Orki, Złodziejka Palców i Żydzi czyli… Patagonia

Posted on 20 December 2010

„…Żubr, bóbr, kurwa łoś, lis, wilk, kuna, koń, wydra, ryjówka, zając. To są zwierzęta, które żyją w Polsce..” Natomiast w Argentyńskim Puerto Madryn i okolicach nie ma szans na spotkanie żubra ani bobra czy ryjówki, nie mówiąc już o „kurwa łosiu”.. :) Zające albo lisy czasem widzi się przemykające przez drogę, a koni używa się na stancjach dość powszechnie. Jednak to, z czego słynie tak naprawdę Puerto Madryn, to znajdujący się o rzut beretem (najlepiej mokrym i trzeba wziąć dobry zamach) Półwysep Valdez i licznie przybywające, przez niemalże cały rok na wody jego zatok, ssaki morskie. Wieloryby, orki, lwy morskie, pingwiny. To są zwierzęta, które można obserwować tutaj niemalże jak na dłoni albo niczym w tv… :)

Kombinowałem z wypożyczeniem samochodu, ale wyszło mi w końcu, że najtańszym rozwiązaniem jest wykupienie jednodniowej wycieczki objazdowej po półwyspie (180 pesos). Zapakowany do vana, z katarem, którego nabawiłem się w jednej z klimatyzowanych szoferek ciężarówek i z czwórką innych, podobnych mi„miłośników zwierząt”, ruszyłem na poszukiwanie przygody. Prawie jak safari! Pierwszym przystankiem, nie licząc wjazdu do parku narodowego, gdzie oczywiście należało uiścić odpowiednio zawyżoną opłatę dla extranjeros, była jedyna wioska na półwyspie – Puerto Piramides. Stamtąd wypływa się na motorowych łodziach w głąb zatoki by podziwiać wieloryby, które są ponoć niezwykle ciekawskie i często zbliżają się do łódek na kilka metrów.

_MG_3028

Ja, jako że już widziałem wieloryby (nie tylko na Discovery :p) i że pogoda, stan morza i moja kondycja zdrowotna nie wróżyły żadnych rewelacji, postanowiłem zaoszczędzić i zostać na lądzie. Reszta grupy, dołączona do kilku innych, zapakowana szczelnie w pomarańczowe kapoki, została wprowadzona na wyciągniętą z morza przy pomocy traktora i specjalnie skonstruowanej przyczepy, łódź. Ja sobie tymczasem poszedłem na krótki spacer, podczas którego spotkałem dwójkę Polaków (pozdrawiam ich serdecznie, jeśli to czytają! :p), a następnie z godnością przysnąłem na ławce w oczekiwaniu na powrót mojej grupy..

Szutrowymi drogami pomknęliśmy następnie na spotkanie z lwami morskimi. Lub też „wilkami morskimi”, jak je tutaj zwą. Wbrew pozorom, które stwarzają te groźne nazwy, nie są to wyjątkowo widowiskowe ani niebezpieczne zwierzęta. Z punktu obserwacyjnego na wzgórzu ogląda się leżące na plaży foki-grubasy, które co jakiś czas machną płetwą przysypując się piaskiem albo wejdą do wody, by się ochłodzić (jest tak gorąco, że woda w morzu ma chyba z pięć stopni! :p ). Jak powiedział nam przewodnik, lobos marinos ładują w ten sposób energię przez odpłynięciem w celu zdobycia pożywienia. Będzie to miało miejsce dopiero za kilka miesięcy, więc chłopaki sobie jeszcze poplażują… Kolejnym punktem programu była kolonia pingwinów magellańskich. W międzyczasie widzieliśmy też kilka podobnych do lam guanacos, krewnych wielbłądów, których jednak już naoglądałem się trochę podczas drogi, a także dwa pancerniki, które zaciekawiły mnie, mówiąc szczerze, bardziej niż lwy morskie. Być może z powodu pamiętnej kampanii edukacyjnej na rzecz bezpieczeństwa na polskich drogach, zapinania pasów dzieciom itd. – „Klub Pancernika czyli klika w fotelikach! – Pancernik przypomina, rodzic zapina”.. :] Te pancerniki, które ja widziałem, zapięły jedynie wyższy bieg i schowały się krzakach ale i tak było fajnie je zobaczyć.

W kategorii „najśmieszniejsze zwierzęta” zdecydowanie wygrywają pingwiny. Te tutaj były zajęte akurat staniem ze swoim jajem i też nie robiły nic zabawowego, czego skrycie trochę oczekiwałem. Widziałem kiedyś na filmach przyrodniczych jak skaczą, nurkują, bawią się, ale na to było widocznie jeszcze za wcześnie. Młode „śmieszki” niestety się jeszcze nie wykluły. Pingwiny są bardzo wierne, mają jednego partnera przez całe życie i dbają o swoje potomstwo. Nawet z dużej odległości potrafią odróżnić nawoływania swego partnera i przybiec do „domu”. Samo patrzenie na te zwierzęta, stojące nieruchomo i zajęte impregnacją swoich piór albo przechadzające się leniwie, jakoś cieszyło. Aż by się chciało takiego pingwina pogłaskać albo lepiej – klepnąć po plecach i powiedzieć „stary, no nie wygłupiaj się, co tam będziesz leciał na ten gwizd twojej żony, niech poczeka, pogadajmy!”. Jakby te zwierzęta nadawały się do udomowienia to oprócz psa chętnie bym przygarnął któregoś :)

_MG_3058

 

Na koniec udaliśmy się w miejsce, gdzie najczęściej można zaobserwować orki. Ja jednak nic nie zobaczyłem i dopiero kiedy przenieśliśmy się dwa kilometry dalej, w rejon płytkiej zatoki, do której wraz z przypływem od czasu do czasu wpływają orki by żywić się leniuchującymi na plaży lwami morskimi, udało mi się dostrzec charakterystycznie wynurzające się z wody co jakiś czas płetwy grzbietowe. Przez ponad pół godziny dwie orki krążyły przed naszymi oczami szukając ofiar. Nie skakały, nie było też w okolicy żadnych piłek, którymi można by było żonglować jak w aquaparkach. Miałem możliwość zaobserwowania prawdziwej, niezmąconej przez ingerencję człowieka, walki o pożywienie. Tym razem jednak lwy morskie w porę się spostrzegły i zdołały uciec przed szczękami orek, więc z wiszącej w powietrzu krwawej rzezi nic nie wyszło. No trudno. Do Puerto Madryn wróciliśmy późnym popołudniem, a ja, chociaż niespecjalnie zachwycony tym, co zobaczyłem, po prostu z czystym sumieniem odhaczyłem z listy Półwysep Valdez..

Kilka dni później znalazłem się kilkaset kilometrów dalej na południe. Jadąc ciężarówkami po Ruta Tres podziwiałem niezbyt urozmaicony, surowy krajobraz Patagonii. Lubię moment, kiedy wyskakuję z samochodu z plecakiem i staje na poboczu oczekując na kolejną okazję, nową znajomość, nowe tematy rozmów.. Nie nudzę się. Jednak Patagonia jest trochę inna. Panujące tutaj silne wiatry szybko wychładzają organizm i czekanie zamienia się w nieprzyjemność. Im dalej na południe tym ruch ma drodze staje się też mniejszy. Fizycy pewnie by powiedzieli, że odwrotnie proporcjonalny do siły wiatrów, chłodu a także opadów atmosferycznych, ale kto ich tam zrozumie? :] Nie ukrywam, że czasem przychodzą chwile zwątpienia – zobacz jaki cieplutki autobus cię minął, daj już spokój, przecież wiesz, że będzie jeszcze gorzej. Nie katuj się już, wystarczy. W takich momentach trzeba mocno wierzyć w to, co się robi, że to wszystko ma jakiś sens. Żeby zacisnąć zęby i powiedzieć – nie ma dróg na skróty. Lubię rozmawiać sam ze sobą. Często mówię  też na głos do kierowców w zbliżających się w samochodach, leci żarcik za żarcikiem i jakoś dobry nastrój pozostaje. A każde 100km daje satysfakcje.

_MG_3123

Przeżyłem więc kilka długich chwil stojąc w deszczu i śniegu, ubrany w parę warstw ubrań, próbując zasłaniać twarz przed kłującymi drobinkami piasku unoszonymi przez wiatr. W nocy zawsze udawało mi się jednak znaleźć jakąś stację paliw, w której można było się ogrzać, zjeść kanapkę lub na tyłach której dało się rozbić. Raz tylko spałem schowany między krzakami na zboczu jakiegoś pagórka nad drogą, bo miejsca na namiot po prostu nie było. Zdarzyło się też ze dwa razy, że musiałem przewędrować przez całe miasto by znaleźć odpowiednie miejsce do łapania stopa bo wbrew zapewnieniom poprzedniego kierowcy, nikt mnie nie chciał zabrać z miejsca, w którym mnie zostawił. Średnia dzienna pokonywanych przeze mnie kilometrów oscylowała w granicach 500-600km i tak po kilku dniach dotarłem do położonego u stóp Andów El Calafate.

Miasteczko przyciąga turystów chcących zobaczyć słynny lodowiec Perito Moreno a także jest bazą wypadową do małego El Chalten, skąd zaczynają się szlaki wiodące pod nie mniej znane szczyty Fitz Roy’a i Cerro Torre. Tutaj można wypożyczyć lub kupić drogi sprzęt górski, zakontraktować przewodników czy zrobić porządne zapasy „na wyprawę’ w supermarkecie. W El Calafate spędziłem dwa dni i trzeciego, z zamiarem udania się do El Chalten, próbowałem wyjść na jedyną drogę wyjazdową. Kiedy z trudem pokonałem dmuchający w twarz z ogromną siłą wiatr i doszedłem na rogatki, policjanci gestem zaprosili mnie do swojego przeszklonego pokoiku. Szybko okazało się, że dziś nigdzie nie pojadę bo… drogi, nakazem administracyjnym, zostały zamknięte na czas nieokreślony z powodu wyjątkowo silnych wiatrów. Zdaniem jednego z policjantów, coś takiego ostatnio wydarzyło się dwa lata temu. Akurat tego dnia! Ponoć w którymś miejscu wiatr przewrócił tira i dla własnego bezpieczeństwa, nikt nie może opuścić El Calafate oprócz taksówek jadących na lotnisko. Brzmiało to dla mnie trochę nielogicznie, ruch drogowy zatrzymany, a niewielkie lotnisko przyjmuje samoloty? Nie pozostało mi jednak nic innego jak wrócić do miasta. Utknąłem, a skoro tak, to postanowiłem, że pieniądze zaoszczędzone na hostelu (rozbiłem się na kempingu) przeznaczę na browar. W mieście dopiero co przywrócili prąd więc w przyjemnym pubie z wifi, przy kuflu lub trzech dobrego, niepasteryzowanego piwa spędziłem resztę dnia. Zawsze coś za coś! :) Następnego dnia, gdy dowiedziałem się, że drogi zostały otwarte, na spokojnie wróciłem na wylotówkę. Do El Chalten dojechałem… kamperem z francuską rodziną. To nowy jak dla mnie środek transportu, nigdy jeszcze nie jechałem takim domem na kółkach. Mój wniosek jest jeden – podróżowanie z rodziną naprawdę może być wygodne! Przez większość drogi próbowałem sobie przypomnieć mój francuski. Niestety, bezskutecznie, nie pamiętam już niczego. Na szczęście dzieci były wyrozumiałe. Udało nam się natomiast znaleźć Wally’ego na wszystkich obrazkach w książce :] Gdy przeskoczyłem do przodu pogadać trochę z kierowcą po angielsku zobaczyłem taki oto widok…

_MG_3151

El Chalten jest wioską zdominowaną przez hotele i agencje turystyczne oferujące różne wycieczki. Na każdym kroku widać również widokówki albo wypożyczalnie kijków trekingowych ewentualnie knajpy z drogim żarciem. Generalnie ceny są dość zabójcze, dla przykładu noc na kempingu kosztuje mniej więcej tyle, co nocleg w hostelu w Mendozie. Ale turyści płacą. I to nie za kempingi, kto by się męczył w namiotach? W tej sytuacji chciałem ruszyć bezpośrednio w góry i tam, na obozowisku w okolicach Fitz Roy’a spędzić noc. Była 2000, ale dnie są teraz długie, słońce zachodzi gdzieś tak o 2200, a robi się ciemno nawet godzinę później, więc jakbym pobiegł to pewnie zdążyłbym na górę przed nocą. Kupiłem paczkę ciastek, bułki i puszkę dulce de leche w supermarkecie i już zamierzałem ruszyć ogniem, kiedy sobie pomyślałem, że przecież mam czas, nie muszę się nigdzie spieszyć i spokojnie mogę wejść tam jutro, czerpiąc przy okazji więcej przyjemności z samego pokonywania ścieżki. No właśnie. Aż mnie zatkało z tego wszystkiego. Coś tak oczywistego i jakbym gdzieś zapomniał, że przecież nie tylko cel się liczy… Sam sobie w duchu pogratulowałem tej decyzji :) Zrzuciłem plecak, położyłem się na trawniku z widokiem na góry, wyciągnąłem zakupioną przed chwilą paczkę ciastek. Słońce tego dnia świeciło mocno i było w sumie przyjemnie. Nawet wiatr nie dokuczał. Tak zrelaksowany zacząłem się zastanawiać gdzie tu spędzić noc. Moją uwagę przykuł wznoszący się nad miastem pagórek i niewielki zagajnik w jego okolicach. Dwie godziny później odkryłem w tamtych okolicach małą, cichą i osłoniętą lagunę, którą nazwałem Laguną Śmierci na cześć dwóch dużych, zwierzęcych szkieletów i oderwanej nogi konia, które znalazłem nad brzegiem wody. Miejsce miało swój urok i coś tajemniczego w sobie. Było aż za cicho. Na wszelki wypadek zdecydowałem się rozbić z namiotem po przeciwnej stronie niż szkielety. Wiecie, nigdy nie wiadomo, tyle się słyszy o nekromantach.. :]

Rano zorientowałem się, iż pogoda ewidentnie była gorsza niż dnia poprzedniego. Nie bardzo to pasowało do prognozowanych warunków, ale co tam. Ważne, że przez chmury przebijało się blade słońce i nie padało. W roli śniadania wystąpiły dwie empanady, zakupione w ostatniej niemal knajpie na obrzeżach wioski i tak oto posilony ruszyłem na szlak. Mówiąc szczerze wycieczka pod Fitz Roy’a to nie jest żadna górska wyrypa. Odległości nie są duże i w jeden dzień z dobrym tempem można zobaczyć zarówno FitzRoy’a jak i Cerro Torre i jeszcze wrócić do Chalten. Większość turystów bierze jedynie mały plecak na wodę, kurtkę i aparat. Ot, parę podejść, kilka ładnych widoków, przyjemnie poprowadzona ścieżka przez świetlisty las, trochę ekspozycji na wiatr i po niecałych trzech godzinach spaceru dochodzi się do obozowiska Poincenot. Tutaj rozpoczyna się najtrudniejsza część całej wycieczki, a mianowicie godzinne, strome podejście pod jezioro u podnóża Fitz Roy’a. Gdy dotarłem do dobrze osłoniętego obozowiska w lesie było jasne, że pchanie się na górę tego dnia nie ma sensu najmniejszego. Szczyt był schowany w chmurach i w dodatku sypało lekkim śnieżkiem a wiatr niemalże zatykał usta, gdy tylko wychodziło się na otwartą przestrzeń. Rozbiłem więc namiot i schowałem się do środka. Do rana zostało naprawdę duuużo czasu, ale to nie szkodzi, bo to dobry moment na krótką opowieść… Posłuchajcie…

_MG_3341

 

W pierwszych dniach lutego 1959 roku, Cesarino Fava, wyszedł z wykopanej w śniegu jamy na lodowcu u stóp Cerro Torre. Od sześciu dni czekał na powrót członków swojej ekipy – swego rodaka Cesare’go Maestri i Austriaka Toni’ego Egger’a, którzy podjęli się próby dokonania tego, co zdaniem wielu było niemożliwe. Wspięcia się na dziewiczy szczyt skalnej wieży Cerro Torre. Pakując swoje graty do plecaka, Fava z przeświadczeniem, iż jego obaj towarzysze odnaleźli jedynie śmierć na górze, spojrzał raz jeszcze na ten szczyt, przypo
minający bardziej wytwór czyjejś chorej wyobraźni niż kreacje natury i zobaczył ciemny kształt na polu śnieżnym pod skałami. Gdy dotarł do niego, okazało się, iż jest to Maestri, leżący z oblodzoną twarzą w śniegu, ale żywy.. Tak zaczęła się jedna z największych górskich legend.

Maestri twierdzi, że udało się mu razem z Egger’em dotrzeć na wierzchołek. Podczas zjazdu, szukając odpowiedniego miejsca na spędzenie nocy w ścianie, na Egger’a zleciała z góry lawina porywając go ze sobą. Wraz z nim przepadł także aparat fotograficzny, którym wspinacze mieli zrobić sobie zdjęcie na szczycie . Alpinizm to taki dziwny sport, w którym swoich dokonań czasem nie jest się w stanie udokumentować. Wspinacze, w znakomitej większości, to ludzie honoru i jeśli mówią, że czegoś dokonali, że zdobyli taki czy inny szczyt, to im się wierzy i rzadko poddaje się w wątpliwość ich słowa. A już zwłaszcza tak utalentowanych jak Cesare Maestri. W tamtej epoce „wielkich nazwisk Ludzi Gór”, trwała rywalizacja, która już dzisiaj, moim zdaniem, nie wygląda aż tak zacięcie. Dziś wyzwań jest jakby mniej, być może nie są aż tak porywające. Alpiniści rywalizują między sobą o to, kto pierwszy zdobędzie koronę Himalajów, czy wejdzie na więcej ośmiotysięczników w jednym roku. Wtedy ścigano się kto zapisze się w historii jako pierwszy zdobywca danego szczytu. Była to era pokonywania barier, dokonywania rzeczy niemożliwych. Obecnie, z nowoczesnym sprzętem, goretexami i naukowym treningiem, te granice wciąż przesuwa się dalej i dalej. Szuka się kolejnych niemożliwości. Ale taka jest już cecha ludzi, że nieustannie chcą się sprawdzać, pokonywać samych siebie, dokonywać czegoś szybciej, w lepszym stylu, w coraz to młodszym wieku. Bić kolejne rekordy. W naszych czasach alpinistyczne wyzwania są na pewno trudniejsze niż kiedyś, co jest naturalną koleją rzeczy. Prawdopodobnie duch i charakter „ludzi gór” pozostał ten sam, ale zdobycie nawet niezwykle trudną, nigdy nie przetartą drogą, jakiegoś ośmiotysięcznika, już jakby nie rozpala takich emocji, jak kiedyś, gdy na te góry wchodzono po raz pierwszy i niemal całe narody trzymały zaciśnięte kciuki za swoich bohaterów. I nawet jak już te najtrudniejsze drogi zostaną wytyczone i powtórzone, to zawsze się znajdą kolejni, którzy wytyczą jeszcze trudniejsze, będą chcieli coś „poprawić”, dołożyć od siebie. Wymyślą sobie, że wejdą gdzieś tyłem, używając jednej ręki, bez asekuracji albo w klapkach. Przykłady można mnożyć i tak dzieje się nie tylko w górach, ale we wszystkim, co robi człowiek.

Cerro Torre uważane było w tamtym momencie za najtrudniejsze alpinistyczne przedsięwzięcie wszechczasów. Nie wysokość jest tutaj głównym czynnikiem, ale niezwykle trudne i zmienne warunki pogodowe, silny wiatr a także problemy techniczne wspinaczki. Maestri doskonale potrafił opisać pierwszą część drogi, natomiast wyższe partie góry w jego opisach były już niejasne, a technika, jakiej używali z Egger’em budząca wątpliwości. Przez dziesięć lat nikt nie próbował nawet powtórzyć ich wyczynu i alpinistyczny światek zaakceptował dokonanie Maestri’ego i Egger’a. Jednak pod Cerro Torre przybyła w 1968 roku brytyjska ekspedycja. Po ciężkiej walce w ścianie musieli zrezygnować i zejść na dół. Zakwestionowali oni sukces Maestri’ego, twierdząc, że z ciężkim sprzętem z przed 10 lat nie było możliwe poruszanie się w górę tak szybko, jak utrzymywał Maestri. Zawrzało. Rozgoryczony Włoch w 1971 roku wrócił pod ścianę i rozpoczął wspinaczkę po tej samej linii, którą próbowali przejść Anglicy. Zabrał ze sobą jednak kompresor, za pomocą którego umieszczał w ścianie nity w najtrudniejszych momentach. Tak właśnie powstała najłatwiejsza droga na szczyt, „brzydka” Compressor Route, która jednak wspinaczkowych purystów nie przekonała zupełnie. Co więcej, Maestri nie osiągnął szczytu, nie wspiął się na 30 metrowy, lodowy grzyb, który wytworzył się na wierzchołku z powodu szalejących tam wiatrów, twierdząc, iż nie należy on do góry.. Niejasności pozostały. W 1974 roku Casimiro Ferrari wraz z zespołem zdobył Cerro Torre zachodnią ścianą i przez niektórych to właśnie było pierwsze „klasyczne” wejście na ten szczyt. Dwa lata później, amerykański zespół podjął próbę zdobycia sąsiedniej iglicy – Cerro Egger, nazwanej tak na cześć zabitego przez lawinę Austriaka. Część drogi pokrywała się z rzekomą linią wytyczoną przez Maestri’ego i Egger’a. Do pewnego momentu Amerykanie odnajdywali w ścianie pełno pozostawionego przez włosko-austriacki zespół sprzętu, jednakże powyżej nie było niczego. Jak potem relacjonowali – ruszyli w górę z przeświadczeniem, iż Maestri mówił prawdę. Jednak gdy znaleźli porzucony młotek i część schowanego szpeju zaczęli poważnie się zastanawiać… Co więcej, opis Maestri’ego w górnych partiach był co najmniej nie pasujący. Podobno z jednej półki skalnej patrząc w górę w miarę się wszystko zgadzało, ale podczas wspinaczki, okazywało się, że logicznie, drogę należałoby poprowadzić inaczej. Na zarzuty Maestri odparł, iż poruszali się oni z Egger’em głównie po grubej na metr warstwie lodu, jednak takich warunków nikt nigdy nie doświadczył z kilku ekip próbujących swych sił w tym rejonie…

Przez kilkadziesiąt lat nikt nie był w stanie powtórzyć ich drogi. Dopiero w listopadzie 2004 (!) Ermanno Salvatera i jego zespół dokonał przejścia wschodnią ścianą Cerro Torre. Przed wyruszeniem w góry, Salvaterra, niegdyś zagorzały obrońca Maestri’ego, a po 10 latach dokładnych studiów nad górą jego największy krytyk, powiedział, że jeśli znajdzie jakikolwiek ślad w ścianie poniżej szczytu z przed 40 lat, chociaż jeden, jedyny hak, „rzuci nim w twarz całemu alpinistycznemu światu, a przede wszystkim sobie.” Nie znalazł jednak nic…

To, co wydarzyło się w 1959 roku pozostaje tajemnicą. Martwi nie mają głosu, a Maestri, dziś liczący sobie prawie 80 lat, zdaniem wielu, popadł w depresje i stał się zgorzkniały. Wiele wskazuje na to, że rzeczywiście nie pokonał góry. Stała się ona jego obsesją i w końcu zgubą. Kiedyś powiedział, że wolałby, żeby to on zginał porwany tam przez lawinę. 50-kilku letni dziś Salvaterra wysłał niedawno list do niego z prośbą o napisanie mu, co tak naprawdę zdarzyło się w 1959. Maestri napisał na kopercie, że nie chce znać treści listu i odesłał go z powrotem. Zdaniem Salvaterry, koperta nosiła jednak ślady otwarcia. Nawet Fava, który uratował Włocha, nie wie, co się stało wówczas na górze. Cerro Torre do dziś budzi duże emocje i jest uznawane za jeden z najtrudniejszych wspinaczkowo szczytów. Pionowe ściany po około 1500 metrów sprawiają, że do jej pokonania potrzeba mniej więcej 40 wyciągów! Jednemu z pierwszych Polaków, któremu udało się pokonać górę (1996), Jackowi Fluderowi, zajęło to prawie miesiąc.. Do wyścigu o szczyt luźno nawiązuje film Wernera Herzoga pt. Krzyk Kamienia. Jak dla mnie, jest to jeden z najlepszych górskich filmów, chociaż akurat to nie jest zbyt wybitne osiągnięcie, bo takich filmów jest naprawdę niewiele. Jest w nim jednak coś mistycznego, a Cerro Torre, nazywane przez jednego z tajemniczych bohaterów filmu Złodziejką Palców, pobudza wyobraźnie…

Lubię chodzić po górach wiedząc coś o nich. Deptanie dla widoków jest dobre, ale góry odkrywają swój charakter dopiero wtedy, gdy się pozna chociaż trochę ich historię. Obojętnie czy są to Beskidy, Tatry,  Himalaje, Alpy czy Andy… Kamienie mają swoje opowieści…

 

O świcie stwierdziłem, że na piękne zdjęcia wschodzącego słońca nie mam co liczyć. Szaro, buro i wszystko w chmurach. Jednak gdy po 1000 ponownie wychyliłem się z namiotu zobaczyłem słońce i niemalże całą widoczn
ą ścianę Fitz Roy’a! Złapałem za aparat i pognałem ścieżką na górę. 40 minut później usadowiłem się wygodnie za dużym głazem i osłonięty od wiatru, z aparatem w dłoniach rozpocząłem oczekiwanie. W okolicach szczytu chmury przesuwały się z taką prędkością, że wystarczyło odwrócić wzrok na chwilę by za moment oglądać zupełnie inne ułożenie obłoków. Fitz Roy to używana dziś nazwa, pierwotnie szczyt nazywał się Cerro Chalten. W języku Patagonów oznacza to Dymiącą Górę i rzeczywiście, chmury w okolicach wierzchołka tworzą wrażenie jakby FitzRoy był dymiącym wulkanem. Patagoni, zwani także Tehuelche, to rdzenni Indianie zamieszkujący Patagonię. Dziś zostało ich nie więcej jak 5 tysięcy w całej Argentynie. Co ciekawe, w pierwszych przekazach Europejczyków odwiedzających te tereny, pojawiają się wzmianki o rasie gigantów, które odnoszą się prawdopodobnie właśnie do tego plemienia Indian, słynącego z wysokiego wzrostu. Po półgodzinie wlepiania się w imponującą ścianę skalną, wreszcie szczęście się do mnie uśmiechnęło i między chmurami, przez 2 minuty można było oglądać wierzchołek Fitz Roy’a! Nad laguną rozległy się okrzyki radości innych turystów, przede wszystkich Żydów, zajętych do tej pory robieniem sobie zdjęć na kamieniach. Faktycznie, zrobiło to i na mnie wrażenie!

Gdy pisałem o tym, że El Chalten jest zdominowane przez hotele i agencje turystyczne, zapomniałem dodać, że rasą dominującą wśród turystów są właśnie Żydzi. Jest sporo Niemców, Francuzów ale przeważają wyraźnie Izraelczycy. I to nie tylko w El Chalten czy na górskich obozowiskach, ale także w Calafate i innych, podobnych ośrodkach sportów górskich. Począwszy od Ekwadoru, jak kontynent długi i szeroki, wszędzie tam, gdzie są jakieś ciekawe trekkingi można spotkać grupy Żydów. W wielu miejscach napisy są po hebrajsku, a język ten, z jego charakterystycznymi głoskami, słyszy się niemal na każdym kroku – na ulicach, w hostelach, supermarketach i w górach. Dochodzę do wniosku, że hebrajski jest trzecim najważniejszym i najczęściej używanym językiem w Ameryce Południowej, zaraz za migowym i hiszpańskim :] Wielu z żydowskich turystów przestrzega nakazów religijnych, ale widok “ortodoksyjnych” pejsów jest bardzo rzadki. Lubią się bawić i ich „biesiady” przypominają trochę nasz polski styl zabawy młodzieży. Niestety, ich kontakty są dość ograniczone z powodu raczej słabej znajomości języków obcych, więc bawią się głównie w swoim towarzystwie. Jeśli kiedyś będę samotny w życiu i nikt już ze mną nie będzie mógł wytrzymać z powodu ogromnej wiedzy, którą posiadłem albo po prostu ze starości, to nauczę się ich języka, przyjadę do Patagonii i otworzę kolejny dom żydowski :] Albo lepiej, żydowskie schronisko w górach, gdzie światła w sobotę będą zapalać się na fotokomórkę a kuchnia będzie zajmowała połowę budynku. Już widzę siebie w progu witającego gości okrzykiem „szalom, amigos”! Mam już nawet chwytliwą nazwę – Refugio Cerro Tora! :))

Ale zostawmy na chwilę naród wybrany…oto przyszedł czas na odwiedzenie okolic Złodziejki Palców. Zebrałem manatki i ładnym, praktycznie opustoszałym z turystów szlakiem biegnącym nad Lagunami Matki i Córki (Lagunas Madre y Hija) przetrawersowałem do sąsiedniej doliny. Chociaż jak zatrzymałem się na krótki odpoczynek na zdawałoby się pustej polance, to okazało się, że krzaki niedaleko też mówią po żydowsku.. Cała grupa tam się schowała by coś ugotować! :) W trzy godziny dotarłem nad Lagunę Torre i… niestety. Dobra pogoda w ciągu ostatniej godziny gdzieś została za mną i Cerro Torre do połowy wysokości było spowite w gęstych, kotłujących się na wietrze, chmurach. Zaczęło prószyć śniegiem i nie było nawet na co czekać. Zastanawiałem się przez chwilę czy by nie zostać na noc na obozowisku położonym nieopodal i zobaczyć, czy przypadkiem rano nie będzie lepiej, ale niestety nie miałem jedzenia. Mój plan nie zakładał dwóch nocy w górach i skutkiem zastosowanej przeze mnie strategii „pack light, trek fast” już od rana burczało mi w brzuchu. Ultra-lekkie ciasteczka i bułki z dulce de leche, ledwie starczyły na kolacje dnia poprzedniego i dzisiejsze śniadanie. Palnika też nie chciało mi się wypożyczać na taki “spacer”. Niosłem na plecach za to cały swój 20-kg dobytek, którego nie miałem gdzie na dole zostawić przecież, łącznie z komputerem, cała plątaniną ładowarek i zestawem ubrań na kilka dni. To się nazywa profeska, czasem sam myślę, że przesadzam w niektórych sprawach :] Gratulując sobie w duchu „przewodnickiego” podejścia do tematu rozpocząłem dwu i półgodzinne zejście do El Chalten, mając przed oczami szyld na jednej z pizzerii z ofertą „all you can eat” w dość przystępnej cenie :] Po drodze, minął mnie samotny wędrowiec idący w górę, z ogromnym plecakiem, do którego przytroczone były dwie lodowe dziaby (wspinaczkowe czekany) i kask. Gdybym spotkał takiego na lotnisku to bym chyba starał się wybrać inny lot, bynajmniej nie ze względu na te czekany.. Jego zalana potem twarz była czerwona od wysiłku, a z szeroko otwartych oczu biło szaleństwo…

_MG_3337

W którymś momencie odwróciłem się po raz ostatni by popatrzeć na to, co wystawało z pod chmur. Czasem patrzymy na góry i myślimy, przynajmniej ja tak mam, że „jakbym miał wejść na szczyt…”, to bym poszedł tędy, potem tam i tamtędy, a tutaj trawersem do tego kuluaru, trochę do góry i już jestem. Patrząc na Cerro Torre nie miałem żadnego pomysłu z której strony w ogóle miałbym zacząć podejście. Cóż, być może jeszcze kiedyś będzie czas, najpierw trzeba jednak zacząć wspinać się w naszych Tatrach, też mamy piękną taką jedną „iglicę”. Może nie aż taką wybitną i spektakularną jak Złodziejka, ale od czegoś trzeba zacząć… :] A teraz uwaga! Mini-konkurs: o jaką „iglicę”, o jakiś szczyt mi chodzi?* Pierwsza poprawna odpowiedź  zamieszczona pod postem w komentarzach zostanie nagrodzona przeze mnie pocztówką z… Morskiego Oka, hahahah :) Nie, no żartuje, to jest całkiem poważny konkurs – mam ładną kartkę z Cerro Torre i wyślę ją zwycięzcy w nagrodę!  *W zabawie nie bierze udziału mój Tata oraz Młody.. :]

 

Pizza dała radę i już po zmroku udałem się w znajome mi okolice Laguny Śmierci, by spędzić tam ostatnią noc w tych stronach. Rano planowałem wyruszyć i pojechać tam, gdzie mnie zawiozą. Kierunki były tylko trzy, północ, południe i południe, z czego tylko te dwa południowe były mi po drodze :] Albo powrót do El Calafate i wycieczka pod słynny lodowiec Perito Moreno albo próba przedostania się do Puerto Natales w Chile. Po godzinie czekania na drodze, szósty przejeżdżający samochód, a była to taksówka, zabrał mnie do La Esperanza, co oznaczało realizacje tego drugiego wariantu. No cóż, Perito Moreno to jeden z nielicznych postępujących lodowców, czyli można wnioskować, że nie zniknie prędko
i zdążę go jeszcze w życiu zobaczyć. Ponad 300km w szybkim samochodzie daje poczuć różnicę. Ciężarówek i tak jakoś nie było, podobno w Argentynie wybuchła fala strajków i blokad na drogach, w efekcie czego, oprócz jeszcze bardziej zmniejszonego ruchu, brakuje też paliwa na stacjach.. La Esperanza to zaledwie kilka domów na krzyż i mała stacja benzynowa pośrodku niczego. Paliwo na szczęście jest i samochody, jadące na oddalone o 200km przejście graniczne w Rio Turbio często uzupełniają jej zapas. Nieczęsto jednak ktoś tam jedzie, więc miałem sporo szczęścia gdy obok mnie zatrzymał się, niemalże od razu, luksusowy suw z małżeństwem w średnim wieku na pokładzie. Ona z mieszanką indiańskiej krwi guarani w żyłach, on, wysoki i barczysty lokals, bardziej przypominający patagona. Ciekawe połączenie, ciekawa rozmowa i nowe, interesujące wiadomości z zakresu wiedzy ogólnej o Argentynie. Na granicę jeszcze jeden, krótki stop i mogę się odprawiać w biurze migracyjnym. Na przejściu panuje niewielkie zamieszanie, właśnie podjechał autobus, ktoś próbuje wjechać z Chile samochodem nie mając jakichś papierów, dwóch celników na lajcie pije mate, coś tam żartują, od czasu do czasu wpada trzeci i stawia komuś w paszporcie pieczątkę, po czym znów gdzieś znika. Atmosfera przedświąteczna, krótko mówiąc. Odstałem chwile w kolejce i dostałem niewyraźną pieczęć do paszportu od tego trzeciego, w stopniu okazyjnego pieczątkowego, celnika. Akurat zjawił się w ostatniej chwili. Odchodzę od okienka, patrzę w paszport i coś mi nie gra. 90 dni. Tzn. co? Nie mogę przez trzy kolejne miesiące wjechać do Argentyny z powrotem? Może istnieje jakiś przepis, o którym nie słyszałem jeszcze, że w miesiącu można tylko raz wyjechać i wjechać do kraju? Nie, to jakaś bzdura.. Z wysiłkidm przeanalizowałem szczegóły pieczątki i udało mi się dopatrzeć, co normalnie nie jest takie skomplikowane, coś chłopakom tuszu brakuje chyba, że zamiast „wyjazd” mam wbite „wjazd”. Na szczęście nie było żadnych problemów ze zmianą. Coś tam pogrzebali w komputerze, kilka kliknięć myszką i gotowe. Uf, po raz kolejny okazało się, że na granicach należy zachować czujność, co w przypadku kilkukilometrowego spaceru do biura migracyjnego po stronie Chile nie jest bez znaczenia. Po dwóch kilometrach marszu, fortunnie ktoś zatrzymał się przy mnie, z zamiarem podrzucenia mnie. Ledwo wcisnąłem się do zadymionego środka, gdzie kopciło szlugi trzech panów o aparycji stoczniowców, ale ważne, że jadę. Odprawa poszła wyjątkowo sprawnie, bo chłopaków znali na przejściu. Szybko wypełniłem kwit wjazdowy, kolejna pieczęć do kolekcji (oj lubimy to! :p), plecak przepuszczony przez rentgen i witamy w Chile, kraju w którym po hiszpańsku mówi się inaczej. Na szczęście trochę się już otrzaskałem, więc szok nie był tak duży jak za pierwszym razem, gdy przekraczałem granicę tego państwa.. :] Do Puerto Natales z granicy jest tylko 25km. Kierowca zostawił mnie przed „tanim hostelem”. Szalom! Tak, tak, witamy w żydowskim domu! :] Ale rzeczywiście tanio, więc zostałem :]

Puerto Natales to port, do którego zawija turystyczny prom, płynący z Puerto Montt przez fiordy. Trzy miesiące temu, jak być może niektórzy z Was pamiętają, próbowałem się tutaj przedostać z północy, ale za prom, z powodu kosmicznej ceny, podziękowałem. Miasteczko jest niewielkie, wygląda jeszcze gorzej niż opisywane kiedyś przeze mnie Puerto Montt, ale ma coś, czego nie ma nigdzie indziej. To słynny park narodowy Torres del Paine. Znacie więc już moje plany na najbliższe kilka dni :] Oprócz tego, w mieście nie ma praktycznie nic ciekawego. Jest szaro i tylko jak ktoś lubi fatalistyczne pejzaże mógłby odnaleźć natchnienie w wyrzuconych na brzeg wrakach kutrów. Postaram się w następnym poście wrzucić kilka zdjęć. Niespecjalnie też jestem zdziwiony obecnością Żydów (zwłaszcza w żydowskim hostelu) ale trzeba przyznać, że jest ich tutaj naprawdę sporo.. :] Ja na trek po Torres del Paine wyruszam gdzieś tak za dwa dni, tym razem zabieram mapę i wypożyczam kuchenkę gazową w celu przyrządzania sobie na niej jedzenia, które też zabiorę ze sobą. Może nie karpia i kutię, ale… :] Powinienem być z powrotem za 8-10 dni.

_MG_3175

Aha, w tym poście było sporo o Żydach, mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem niczym. Ja naprawdę nie żywię żadnych uprzedzeń do tej nacji, ot czasem zachowują się dziwnie, ale absolutnie nie wczuwam się tutaj w nic, żeby nikt mnie nie zrozumiał źle.. :] Sam mam kilku znajomych o żydowskim pochodzeniu, których bardzo lubię i szanuję. Co więcej, kultura żydowska mnie niezwykle interesuje i poświęciłem całkiem sporo czasu na zgłębienie jej podstawowych zagadnień. Generalnie, myślę, że wiele z tego co piszę, należy czytać z dystansem bo ja z takim dystansem wiele z tego co czytacie piszę.. To są jakieś tam moje subiektywne przemyślenia i obserwacje. Już byli tacy co mi zarzucali brak obiektywności na blogu, ale cóż, to chyba nie o to chodzi w blogowaniu :] Na koniec, żeby rozładować atmosferę, opowiedziałbym Wam świetny dowcip o żydzie, który mi się właśnie przypomniał, ale nie zrobię tego, bo obawiam się, iż mógłbym go spalić…

…także lepiej obejrzyjcie sobie po prostu zdjęcia.

:))))


8 comments to Orki, Złodziejka Palców i Żydzi czyli… Patagonia

  • Asia S. says:

    Fred, to Wesołych Świąt :) – trzeba sobie było jaką puszkę szprotek chociaż ogarnąć na wigilijną kolację! ;)

  • Sara says:

    Co do konkursu zapewne chodzi Ci o zdobycie Mnicha? ;]

    Zazdroszczę Ci zobaczenia ukochanych przeze mnie pingwinów na żywo oraz Górskiej Krainy Wiecznych Wiatrów, podobno wspinają się tutaj dwa typy alpinistów – marzyciele lub hazardziści ;)
    Z zdjęć widok gór z przedniej szyby kampera wygrywa ;)

    Pozdrawiam znad Morza Bałtyckiego ;)

    Powodzenia!

  • Gosia says:

    Mnich? ;]

  • Haski says:

    Wesołych świąt Fred!

    A co do Żydów – Żydzi i Izraelici to chyba nie są pojęcia tożsame ;).

    “Krzyk kamienia” oglądaliśmy u Janka parę miesięcy temu :D

  • Czarek says:

    Czy to jest może Mnich?;]

  • kuba says:

    Hmm, za łatwy coś ten konkurs chyba zrobiłem :] Nie potrzebnie dawałem tą podpowiedź z MOkiem :) Tak, oczywiście chodziło mi o Mnicha, także już pozamiatane – zwycięzcą zostaje Sara znad Morza Bałtyckiego, która jako pierwsza udzieliła prawidłowej odpowiedzi! :))

    Jak to zwykle bywa, zwycięzca jest jeden, a bramki są dwie! :] Wygląda jednak na to, że Gosia nie doczytała, że mam tylko jedną kartkę i już po pierwszej zgłoszonej odpowiedzi postanowiła wziąć udział w zabawie odpowiadając – przebiegle (jakby pierwsza odpowiedź była przypadkiem błędna) – tak samo :) Za tą śmiałą zagrywkę przyznamy jej nagrodę pocieszenia! :] może jakąś inną kartkę, nie wiem mam tu taką jedną fajną, zaraz, miałem, gdzie ta drukarka… :P

    -> a więc dziewczyny, wyślijcie mi na (mojego :p) maila adres, na który mam Wam wysłać pocztówki, gdzieś na drugą połowę stycznia powinny dotrzeć :)

    Na co liczył Cezary to trudno powiedzieć. Przypomniał sobie widać jakieś trudne słowo na “M” i chciał błysnąć. Czaruś, a pamiętasz Misterium Męki Pańskiej? Most i Mamę? Mnich jest też niezły, gratulacje, ale nagrody nie mogę przyznać żadnej :))

    Haski – zgadza się, dlatego nie użyłem słowa “Izrealici” ale “Izraelczycy”, to też nie są wyrazy jednoznaczne :) Użyłem w tekście słowa “Izrealczycy”, gdyż większość, turystów, o których mowa, pochodzi właśnie z tego kraju (gdzie notabene i tak 3/4 to Żydzi). Myślę, że chodzi nam o to samo :))

    pzdr!

  • AFJ says:

    Pięknych widoków, magicznych Świąt…zdrowy wracaj i do usłyszenia jak najszybciej. Całym sercem z Tobą w te dni :)
    Trzymaj się

  • Ala, Edek, i eliza says:

    Wędrowniku i pogromco szczytów,

    Przede wszystkim życzymy Ci ciepłych świąt abyś jak mityczny nieznajomy znalazł dobry posiłek i wspaniałe towarzystwo w Wigilię i święta (po także). Poza tym życzymy Ci sił, odnalezienia się, entuzjazmu, spełnienia, miłości dodającej skrzydła, i publikacji swoich impresji,

    Twoi wierni czytelnicy,

    Ciocia Ala, wujek Edek, i kuzynka eliza

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.