o tym, co się działo ostatnio

Posted on 02 February 2010

 

Wciąż jestem na pokładzie s/y Luka. Straciłem juĹź rachubę czasu, ale to juĹź chyba ponad trzy tygodnie! Czas płynie spokojnie, ale nieubłaganie – ani się obejrzałem jest luty, a ja jeszcze w Panamie. Nie Ĺźałuje jednak nawet jednego dnia, potrzebowałem odpoczynku i spokoju oraz tego glebszego oddechu, poczucia pełnego bezpieczeństwa – ‘schronienia’ przed światem zewnętrznym. Niewiele minę się teĹź z prawdą, gdy napiszę, Ĺźe otrzymałem duĹźo więcej – ‘Dom’ wraz z jego rodzinną atmosferą. OprĂłcz tego, duĹźo się nauczyłem, nie tylko jeśli chodzi o aspekty Ĺźeglarsko i – powiedzmy – ‘techniczne’, ale takĹźe te ‘Ĺźyciowe’. Poprzez częste rozmowy z Tomkiem zwrĂłciłem uwagę na rzeczy, ktĂłre do tej pory nie przykuwały mojej znacznej uwagi, odnalazłem w swoim dotychczasowych doświadczeniach sytuacje i pewne ‘ogĂłlne schematy’, ktĂłre teraz składają się (jedne łatwiej a drugie trudniej), w jedną całość. Zrozumiałą, jasną i przejrzystą dla mnie, a jednoczenie wciaz zostalo wiele elementow do dopasowania. Na wiele swoich pytań znalazłem odpowiedĹş, na mnĂłstwo kolejnych dopiero znajdę, ale zajmie mi to być moĹźe mniej czasu, bo wiem juĹź gdzie patrzeć i jak szukać. Nadszedł czas weryfikacji i ustosunkowania się do tego wszystkiego. Moja przygoda zaczyna się teraz na nowo, będę bardziej uwaĹźny, wiele rzeczy będzie dla mnie prostszych, a doznania, ktĂłrych będę doświadczał, będą takie, jakie sam sobie wybiorę. W ten czy inny sposĂłb. Poziom mojej świadomości na pewno wzrĂłsł i jeśli szukałem na swojej Drodze jakiejś ‘Magii’ czy teĹź raczej ‘Iluminacji’ (jakkolwiek by to nie brzmiało), to tu, na Luce, znalazłem tego duĹźo…

W ciągu tych trzech tygodni byliśmy takĹźe na krĂłtkim rejsie, na Archipelagu Las Perlas…

OprĂłcz dwĂłjki Gospodarzy – Kapitana i jego „Zastępcy – drugiego po Bogu”(czyli Beaty :)) oraz mnie, gościnnie w zaszczytnej roli I oficera, na jachcie, w trakcie rejsu, było jeszcze trzech innych PolakĂłw. Wszyscy mieszkają obecnie w USA. Byli to: Ryszard i Waldek, ktĂłrzy przylecieli prosto z innego jachtu na Karaibach, oraz najstarszy z nas wszystkich, ale będący wciąż w niezłej kondycji fizycznej, Janusz. Na Las Perlas z Panamy jest raptem 50 mil morskich, więc nie była to jakaś daleka wyprawa. Większość czasu spędziliśmy stojąc na kotwicy, w okolicach malowniczych, porośniętych gęstym lasem tropikalnym, wysp El Rey i Espiritu Santo (KrĂłl i Duch Święty). Nie było Ĺźadnych tzw. ‘Ĺźeglarskich ciśnień’ – podziału na wachty, tradycyjnych obowiązkĂłw w stylu wpisĂłw do dziennika, ‘garowania’ czy sterowania – wszystko odbywało się naturalnie, na zasadzie ‘kto chętny’ , a o upływie czasu świadczyły tylko zachody słońca, późne obiado-kolacje złoĹźone ze świeĹźo złapanych ryb i dĹşwięk otwieranych puszek z piwem ‘panama’. Jednym słowem, głównym motywem na jachcie był relaks. Nie zabrakło teĹź atrakcji krajoznawczych. Pontonem kilka razy opuszczaliśmy Lukę by zwiedzić okolice. Byliśmy na krĂłtkim spacerze po dĹźungli, Ryszard wdrapał się na palmę po kokosy (niestety, okazały się puste ;p), odwiedziliśmy malutką, rybacką wioskę, gdzie mimo śladĂłw cywilizacji (budka telefoniczna, anteny telewizyjne, grające pistoleciki w rękach dzieci czy silniki na łodziach) ludzie wciąż chodzą boso, odpoczywają w hamakach, a przy plaĹźy szyją sieci, a ostatniego dnia udaliśmy się na poszukiwania tajemniczej rzeki, wypływającej z dĹźungli, w ktĂłrej rzekomo Ĺźyje jeden aligator :) Poszukiwania zakończyły się połowicznym sukcesem (tzn. Ĺźeby nie było nieporozumień – aligatora nie złapaliśmy :))

Obok nas, na kotwicy stali znajomi Beaty i Tomka. On Ukrainiec, ona Rosjanka. Od 10 lat Ĺźeglują po świecie i poszukują skarbĂłw. Dosłownie. Aleks i AndĹźelika szukają złota – studiują przekazy historyczne, analizują mapy, a potem wyruszają w dĹźunglę z wykrywaczem metali, maczetami, łopatą i nadzieją, Ĺźe ktĂłregoś dnia odkryją swĂłj skarb. Jak na razie znajdują ‘tylko’ stare ‘graty’ – takie jak np. ceramikę, cegły i inne pozostałości nieistniejących juĹź wsi czy teĹź puste butelki (Rysiek popłynął ktĂłregoś dnia pokopać z Aleksem i znaleĹşli właśnie butelkę po japońskiej whisky!). Wierzą w kaĹźdym razie, Ĺźe kiedyś odkryją coś cennego. KtĂłregoś wieczoru Aleks pokazywał swoje filmy, ktĂłre zmontował z materiałów zebranych podczas ostatnich poszukiwań. Trzeba przyznać, Ĺźe były ciekawe. Ciekawą wydaje mi się teĹź idea Ĺźycia na morzu, podróşowania łódką z jakimś motywem przewodnim, hobby, ktĂłrym w ich przypadku są owe skarby. Filmy moĹźna obejrzeć na tej stronie. Jest ona co prawda po rosyjsku, ale translator google całkiem nieĹşle radzi sobie z przekładem jej na angielski.

W drodze powrotnej do Panamy wlazłem w ramach ciekawości na maszt, by zrobić parę zdjęć z gĂłry i niejako skonfrontować to z moimi doświadczeniami ze wspinania się na reje ĹźaglowcĂłw. Mimo minimalnych fal na morzu, na gĂłrze trochę bardziej buja (zupełnie niespodziewanie…) :) Dokładny opis tego co się działo na rejsie moĹźna znaleźć na stronie zeglarz.net, gdzie Beata, w lekkim i humorystycznym stylu, zamieściła swoje i Tomka relacje dzień po dniu. Zachęcam!

Po powrocie do Panama City, razem z Januszem, Ryśkiem i Waldkiem udaliśmy się na wycieczkę do Drua – indiańskiej wioski zamieszkiwanej przez plemię z grupy Embera-Wounaan. Indianie z tej grupy Ĺźyją zarĂłwno na terytorium Panamy jak i Kolumbii. Ci, zamieszkujący kilka małych wiosek w Parku Narodowym Chagres, opuścili Darien w XVII wieku i przyjechali do Panama City, gdzie jednak nie będąc przystosowanym do Ĺźycia w ‘cywilizacji’ (“trzeba chodzić w butach”?!) osiadli w ‘bezpieczniejszej’ dĹźungli, godzinę drogi od stolicy. W ramach ciekawostki, moĹźna dodać, Ĺźe Chagres jest niezwykle waĹźnym rezerwuarem wody w Panamie – ok. 40% wody ‘uĹźywanej’ przy obsłudze Kanału Panamskiego pochodzi właśnie z Chagres. Stąd czerpią wodę takĹźe największe miasta tego kraju – Colon i Panama City, zamieszkiwane niemal przez połowę ludności tego kraju!

Aby się dostać do Drua należy posłużyć się kombinacją autobusów, taksówek i na końcu indiańskich czółen napędzanych zewnętrznym silnikiem. Jeden indianin stoi na dziobie 10 metrowej, wydłubanej z drzewa, wąskiej łódki i długim kijem odpycha się od dna lub wskazuje drogę po rzece sternikowi, który w płytszych momentach musi podnosić silnik. Raz nawet trzeba było wysiąść z łodzi by ją przepchać po kamieniach. Podróż rzeką można określić mianem malowniczej, a jej czas trwania to ok. 20 minut. Innej drogi nie ma.

Emberas z Drua obecnie Ĺźyją z turystĂłw, ktĂłrzy przyjeĹźdĹźają codziennie do ich wiosek i ‘podglądają’ ich Ĺźycie. De facto, z prawdziwego Ĺźycia zostało juĹź niewiele. Dla odwiedzających organizowane są pokazy tańca i gry na instrumentach w rodzaju piszczałek, grzechotek i bębnĂłw (moĹźna samemu potańczyć z indiankami, kroki są nietrudne, jeśli jakieś w ogĂłle są, ale akurat dziewczyn moim przedziale wiekowym nie było :( – nie przeszkodziło mi to jednak pokazać parę ruchĂłw na parkiecie, ktĂłre spodobały się chyba teĹź indianom :P). OprĂłcz tego prowadzone są krĂłtkie prelekcje na temat historii i ubioru, a takĹźe budownictwa, sztuki i rzemiosła. Po tym, chętni mogą kupić ręcznie robione dzbanuszki z wikliny, ozdoby i figurki, ktĂłre są rozłoĹźone na stołach pod domami. KaĹźda z 23 Ĺźyjących w wiosce rodzin sprzedaje swoje wyroby, z
ktĂłrych zyski zatrzymuje dla siebie, jednak dochĂłd z opłat wejściowych dzielony jest po rĂłwno na wszystkich. Po osadzie moĹźna chodzić samemu, zajrzeć do prymitywnych domkĂłw zbudowanych na palach, zagrać z dzieciakami na centralnie połoĹźonym boisku w bejsbol (jeśli ktoś ma akurat ochotę w taki upał), zjeść niezłą rybę serwowaną za darmo w ramach wspomnianej ‘wejściĂłwki’ (35 USD + 5 USD za samo wejście do Parku!!) czy teĹź po prostu usiąść w cieniu i przyglądać się kolorowo ubranym kobietom. Albo, jak kto woli, mężczyznom – ci chodzą w samych slipkach, przewiązanych szarfą, prezentując swoje tatuaĹźe robione z jagua, naturalnego owocu, z ktĂłrego uzyskiwany jest barwnik, utrzymujący się na skĂłrze przez ok. 2 tygodnie. Chłopcy z wioski, za niewielką opłatą (1-2 USD) robią takie teĹź turystom – ja mam np. na prawym ramieniu teraz taką plamę, ktĂłra w pierwszych momentach przypominała nawet słońce, o ktĂłre prosiłem, ale teraz to umierające słońce zamieniło się chyba w czarną dziurę :) W tym miejscu muszę podziękować teĹź Ryśkowi, Waldkowi i Januszowi za to, Ĺźe umoĹźliwili mi zobaczenie tego wszystkiego poprzez wsparcie finansowe. Mam nadzieję, Ĺźe chociaĹź w niewielkim stopniu odpłaciłem się im za to pomocą językową, w ramach mojej skromnej znajomości hiszpańskiego…

Ĺťeby nie było tak sielankowo muszę teĹź wspomnieć o tych mniej miłych aspektach. Pod koniec pobytu chłopakĂłw na Luce atmosfera zaczęła się ‘zagęszczać’. Tzn. ogĂłlnie wszystko było w porządku, ale zgrzyt na linii Janusz – moja osoba, zaczął być do tego stopnia wyraĹşny, Ĺźe Ăłw pan, przestał się do mnie odzywać w ciągu ostatnich dwĂłch dni. Było to konsekwencją kilku naszych drobnych róşnic w zdaniach, ktĂłre miały miejsce podczas rejsu, a ktĂłrych kulminacją była ostrzejsza rozmowa podczas powrotu z Drua. Będąc szczery, sposĂłb jego bycia zdecydowanie nie naleĹźał ani do tych najbardziej przeze mnie cenionych ani lubianych. Nie zgadzałem się z wieloma teoriami głoszonymi przez niego, ale grzecznie starałem się nie wychylać za bardzo i za często. Momentami draĹźnila mnie teĹź jego przymilność, wtrącanie bezsensownych amerykanizmĂłw do zdań lub niezmordowane prĂłby rozmowy z tutejszymi po angielsku, na ktĂłry to język, w Ameryce Środkowej, wielu reaguje odruchowo zwiększeniem dystansu do rozmĂłwcy.  Gdyby nie spora róşnica wieku i przede wszystkim fakt, Ĺźe sam, tak samo jak on, jestem gościem na Luce, zapewne jeszcze inaczej by to wyglądało (niektĂłrzy być moĹźe mnie poznali od tej strony :) W jego oczach, przypuszczam, Ĺźe byłem przemądrzałym dzieciakiem z prowincjonalnej Polski (30 lat gdzieś w Stanach moĹźe duĹźo tłumaczyć..), jednak pechowo tematy, poruszane podczas rozmĂłw, często oscylowały wokół moich zainteresowań, o ktĂłrych pan Janusz zdawał się nie mieć, nazwijmy to, zbyt rzetelnej wiedzy. No cóş, nie wszyscy muszą się lubić. Tak czy inaczej była to pouczająca i jednocześnie nieco zabawna sytuacja dla mnie, o ktĂłrej wspomniałem choćby z kronikarskiego obowiązku :)

Po wyjechaniu załogi, na Luce dni płyną spokojnie, wstaje rano o 0800 by posłuchać radia, gdzie na kanale 74 zbierają się właściciele łódek stojących w Panamie. Czasem pomiędzy ogłoszeniami w rodzaju ‘sprzedam nie nowe ale i nie uĹźywane kanistry’ lub ‘dziś w marinie jest koncert’, moĹźna usłyszeć, Ĺźe ktoś potrzebuje załogi. Rzadko, ale moĹźna. Kilka razy sam zabrałem głos, ale wygląda na to, Ĺźe nikt nie płynie w żądanym przeze mnie kierunku. Ok. 1200 jemy śniadanie/lunch złoĹźony najczęściej z jajek (jajecznice robione przez Tomka i Beatę wyjątkowo przypadły mi do gustu!), a w tzw. międzyczasie robie coś na pokładzie. Ostatnio np. nauczyłem się jak się robi siatki na relingach lub jak przeczyścić gaĹşnik w silniku. Czasem z Beatą jedziemy na ląd by skorzystać z wifi w jednej z kawiarenek lub na zakupy do miasta. Ostatnio byłem sam w supermarkecie i moje kulinarno-lingwistyczne zdolności sprawiły, Ĺźe zamiast grzbietĂłw kurczaka, kupiłem karki, ktĂłre okazały się być jakimś sposobem szyjkami.. Muszę popracować chyba nad anatomią tych zwierząt.. :) Tomek pracuje do 1600, po tej godzinie jest czas na długie rozmowy, przerywane uzupełnianiem płynĂłw w metalowych kubkach, kolacją czy filmem (ostatnio się udało obejrzeć coś do końca! :P). Jest naprawdę idealnie.

Ale…na mnie juĹź czas. Nowy-stary cel – Ushuaia czeka! Naładowany pozytywną energią ruszam na dniach do Kolumbii. Pierwszy etap to lot awionetką do Tubuala, w San Blas. Juz w najblizszy piatek. Później drogą morską do Puerto Obaldia i stamtąd przez granicę do Capurgeny.  ´Normalnie´ lata sie do Puerto Obaldia, ale na skutek osuniec ziemi nie ma chwilowo gdzie tam wyladowac. Dzięki umiejętności ¨nurkowania ze szpachelka¨, ktĂłrej nauczył mnie Tomek, zarobiłem na znaczną część biletu lotniczego (cena za lot Panama – Tubuala to ok. 70 USD).  O ile czyszczenie Luki to była prosta sprawa, o tyle jacht, ktory teraz mialem wyczyscic, miał tak zapuszczone dno, ze zamiast szpachelki, pod wodą uĹźywałem czegoś na kształt dzidy. Praca polegała na odłupywaniu z kadłuba muszli i narośli oraz wyczyszczeniu dłutem śruby.. Zajelo mi to ponad 5h w sumie.. :) Podłączony do leżących na pontonie butli z powietrzem, nurkując pod kadłubem, w niektĂłrych miejscach zastanawiałem się czy za chwile nie zobacze ‘wklejonego w łódkę’  jakiegoś  ‘rybogłowa’, rodem z Latającego Holendra z ostatniej części PiratĂłw z KaraibĂłw.. :)  Na szczęście oprĂłcz pełzających wszędzie krabĂłw, rozgwiazd, dziwnych wężykĂłw i narybku krewetek, o ktĂłrych pisałem poprzednio, nic mi nie przeszkadzało :)

Co dalej? Na pewno będzie ciekawie, dosc dlugo, troche meczaco, ale i tak bede zadowolony :) I coś czuję, Ĺźe nawet jeśli nie zobaczę ‘bunkrĂłw, to teĹź będzie…’ :)

PoniĹźej zdjęcia – kilka z Boquete, troche Drua i większość z rejsu na Las Perlas.  W sumie wyszlo tego bardzo duzo. W odpowiednim dziale wrzuciłem teĹź zasłyszaną na Luce piosenkę, ktĂłra mi się wyjątkowo spodobała. Do uslyszenia, prawdopodobnie juĹź z Kolumbii! :)


20 comments to o tym, co się działo ostatnio

  • Alicja says:

    Fredi zdjęcia dzieci są najlepsze ;) uwielbiam takie!

    ależ masz tam pięknie.zazdroszczę (ale tak pozytywnie) :]

    powodzenia w dalszej drodze! i dbaj tam o siebie!

  • Adriano says:

    Fredi dzisiaj mieliśmy posiedzenie zarządu (już 2 od listopada!) i rozmawialiśmy o Regionaliach. Zgodnie stwierdziliśmy, że mógłbyś pierdzielnąć jakiś wykładzik o swojej podróży. Reflektujesz?

  • AFJ says:

    Oby Nowy Kontynent okazał się Tobie przyjazny. Bezpiecznej przeprawy. Trzymaj się. I szkoda, że nie masz takiego Wacka ze sobą. Byłoby Ci raźniej.

  • Beata says:

    Zdjecia dobre… ale piszesz swietnie.

  • fred says:

    :)

    Adrian, nie wiem, czy to najlepszy pomysł.. :) może kiedyś, w tym roku na pewno nie będzie mnie na regionaliach :)

    Kiedyś jakiś psi przyjaciel pojawi sie w moim życiu, ale narazie byłoby to zbyt skomplikowane :) Poza tym Wacek pewnie nie czułby się za dobrze na lądzie zbyt długo :)

  • Haski says:

    Super zdjęcia !

    Swoją drogą – zauwaĹźyłem parę stuningowanych fur ;P

    U nas oprócz słonecznej pogody pada śnieg i jest z -5 :P

    Fred rozwiń trochę wątek pytań, na jakie sobie odpowiedziałeś i tych schematów życiowych, bo ja też dużo myślę nad takimi rzeczami :-).

  • Jak ja ci zazdroszczę człowieku! Brzmi, Ĺźe jest mega.
    Zdjecie Indianina przy łódce i faceta który niesie silnik to moi faworycie.
    Myślę, Ĺźe te “iluminacje, magia i przemyślenia” raczej oddalą cię od domu i świata tutaj, ale pewnie juĹź sam zdajesz sobie z tego sprawę. Podróşujesz w super stylu, w takim ktĂłry zawsze bardzo mi imponował

  • jochny says:

    człowieku ten kolo obok grajkĂłw w kamizelce od fraku… jakby to Angol powiedział
    “made my day”

    trzymaj się i sprawdź na początku co tam przewożą w bagażach w tym samolocie:)

  • Ali says:

    zazdroszcze mega dystansu do zycia i spraw wszelakich, ktorego cie ta podroz nauczy!! :) i spokoju! super jak zawsze. az sobie ukradne jeden zachod slonca na FB ;P

  • Rapsa says:

    Fredi uwielbiam czytać Twojego bloga. I zawsze jest mi mało! Oby częściej, oby więcej:))
    Rewelacja!
    UwaĹźaj na siebie i powodzenia Kolego ;]

  • Alicja says:

    ‘tzw. wolne’ są the best ;) koleś w kamizelce od fraku teĹź daje radę ;P

  • fred says:

    heh, no mial gosciu rozmach z tym frakiem :)
    Haski – jak chcesz pogadac, to napisz maila :) Tutaj tez moge czasem cos wplesc, od czasu do czasu, jak nadarzy sie okazja. Generalnie to jeszcze wszystko przede mna tak samo ;)
    Franek – dzieki za mile slowa, co do oddalania sie – to tak, juz to zauwazylem :)
    Rapsa – co do czestosci wpisow to nie wiem czy cos sie zmieni w ogolnym rzucie w najblizszym czasie, ale bede sie staral :)

    Tymczasem pozdrawiam z Kolumbii, krotki opis z przejscia granicy juz niedlugo ;)

  • wojtoonio says:

    Powtorze slowa innych, swietne zdjecia Fred, oprocz wspomnianych powyzej jeszcze niektore z indianskiej wioski i Luki z wody :) dalej czyta sie wszystko z zapartym tchem!

    powodzenia w Kolumbii!! nie daj sie namowic na przewozenie pamiatkowych woreczkow z zawartoscia w zoladku ;)

  • Joe says:

    Jako znajomy Janusza od 30 lat “gdzies w Stanach” mam rade dla pana Kuby, ze nigdy nie nalezy nie doceniac ludzi. Ostatnia rzecza, o jaka mozna posadzic Janusza, jest brak wiedzy. Pozory czesto myla , a pan Kuba zachwycony swoimi ” madrosciami ” , z arogancja typowa dla mlodego, niedoswiadczonego czlowieka nie zauwaza, ze mozna dojsc daleko wlasna praca, bez piesci , przepychania sie lokciami i ” przymilania “.
    Personalne potyczki i subiektywne opinie na forum publicznym tez sa nie na miejscu.
    Jesli chodzi o nasze ‘amerykanizmy”, to uzywamy ich czasami, ale prosze popatrzec na tytul i tresc swojego dziennika.
    Zycze powodzenia w podrozy. Cel jak najbardziej ambitny, ale srodki duzo duzo mniej…

    30 lat gdzies w Stanach , Joe

  • Andy says:

    Ciekawie napisane.
    Interesuje mnie tylko, co znaczy powiedzenie “30 lat gdzies w Stanach moze duzo tlumaczyc”.
    Bedac w podobnej sytuacji, jako dlugoletni emigrant w Ameryce zastanawiam sie, czy teraz w Polsce macie jakies specjalne okreslenie dla nas? Wyglada na to, ze wedlug Was jestesmy jakims dziwnym gatunkiem ludzi, ktorzy nie maja pojecia o swiecie, ale macha sie na nich reka z poblazaniem, bo przeciez “30 lat w Stanach moze duzo tlumaczyc”…
    Z drugiej strony nie przeszkadza Wam przyjmowanie pomocy, czy wyciaganie reki do tych “gdzies w Stanach” po pieniadze. Jednym slowem jestesmy niedouczonymi naiwniakami nadajacymi sie tylko do wykorzystania.
    Powodzenia na trasie!

  • fred says:

    Joe – nie wydaje mi sie, zebym byl jakos specjalnie zachwycony swoimi ´madrosciami´. Nawet jesli jestem mlody i w wielu sprawach niedoswiadczony, czy znaczy to, ze we wszystkich dziedzinach mam z pokora sluchac glosu starszych i ´bardziej doswiadczonych zyciowo´ od siebie? Otoz, prosze Pana, nie – to by bylo jakies bledne kolo! A zwlaszcza juz w tych sferach, o ktorych moge powiedziec, ze co nieco wiem, czy to z powodu moich zainteresowan czy tez studiow. Z calym szacunkiem, moge tez juz w tym wieku bez przesadnego samozachwytu stwierdzic, ze doswiadczen mam rowniez calkiem sporo. Nigdzie tez nie negowalem wiedzy ogolnej Janusza, a jedynie napisalem, ze brak mu jej w niektorych dziedzinach. Chyba kazdy ma jakies braki, prawda? Chyba ze jako wieloletni znajomy Janusza, wie Pan, ze on akurat ich nie ma.

    Jestem w stanie zrozumiec tez amerykanizmy, do pewnego stopnia. Wiele slow utarlo sie w potocznym jezyku – chocby ´sorry´ czy ´ok´, by nie szukac daleko. Wiele rzeczy, zwlaszcza tych technicznych powiedzmy, ma trafniejsze okreslenia w angielskim. Nie przecze, ze niektorych slow uzywamy bardzo czesto i tutaj tez nie jestem wyjatkiem, ani wielkim obronca polskosci. Jednak jesli ktos przykladowo zamiast ´nie´, mowi ´no´ itp, to pan wybaczy, ale mozna sprobowac tego unikac. Co do tytulu mojego dziennika, to naprowadzilem na wyjasnienie tego terminu w ktoryms z dzialow. Nie uwazam tez, by w jego tresci pojawialo sie wiele amerykanizmow. Swoja droga to gratuluje przeczytania jego zawartosci w tak krotkim czasie, to juz ponad 150 stron A4… Poza tym pisze Pan o personalnych potyczkach na forum publicznym. Jak slusznie Pan zauwazyl to jest MOJ dziennik, a dzienniki, z zalozenia sa bardzo subiektywne. Z reszta, co to ma znaczyc, ze subiektywne opinie na forum publicznym ´sa nie na miejscu´? Wydawalo mi sie, ze od tego mamy internet, zeby moc wyrazac swoje zdanie..

    Andy – zdanie, ktore zacytowales, jest wyrwane nieco z kontekstu. Odnosilem sie tutaj do sytuacji, gdy to Polacy zyjacy w ´Wielkiej´ Ameryce, czasem (nacisk na to slowo) maja sie za lepszych od tych, ktorzy zostali w kraju, w prowincjonalnej Polsce. Odnioslem takie wrazenie podczas rozmow z Januszem. W tym miejscu chcialbym rowniez zapewnic, ze nie odnosilem sie do wszystkich Polakow zyjacych od dluzszego czy krotszego czasu na stale w USA. Jestem od tego jak najbardziej daleki. Spotkalem juz podczas mojej podrozy i takich, za ktorych bylo mi wstyd i takich, z ktorych moge byc dumny. Mialem szczescie z rodzina nalezaca do tej drugiej grupy spedzic swieta w Nicaragui.
    Wcale tez nie uwazam, ze zyjacy w Stanach Polacy to jakis inny gatunek ludzi. Faktem jest, ze tzw. Polonia, szczegolnie w Ameryce, sklada sie z roznych ludzi, o roznych zawodach i wyksztalceniu, pochodzeniu, sytuacji zyciowej i setce innych czynnikow ksztaltujacych osobowosc. Nie jestescie, jak sie przekonalem, monolitem – jako grupa Polakow na obczyznie. Niektorzy wrecz udzielali mi rad – ´trzymaj sie od innych Polakow z dala´. Ale to juz inna historia. Powtarzam raz jeszcze, ze nie byla moim celem generalizacja, absolutnie nie o to mi chodzilo i jest to sprzeczne z tym, co mysle. Jesli ktos odniosl takie wrazenie czytajac moje slowa to przepraszam, byc moze niezbyt jasno sie wyrazilem. A moze jest to jakis bardziej czuly punkt?

    Co do przyjmowania pomocy finansowej – ja nie mam nic sobie do zarzucenia. Sam o nic nie zabiegalem i nie bede sie tlumaczyl z tej czesci.

    Jesli ktorys z panow chcialby kontynuowac dyskusje to zapraszam do korespondencji mailowej. Byc moze zmieni ktorys z Panow zdanie o mnie, a jesli nie – no coz, niech zostanie jak jest.

    Dziekuje za zyczenia pomyslnosci na trasie, przyjmuje je jako szczere.

  • Stefan od 30 lat gdzies w Polsce says:

    Jakis Andy, Joe czy inny Dick wystepuje tu jako adwokat pana Janusza?
    I co za “forum publiczne”? Uslugi publiczne sie chyba Andem’u czy innemu Dickowi zupelnie pokielbasily, to jest prywatny blog Kuby, ktory wlasnie w glownej mierze sklada sie z jego subiektywnej opinii, oprocz faktow geograficznych, politycznych, historycznych etc.
    z pozdrowieniami i wyrazami glebokiego powazania dla Andy’ch, Joe’ow i innych Dick’ow, od 30 lat gdzies w Ameryce -
    Stefan, od 30 lat gdzies w Polsce.

  • Joe says:

    Jako starszy moze bede zwracal sie do Ciebie po imieniu.
    Nie kwestionuje tego, ze jest to Twoj dziennik, Twoje wspomnienia i Twoje opinie, ale jestem przekonany, ze nie sa one skierowane jedynie do grupy Twoich przyjaciol. Zamiesciles dziennik w internecie bez hasla, a wiec na pewno Twoim zalozeniem jest to, zeby jak najwiecej osob przeczytalo Twoje notatki (z barwnosci opisow wnioskuje, ze chcesz innym imponowac). W zwiazku z tym jest to forum publiczne (strona publiczna), a moja intencja bylo skorygowanie Twojej opinii o kims, kogo znam i bardzo cenie za duze osiagniecia (i nie chodzi mi tu o osiagniecia materialne).
    Nie zarzucam Ci tez braku doswiadczenia w zwiedzaniu, zwazywszy, ze duzo podrozujesz i poznales kawal swiata. Chodzi mi bardziej o obserwacje ludzi, wyciaganie wnioskow, ktore nie zawsze musza byc potwierdzeniem Twojego pierwszego wrazenia. Mozna kogos lubic, czy nie, ale roznego rodzaju inwektywy, czy kategoryzowanie ludzi na podstawie tego, ze zamiast “nie” ktos mowi “no”, jest dosyc w tym wypadku obrazajace (popatrz na wyrazy uzywane przez Ciebie, Twoich przyjaciol i znajomych).
    To tyle, mysle, ze nie ma sensu ciagnac dalej tej dyskusji.
    Jeszcze raz- osiagniecia celu! (zyczenia sa szczere)

    Do Stefana:
    Nie na temat! Moje okreslenie “gdzies w Ameryce” odnosilo sie bezposrednio do wyrazenia uzytego przez Kube i dzieki temu mialo specyficzny oddzwiek (trudno tego nie zauwazyc). Jesli chodzi o inne epitety, to wcale nie czuje sie dotkniety, chociaz na pewno takie byly Twoje intencje. Zdrobnienie imienia Richard jest popularne, a wielu znanych ludzi uzywa tego jako oficjalnej formy np. Dick Cheney, Dick Clark, czy Dick Morris. Jesli komus kojarzy sie inaczej, to inna sprawa …
    Joe

  • Adriano says:

    Fredi, ja bym nawet nie odpisywał na te bezpodstawne zarzuty, a nawet bym je skasował o ile jest taka moĹźliwość, bo nie taki jest cel tego bloga, Ĺźeby się kłócić. Co do tego co tu zamieszczasz – w Stanach jest coś takiego jak “wolność słowa” wprowadzona przy 1. poprawce do Konstytucji USA i Panowie mieszkający tam na stałe juĹź od ładnych parunastu lat powinni doskonale o takich rzeczach wiedzieć, Ĺźe nie tylko w USA jest wolność słowa. No chyba, Ĺźe traktujemy ten blog jako czystopolski, ale w takim razie komuś pomyliły się chyba czasy – to nie jest Polska, z ktĂłrej wyjeĹźdĹźaliście X lat temu za czasĂłw komuny… Open your mind ;)

    http://www.youtube.com/watch?v=IgmTKXiljuQ

  • LUKA says:

    Ech…. No i wracamy do starego tematu, czytamy bloga Kuby jeszcze raz od nowa, Kuby nie ma wsrod nas ( co nie znaczy ze go nie ma), Janusz (Joe) jest ; w kazdym tego slowa znaczeniu, i bedzie z nami jescze dlugo, bo nie jest to wcale zly czlowiek….
    wbrew tym wpisom.
    Janusz duzo zdrowia, do kwietnia, znow sie zobaczymy, jestes zdrowy, madry i silny facet!
    Ale… jakbys zdecydowal ze nie ( nie chcesz byc juz zdrowy, madry i silny) …. ze nie chcesz juz na Luke, to prosze podac ladnie reke Kubie, solidny uscisk… i nie straszyc nas w nocy:-)
    ps. na Ciebie czekamy, w kazde swieta:-)

  • Leave a Response to Haski

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.