwie Buenos Aires (oczywiscie jesli nie bedziemy sobie tego tlumaczyc na polski :p). Na obiad jestem zaproszony. Chyba mnie polubili bo moge jechac z nimi tez dalej, ich plan jest taki, zeby zatrzymac sie gdzies wyzej w gorach, prawdopodobnie w Guican, ktore jest jakby miastem-blizniakiem El Cocuy – leza na podobnych wysokosciach i sa ostatnimi miasteczkami – centrami turystyki, przed wejsciem na teren Parku Narowodowego. Wyzej autobusy nie dojezdzaja i tylko wlasnym samochodem mozna dotrzec do ktorejs z licznych cabanas, czyli chat-schronisk. Po drodze jeszcze zatrzymujemy sie raz, by odszkukac ruiny domku Babci, ukryte gdzies pod Espino, az w koncu dojezdzamy do Panqueby, gdzie drogi, juz wyasfaltowane, sie rozwidlaja – jedna odchodzi do El Cocuy, a druga do Guican. Po krotkiej dyskusji rodzina postanawia odwiezc mnie do El Cocuy! Razem wchodzimy tez do biura Parku Narodowego (jedno jest w Cocuy, drugie w Guican), gdzie nalezy uiscic oplate wejsciowa (ja musze zaplacic az 17 USD!) i gdzie mozna uzyskac rzetelne informacje i mniej rzetelne, praktycznie nieczytelne, xero mapki Parku. Brat i Siostra wypytuja sie o interesujace ich rzeczy i po zrobieniu wspolnego zdjecia ze mna, zegnaja sie, zyczac powodzenia. Ja mam troche wiecej pytan i spraw do zalatwienia w Biurze.

Przede wszystkim okazuje sie, ze wzgledu na bardzo wazne powody wynikajace z nadrzednego celu parku narodowego, jakim jest ochrona przyrody (przed tymi dzikimi hordami odwiedzajace te strony), najwieksza i najciekawsza, petla trekingowa jest zamknieta. Nie sa to dobre wiesci dla mnie, gdyz na nia sie na najbardziej nastawialem. Zajmuje ona przewaznie ok. tygodnia, jednak w sieci trafilem na opis przejscia jej w 5 dni. Z racji ograniczonego miejsca na jedzenie w plecaku, mialem nadzieje zrobic ja w jeszcze krotszym czasie. Pewnie jakbym sie uparl to by nikt za mna nie ganial, ale cholera wie, jakie sa tam kary, a zwrot `wiezienie w Kolumbii`, czajacy sie gdzies z tylu glowy, skutecznie przekonal mnie do dzialan zgodnych z prawem. W tej sytuacji moglem sie przejsc jedynie do polozonych na znacznych wysokosciach, jezior polodowcowych (jest ich w tej czesci Sierra Nevada bardzo duzo), zwanych tutaj ´lagunami´ lub wybrac sie na jakis ambitniejszy szczyt. Pierwsza wersja jakos mi nie odpowiadala, natomiast w przypadku drugiej, musialem miec sprzet w rodzaju rakow i czekana. W Parku Narodowym Sierra Madre del Cocuy znajduje sie ponad 20 szczytow, ktore przykryte sa wiecznym sniegiem / lodowcami. Kilka z nich liczy ponad 5tys. metrow npm, z czego najwyzszy, Ritacuba Blanco, ma 5330 m wysokosci.

Bardzo sympatyczna dziewczyna, ktora mi to wszystko tlumaczyla, w koncu zadala to pytanie – czy ide sam? Przez moment oczywiscie chciala mi zaoferowac jakiegos przewodnika, wraz ze sprzetem, ale twardo twierdzilem, ze niezbedny mi jest tylko sprzet. Jej kolega mial mnie zaprowadzic do miejsca w miasteczku, gdzie wypozyczaja sprzet. Wyszlismy z biura i 300 metrow dalej weszlismy do… butiku z ubraniami i kapeluszami (zauwazylem, ze tu, w Kolumbii, potrafia bardzo ciekawie dobierac oferty sklepow. Kapelusze i ubrania sa jeszcze ok, ale co powiecie na ´sportowe pilki i likiery alkoholowe´?). Pani w sklepie miala do pozyczenia tylko dwa spiwory, namiot na czter
y osoby i dwie karimaty, wiec niestety, jedyna w miasteczku opcja nie zadziala. Pracownik Parku, rowniez mily chlopak, powiedzial, ze zadzwoni do znajomego przewodnika i postara sie cos zalatwic. Mam przyjsc o 2200 do Biura.

Swoje kroki skierowalem wiec do Casa Viejo, najtanszego hoteliku w miasteczku, ktory polecila mi dziewczyna z Biura. Za 4 dolary dostalem sporych wielkosci pokoj, z trzema lozkami, bez okien i bez mozliwosci zamkniecia drzwi. Od zewnatrz, od srodka mozna sie zabarykadowac takim kijkiem opartym o podloge. No ale to tylko jedna noc i podobno jest tutaj bardzo bezpiecznie. Zostawilem plecak i poszedlem przejsc sie po El Cocuy. Jakims sposobem wiedzialem, ze ten sprzet dla mnie sie znajdzie. Na kwadratowym rynku, ktorego wieksza czesc zajmowalo boisko do koszykowki, wyjalem kartki z informacjami, ktore wydrukowalem sobie jeszcze w Maladze. Po chwili wybralem swoj cel – Pan de Azucar, 5100 m npm. Po pierwsze dlatego, ze nie jest specjalnie trudny, a po drugie, pasowal do szukanej przeze mnie kombinacji, abym nie musial dzwigac ze soba calego jedzenia tylko mogl zjesc cos w ostatniej Cabana, spedzic noc w gorach i nastepnego dnia rano wejsc na szczyt i popoludniem zejsc na obiad nizej. Po trzecie jest ciekawy, gdyz tuz pod szczytem znajduje sie widowiskowy, wysoki na 100m, szeroki blok skalny, nazywany Pulpito del Diablo. Zawsze jakas atrakcja :) Wyliczylem tez, ze potrzebuje trzech dni na cala akcje.

Przed 2200 pojawilem sie w Biurze PN, gdzie dowiedzialem sie, ze sprzet dla mnie jest i to calkiem niezly. Paskowe raki doskonalej firmy Grievel i lekki czekan Camp`u byly dokladnie tym, czego potrzebowalem.. Dostalem tez pewne dodatkowe informacje i ostrzezenia, apropo gory. Zostawilem wiec 60.000 pesos (30 USD za trzy dni) i dowod tozsamosci w zastaw za sprzet i po zrobieniu najprostszych zapasow w sklepiku na rogu, udalem sie na spoczynek.

Powyzej linii El Cocuy – Guican (+/- 2800 m npm) nie ma publicznego transportu, w rozumieniu autobusow czy taksowek. Ludzie do swoich farm dojezdzaja na motocyklach lub koniach, gdyz niewielu stac na samochod. Jedyna alternatywa dla mieszkancow, a dla mnie jedynym rozwiazaniem, jest mleczarka (lechero), ktora codziennie, o 0600 wyrusza z el Cocuy by zebrac mleko z wyzej polozonych farm. Pobudke ustawiam na 0520, plecak juz spakowany, myje wiec szybko zeby w kranie na zapleczu hoteliku i ide na rynek. Na zewnatrz juz swita, szarosc poranka sprawia, ze wszystko wyglada smutniej. Drzewa, ktore w swietle dnia sa zielone, teraz wydaja sie przykurczone i brudne. Brudne wydaja sie, jeszcze wczoraj przeciez czyste uliczki i nawet waski ksiezyc, ma jakis taki metny wyraz. Na rogach ryneczku, przy jedynym otwartym sklepie, stoi kilku ludzi. Przykryci sa szarymi, prostymi welnianymi ponczami, a na glowach maja kapelusze. W ich twarzach wyrozniaja sie jedynie ciemne oczy i u niektorych zlote zeby. Usmiechaja sie do mnie, mowia, ze lechero niedlugo przyjedzie, pytaja gdzie ide i czy sam.. W malym pomieszczeniu bedacym sklepem, kilku ludzi popija kawe. Ja kupuje sobie na sniadanie trzy bulki i wode, na wiecej nie ma czasu, bo slysze na zewnatrz poruszenie i glosny warkot silnika.. Lechero okazuje sie zwyklym, niewielkich rozmiarow, samochodem ciezarowym. Na pace, do drewnianych band, przymocowane sa kanki na mleko, a oprocz nich jeszcze dwa rowery, duzo mniejszych lub wiekszych pakunkow, oraz jedna koza. Na dwoch waskich laweczkach siedzi juz kilku ludzi, czekajac na odjazd. Inni, w tym niestety i ja, beda musieli stac. Chwile po 0600 mleczarka rusza.

Nie mam pojecia ile moze trwac podroz tam, gdzie jade, dlatego na wszelki wypadek prosze kogos, by mi powiedzial, kiedy mam wysiasc. Mleczarka, szutrowa droga, powoli wjezdza coraz wyzej. W dole zostalo el Cocuy, a krajobraz zdominowaly szerokie pastwiska z krowami i majestatycznie wznoszace sie nad nimi gory, takie same, jakie obserwowalem od dwoch dni.. tyle ze inne. Jest chlodno, slonce przyslaniaja chmury, a szarosc, teraz juz jasniejsza nieco, nadal jest dominujacym kolorem w scenerii. Co kilkaset metrow kierowca zatrzymuje sie, a z paki wyskakuje jeden mezczyzna. Przy drodze, w kanistrach, kankach, wiadrach czy czymkolwiek innym, czeka mleko. Swiezy, jeszcze parujacy w zimnie poranka, kremowy plyn wlewany jest po kolei do kanek na pace mleczarki. Puste kanistry odrzuca sie na miejsce przy drodze. Zapewnie niedlugo przyjdzie po nie wlasciciel. Czasem przy drodze stoja ludzie, jedni chca podjechac kawalek dalej, a inni czekaja na przesylke. IMG_1946Mleczarz ma dokladnie zanotowane, ktory karton i ktora torba jest dla kogo. No me trae cargo? Nie masz dla mnie ladunku? – krzycza czasem, jesli na cos czekaja, a mleczarz sie zapomni. Zazwyczaj jednak pamieta o wszystkim – temu pakunek z makaronami, temu worek ziemniakow, a ten mial otrzymac cukier. Czy ktos moglby mocniej uwiazac ta owce?! W koncu zostaje sam na pace – ladunek wyladowany, kanki praktycznie pelne i juz widac osniezone szczyty gor. Mleczarka zatrzymuje sie w najwyzszym punkcie drogi, Alto de la Cueva, ponad 3,800m i zawraca. Dalej droga biegnie do Guican, a w prawo, ta, ktora mam isc, dojdzie sie do reju Lagunillas. Place 3 dolary za przejazdzke i zostaje sam na rozdrozu, jest 0840. Kilka ruchow rozgrzewajacych skostniale nogi i rece i ruszam przed siebie. Do przejscia mam jakies 9 kilometrow, przynajmniej do miejsca, gdzie planowalem zjesc cos. Ide spokojnym tempem, baczac na wysokosc. Droga wije sie na zboczach doliny, ktorej dnem biegnie rzeka. Mijam kilka pastwisk, opuszczonych chat i jedna z pierwszych cabanas. Jej wlasciciel, otoczony koniami i owcami, zaprasza mnie na nocleg, ja jednak mowie, ze musze isc dalej i upewniam sie jeszcze, czy napewno w tej ostatniej chacie mozna cos zjesc cieplego. Ok. 1100 docieram do ostatniej cabana, juz w sektorze Lagunillas. Obok chaty, widze pierwsze, sporych rozmiarow jezioro, nastepne musza byc z progiem. Z tego miejsca widac tez lodowiec Pan de Azucar, z ktorym jutro bede sie musial zmierzyc. W tej chwili najbardziej mnie jednak martwi to, ze w chacie nikogo nie ma. Jest zamknieta. Przed otwarte okno wchodze do srodka, by zobaczyc czy rzeczywiscie nikogo nie ma, moze ktos nie slyszy, albo cos?. Mam nadzieje, ze nie bede musial sie wracac by cos zjesc do poprzedniej chaty. Zauwazam na stole resztki jedzenia i juz wiem, ze ktos tu musial byc jeszcze niedawno. Postanawiam poczekac przed chata, klade sie na waskiej laweczce i na chwile przysypiam. Budze sie godzine pozniej, slonce zniknelo kompletnie za chmurami i ´mojego lodowca´ juz nie widac. Widac natomiast jak do chatki zmierzaja dwie postacie, zupelnie na lekko, w tym jedna z wedka. Obsluga chatki. Dwoch mlodych chlopakow wpuszcza mnie do srodka. Jest zimniej niz na zewnatrz. Dostaje ciepla herbate i bulke i zamawiam takze obiad, na ktory bede musial troche poczekac. W tzw. miedzyczasie czytam ksiazke (nawet tu maja Alchemika P. Coelho! :)), a kiedy dowiaduje sie, ze na obiad bede musial poczekac jeszcze z godzine, postanawiam sie przebiec i zobaczyc reszte jezior, za progiem doliny. Ciezkie chmury wraz z ciemna tafla jezior tworza naprawde niesamowity klimat. Jest chlodno, ale w tej chwili bardziej przejmuje sie chmurami, bo zaczyna cos z nich kapac. Gdy docieram do chaty juz leje.. Jest ok 1400. Inaczej sobie to wszystko kreowalem, miala byc piekna pogoda, cieplo i przyjemnie, a za oknem widze strugi deszczu i geste chmury. W takiej pogodzie nie warto nawet probowac wchodzic na lodowiec. Zla widocznosc to powazne zagrozenie, zwlaszcza na nieznanym i niebezpiecznym terenie. Watpie tez by wyzej padal snieg, co akurat jest pozytywne (snieg potrafi przykryc szczeliny i utrudnic ich wypatrzenie). W koncu dostaje pozywyny, aczkolwiek niezbyt smaczny obiad – swiezo zlowiona ryba, ryz, makaron i jakis przecier do picia. Wszystko, co da sie tu wniesc lub wwiezc na motorze, gdyz samochodem dojechac mozna bylo tylko do tej wcze
sniejszej chaty.

W koncu, ok 1600, deszcz ustaje i chmury troche sie podnosza. Postanawiam ruszyc w gore, zgodnie z planem dojsc do miejsca, gdzie chcialem zalozyc oboz (4200 m npm) i zobaczyc jak bedzie to wszystko wygladac jutro o swicie. Idzie sie calkiem niezle, zaklimatyzowany na pewno nie jestem doskonale, ale wystarczajaco, by trzymac calkiem dobre tempo. Dwie godziny pozniej docieram na najwyzsze pietro wiszacej doliny, gdzie przed pierwszym, znacznym podejsciem, postanawiam sie rozbic. Miejsce biwakowe nazywa sie el Hotelito, czyli hotelik. Wybieram sobie ladny `pokoik` oblozony kamieniami i po rozstawieniu namiotu i przygotowaniu plecaka do jutrzejszej czesci, chowam sie do spiworu.

Spanie powyzej 4000 m nie jest przyjemne. Temperatura nie dokuczala, podejrzewam, ze bylo cos ok. -5 stopni, czyli calkiem cieplo dzieki chmurom, ktore utrzymywaly sie przez noc stosunkowo nisko. Lekki szmer w glowie i trudnosci w znalezieniu `odpowiedniej` pozycji na karimacie sprawiaja, ze budze sie regularnie co jakis czas. Ma to swoje i dobre cechy, biore kilka lykow wody za kazdym razem i sprawdzam sytuacje na zewnatrz, wystawiajac na chwile glowe przed namiot. Chmury. Wciaz jednak nie moge uwierzyc, ze mialbym tam nie wejsc. Na ile ta pogoda, ten deszcz i chmury, sa takim testem mojej wytrwalosci? Podstepem, bym zawrocil i nie zrobil tego, co zamierzylem? Zastanawiam sie gdzie jest granica miedzy ostrzezeniem a proba charakteru.

Gdy budze sie o 0530 na zewnatrz jest jeszcze ciemno, ale chmury zniknely i widac miliony gwiazd na niebie! Leze jeszcze przez 40min ale juz mi sie wcale nie chce spac, zamiast tego ciesze sie, ze zaczyna mi sie dzien po mysli. Przed 0700 rozpoczynam podejscie stroma sciezka, wyprowadzajaca na przelecz przed szerokim plateau, ktore po jakims czasie zamienia sie w rampe prowadzaca pod sam lodowiec i szczyt. Mimo lzejszego plecaka, oddech musze kontrolowac i robic stosunkowo czeste, kilkusekundowe, postoje. IMG_1985 W koncu jestem na przeleczy, oswietlonej przez wczesnoporanne slonce. Przede mna etap mozolnego zdobywania wysokosci po pochylych i wygladzonych przez lodowiec ogromnych warstwach skalnych. Lodowce w Sierra Nevada del Cocuy, dosc drastycznie cofaja sie. Przez ostatnie 60 lat podobno ubylo ok. 45% powierzchni lodowcow, a szacuje sie, ze za kilkadziesiat lat znikna w ogole. Patrzac na teren, ktorym szedlem, na gladkie skaly, poprzecinane licznymi peknieciami i szczelinami, trudno nie wierzyc w ocieplenie klimatu.. Dzis lodowiec zaczyna sie kilometr, poltora dalej. Idac po pochylych skalach, mniej lub bardziej sugerujac sie kopczykami usypanymi z kamieni (ktore to w gorach wysokich sluza jako oznaczenia sciezek), w koncu docieram do podnoza lodowca. Slonce jest juz calkiem wysoko, na zegarku godzina 1020. Ostatni gwizdek, ale z drugiej strony mialem informacje, ze szczelin jest niewiele. Zanim zalozylem raki i okulary, a w rece pojawil sie czekan, wyznaczylem sobie linie podejscia, ktora wg mnie byla optymalna w tych warunkach. Musialem zejsc kawalek nizej by obejsc ciemna, szeroka bruzde, ktora zdecydowanie mi sie nie podobala. Snieg jest dobrze zmrozony i idzie sie calkiem sprawnie. Obserwuje uwaznie przebieg mniejszych szczelin, obchodze miejsca, ktore wydaja mi sie niepewne, a nieliczne, male mostki nad szczelinami, dokladnie sprawdzam. Generalnie, jak sie to czyta, to brzmi to moze jakos strasznie, ale tak naprawde widzialem moze kilka niebezpiecznych, glebszych szczelin i calosc naprawde wygladala w porzadku. Cala reszta to juz tylko szepczacy gdzies za uchem Strach – ´kolego, jestes sam… widziales ta dziure!? a co zrobisz jak tam wpadniesz, co? wiesz, ze nikt tu nie zajrzy przez nie wiadomo jak dlugi czas… moze zawrocisz?´ – Japa. :)

Pulpito del Diablo wydawal sie malo imponujacy z oddali, jednak z bliska ukazaly sie jego rysy. Pomaranczowa, prostokatna skala, z licznymi peknieciami i zalamaniami wznosila sie tuz na lewo od szczytu. Piekny kawalek wspinania. Na szerokiej grani prowadzacej na szczyt znalazlem sie niecala godzine po wejsciu na lodowiec. Bylo to dosc meczace, nieraz do siebie mowilem – co jest Kuba? Czemu tak slabo? No wiesz, ty? Dopiero teraz zaczalem sie rozgladac po bokach, na widoki, ktore rzeczywiscie robily wrazenie. Caly lancuch osniezonych szczytow widoczny byl jak na dloni, w dole ogromne jeziora z grupy Legunda Grande de la Sierra i dodajace nieco dramaturgi, podnoszace sie chmury. Moglem tez wreszcie zobaczyc wierzcholek Pulpito del Diablo z gory. Pokonuje jeszcze dwa pekniecia na coraz wezszej grani i… 15 metrow przed samym szczytem Pan de Azucar musze powiedziec sobie, ze moj szczyt jest wlasnie tutaj. Dochodze do duzej szczeliny, z ktorej groznie wystaja sople lodu. Szczelina tak naprawde jest komora lodowa, ktora z tego co moge zauwazyc z nad jej krawedzi, rozciaga sie pod znaczna czescia kopuly szczytowej. O tym mowili mi wlasnie w Biurze PN, przed tym ostrzegali. No coz, moze z lina i partnerem… a moze i nie, bo nie byloby sensu ryzykowac… Siadam nad szczelina, cykam kilka zdjec. Nie czuje jakiegos rozczarowania, wiedzialem o tym i sobie szczyt zaliczam jako zdobyty, mowcie co chcecie! :) Piekne slonce, niezbyt dokuczliwy wiatr, cieplo, przyjemnie – tak mialo byc wlasnie :) Po kilku minutach na gorze, czas zaczac schodzic. Z gory wybieram inna droga zejscia po lodowcu. Idzie sprawnie, lod jest jeszcze dobrze zmrozony, aczkolwiek slychac niezbyt przyjemny dzwiek plynacej w szczelinach wody, ktore do tej pory milczaly. Ostatnie metry po plytkim lodzie i jestem juz na wygladach, zdejmuje raki, polar, klade sie na cieplym podlozu i ciesze sie. Teraz juz nigdzie nie musze sie spieszyc.

IMG_1995

Zejscie do `bazy` zajmuje mi dwie godziny, zanim sie przepakowalem i zwinalem namiot byla 1500. Tego dnia jeszcze mialem zejsc cala droge do Alto de la Cueva, skad zaczynalem. Zeby sie stad wydostac musialem ´zlapac´ mleczarke ok 0700 nastepnego dnia. Cala niemoc, ktora chwytala mnie momentami na gorze, teraz jakby nie istniala. Jak latwo sie schodzi… Tempo moje, plecak wazy niby wiecej, ale jakby jakis lzejszy, no i ok 12 km robie w niecale 3h, specjalnie nie cisnac. 400 metrow ponizej Alto de la Cueva znajduje sie chata z kampingiem, restauracja i nwet ciepla woda. Poza tym mozna wynajac konie i przewodnikow. Tak przynajmniej jest napisane na tablicy informacyjnej. Gdy dochodze do Chaty, okazuje sie, ze oprocz pieknego malamuta, uwiazanego na lancuchu, to nikogo tam nie ma.. Chwile czekam przed brama, w koncu postanawiam wejsc. Pusto, glucho i jestem troche glodny… liczylem na ta restauracje troche, bo oprocz kilku bulek i owczego sera, ktore kupilem w poprzedniej chacie, nie jadlem nic cieplego od ponad 30h. No trudno, wyciagam ostatnie bulki i jakies ciasto, ktore dostalem i tym sie najadam. W miedzyczasie przyjezdza ktos na motorze, tez szuka wlasciciela. Oferuje mi podwozke do El Cocuy za 15 USD, ale mowie, ze nigdzie mi sie nie spieszy. Rozbijam namiot na terenie chaty i klade sie spac. Tym razem spi sie lepiej :)

Rano o 0700 jestem na Alto de la Cueva. Na lechero musze czekac prawie godzine. Tym razem przyjezdza inna. Tzn. wszystko jest tak samo, tylko ze oprocz kanek ma zamontowany duzy, plastykowy zbiornik-kanister na mleko po srodku paki. Oprocz mnie, jest dwoch czy trzech miejscowych oraz czworka mlodych ludzi, ok 25-30 lat wraz z 70-letnim, dlugobrodym mezczyzna w kapeluszu typu safari. Wynajeli przewodnika w El Cocuy i udaja sie na Ritacuba Blanco. Jak sie okazalo w toku pozniejszej dyskusji, wszyscy studiuja geografie :)

Tym razem mleczarka nie zawrocila do El Cocuy, tylko zmierza w kierunku Guican. W pewnym momencie zapytalem mleczarza ile to zajmie. Odpowie
dz mnie nie zachwycila. Podczas czterech godzin drogi, mialem okazje przekonac sie, jaka role socjalna pelni owa mleczarka. Juz nie tylko bylo to, jak sadzilem na poczatku, zbieranie mleka i rozdawanie pakunkow z ziemniakami, makaronem, jajkami itd. Nawet nie przewoz osob (ktore to osoby wsiadaly i wysiadaly jakby to byl autobus) i trzody (w pewnym momencie na pokladzie jechaly wraz z nami cztery owce). Przejazd mleczarki to po prostu wydarzenie – z domow wychodza cale rodziny, jedni pomagaja zaladowac towar, inni wlewaja mleko, ktos gada z kierowca, pyta sie co u tego i tamtego, prosi o jakas przysluge. Mleczarz, przystojny (ale moge sie mylic) mezczyzna w srednim wieku, zdawal sie miec tez specjalne wzgledy u ludzi. Zagadywal kobiety, zartowal z mezczyznami, a w niektorych miejscach dostawal jakies batoniki, cukierki czy orzeszki w prezencie. Na pace im wiecej osob tym jest zabawniej. Szczerze zalowalem, ze nie bylem w stanie wziac udzialu w dyskusji (troche ten hiszpanski tutaj brzmi inaczej, nie zna sie tez tych `wiejskich` okreslen, slangu itd..) ale bylo bardzo wesolo. Nie wiem czy w Polsce na wsiach mozna spotkac jeszcze taka atmosfere. Nie bylo ani slowa narzekania, polityki, po prostu czysty smiech, flirt i przerzucanie sie towarami z usmiechem na ustach. Po mleko wyskakuje nie tylko mleczarz, ale pomagaja sobie wszyscy. Naprawde fantastyczna atmosfera i nawet te wspominane cztery godziny jazdy nie dluzyly mi sie za bardzo.

W Guican, dosc podobnym miasteczku do El Cocuy, dlugo nie zabawilem. Szybko spytalem sie ktoredy do El Cocuy i wyszedlem lapac stopa. Po 15 min przejechal jeden samochod, niestety pelny, a po 20min drugi, tez pelny busik. Do tego sie jednak jakos zmiescilem z calym plecakiem. Wesola gromadka starszych ludzi jechala wlasnie do Panqueby. Zostawili mnie na rozwidleniu drog. Na kolejnego stopa musialem poczekac ponad pol godziny, ale w koncu dwoch facetow zabralo mnie pickupem te kilkanascie kilometrow w gore.

Nastepnego dnia po poludniu wybralem sie na krotki spacer na pobliskie wzgorze, na ktorym z dolu wypatrzylem kapliczke. Wybralem sie tam o zachodzie slonca, troche pograc na harmonijce i zrobic pare zdjec. Obie rzeczy wyszly marnie.. :) Gdy zszedlem do miasta trafilem akurat na boisko do pilki noznej, gdzie nieco mlodsi ode mnie (ok 18 lat) chlopcy grali w pilke. Troche sie poprzygladalem i postanowilem sie zapytac czy moge zagrac z nimi. Za chwile zmiana i oto wbiegam na przykryte marmurowymi plytkami, niby to w kosciele czy na cmentarzu, boisko. Vibram na moich podeszwach niezbyt dobrze sie trzymal na tej nawierzchni, ale duzo bardziej przeszkadzala mi… zadyszka.. Po 15min myslalem, ze cos jest ze mna zupelnie nie tak, wyszedlem z formy, albo jestem chory.. Wtedy przypomnialem sobie na jakiej wysokosci jestem. Nie wiem czy ktokolwiek z Was gral kiedys w pilke na prawie 3 tys metrow npm, ale zapewniam Was, ze jest to dosc wymagajace :) Juz teraz wiem, dlaczego zadna reprezentacja nie chce grac z Bolivia w La Paz, ktore jest na 3,6 tys metrow npm! :) Nie mniej jednak, wykonanie kilku cwiczen oddechowych pomoglo, zaczalem tez wieksza uwage przykladac do tego jak oddycham, no i poszlo. Ale bylby wstyd, gdy po kilkunastu minutach bym zszedl… Ale Ci gringo musza byc slabi.. :) Bite 1,5h grania, praktycznie bez przerwy. Chlopaki, grajac od urodzenia na takiej wysokosci, byli oblatani, ale pilkarsko wcale nie blyszczeli, poza oczywiscie wyjatkami. Ja sie tam nawet niezle wpasowalem w jedna druzyne, tworzac zgrane trio w napadzie (gralo sie 5 na 5). Niepostrzezenie zrobilo sie ciemno, na szczescie jednak w Kolumbii, z tego co zauwazylem, nawet w tak odleglych miejscowosciach jak el Cocuy wszystkie boiska sa swietnie oswietlone. Na trybunach zebralo sie troche ludzi, szare poncza, kapelusze i sporo kolorowej mlodziezy. Za kazdym razem gdy strzelalem bramke, niektorzy krzyczeli – uuu, polacooo! natomiast gdy nie trafialem, po jakims czasie, nauczyli sie tez krzyczec – curva! (nie wiem, czy rozumieli to i co krzyczeli czesciej, ale wydaje mi sie, ze wstydu Polsce nie przynioslem :p). W kazdym razie troche mnie ta gierka zmeczyla. Byc moze uda mi sie pograc jeszcze w Bogocie, podobno tam w parkach miejskich, czesto mozna sie `wkrecic` do gry. Nie moge sie jednak doczekac kiedy zagram z kims tutaj w siatkowke :)

Nastepnego dnia opuscilem Cocuy. Byla sobota, a na drodze totalne pustki. Z reszta tutaj dzien tygodnia chyba nie ma zadnego znaczenia. Pierwszego stopa zlapalem po przejsciu kilku ladnych kilometrow. Uprzejmy gosc, w szarym ponczo na motorze, podwiozl mnie kilka kilometrow do nastepnej wioski. Ciezko sie jezdzi z 18kg plecakiem na motorze, zwlaszcza kiedy ten plecak zaczyna niebezpiecznie przewazac do tylu :) Pozniej byla ciezarowka i znow kilka kilometrow marszu w upale. Tym razem wybralem inna droga, niz ta ktora tu dotarlem. Po piersze dlatego, ze bardziej mi pasowal jej kierunek, a po drugie dlatego, ze miala lepsza nawierzchnie, w czym dopatrywalem sie swojej szansy :) W koncu zabralem sie z dwoma goscmi, duzym pickapem, az na sam dol, 50km kretymi, gorskimi drogami do Soaty, a potem jeszcze kolejne prawie 200km do Paipy.

W Paipie sa slynne wody termalne, o ktorych kilka osob mi mowilo wczesniej. Postanowilem wiec sprawdzic ta najwieksza atrakcje regionu :) Przyznam sie szczerze, ze dzis bylem na tym ich basenie i nie stwierdzilem wielkiej rewelacji. Owszem, sa trzy baseny z ciepla woda, zjezdzalnia, pare barow i cala czesc terapeutyczna, jednak ja nie bylem zachwycony. Nie czuje sie tez jakos znaczaco lepiej, choc moze to tak nie dziala? Troche sie porozciagalem i tyle. Na basen przychodza glownie rodziny z dziecmi. Sladu nie bylo po tych slynnych, pieknych Kolumbijkach (aczkolwiek procent dziewczyn otylych jest wyjatkowo niski!). Moglem poobserwowac za to mode basenowa, bo to zawsze ciekawy temat. Kobiety, jak wiadomo, chodza tak, jak sie czuja – mlodsze, szczuplejsze, w dwuczesciowych, starsze, majace przewaznie wiecej do ukrycia, w jednoczesciowych. Zeby szybciej sie plywalo. Mezczyzni natomiast wciaz prezentuja zroznicowane upodobania. Bardziej mlodziezowi wybieraja szorty do kolan, kolorowe, surferskie, krzykliwe, jednak wciaz silne wplywy ma grupa tzw. oldschool`owcow, ktorzy wbijaja sie w obcisle slipki typu majtasy lub, uznawane byc moze przez niektorych za bardziej sexy, dluzsze bokserki, ztj. gacie po tacie. I to ta grupa liczebnie przewaza. Poza tym dalej w modzie sa wszelkie kola do plywania, rekawniki, smoki i weze wodne. Nie stwierdzono jednak nadmiaru tatuazy ani u kobiet ani u mezczyzn. Ciekawostka jest, ze duzy odsetek ludzi doroslych, w tym mlodziezy, w ogole nie umie plywac, a ci, ktorzy potrafia, czynia to bardzo nieporadnie. Kilka razy bylem swiadkiem wyscigow… na 5metrow, wyglada na to, ze to taki koronny dystans tutaj. Coz, takie sa moje spostrzezenia po wizycie na basenie.. :) Bardzo jednak mi sie podoba to, jaka role odgrywa tutaj sport w szkolach. Widzialem w Cocuy kilka treningow mlodziezy. Tlumaczy to ten niewielki procent ludzi otylych, w porownaniu do krajow, ktore odwiedzilem wczesniej.

Jutro ruszam dalej, nie wiem jeszcze gdzie, ale albo do Bogoty albo w kierunku Medellin. Zalezy od kilku czynnikow, jak zawsze :) Tymczasem zapraszam do ogladania zdjec z tych kilku ostatnich dni :) pz.


4 comments to Pierwsze kroki w Andach

  • Na wypasie! nie dość że przygoda mega to jeszcze super opisane. Przy charakterystyce zwyczajów basenowych emocje sięgały zenitu ;) A w tym poprzednim naprawdę super zdjęcia, zwłaszcza to z portu. Tych teraz nie przejżę, bo jadę pociągiem i internet mobilnie powolny

  • Ania says:

    Czesc, wlasnie wrocilam z Argentyny.Mi takze udalo sie postawic noge w Andach:) Wspielam sie na El Tronador, 3491m, w prowincji Rio Negro.Zaden tam wyczyn, chociaz przy podejsciu na szczyt mialam…jakby to elegancko ujac…nogi jak z waty:) Patagonia to magiczne miejsce,ktore zaskakuje na kazdym kroku. Mieszanka piekla i raju:) ALE niestety nie tania i dosc juz skomercyjalizowana…chociaz jestem pewna, ze cos wymyslisz:)jakbys mial jakies pytania co do Argentyny, a w szczegolnosci Patagonii, pisz smialo!!! pozdro

  • AFJ says:

    Gratulujemy Kuba. I wyczynu i decyzji na 15m przed… Jesteś Wielki. Trzymaj się

  • wojtoonio says:

    Fajne zdjecia tych chlopow z pierwszej przejazdzki mleczarka o swicie! Moj brat przywiozl sobie z Argentyny takie ponczo- przemysl i Ty- ponoc swietnie sie sprawdza w zimowe wieczory ;)

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.