Isla del Sol

Posted on 12 June 2010

Z peruwiańskiego Puno, położonego nad brzegiem słynnego Jeziora Titicaca, na granicę z Boliwią jedzie się jakieś dwie godziny. Na spokojnie, wiedząc, że jeszcze w życiu się nigdzie nie spóźniłem :] tuż po południu wsiadłem w busik jadący na miejsce. Biura migracyjne miały być czynne do godziny 1700, więc zachowawczy wyjazd z Puno o 1300 wydawał się bezpiecznym rozwiązaniem.  Musiałem przekroczyć granicę tego dnia, by uniknąć płacenia kary za przekroczenie terminu ważności wizy i nie narażać się na dodatkowe (nie)oficjalne opłaty nakładane przez celników z tego tytułu. Aż trudno uwierzyć jak te dwa miesiące w Peru szybko zleciały.. Gdy pierwszy raz kierowca busa zatrzymał się na poboczu, a spod maski buchnął dym, pomyślałem spokojnie – „o, chłodnica”.. Właściwie nie wiem czemu to pomyślałem, bo na samochodach i mechanice nie znam się zupełnie, ale tak mi się skojarzyło z filmów, że jak dym to chłodnica.. :] Odczekałem pół godziny i ruszyliśmy dalej. Gdy zatrzymaliśmy się drugi raz, a dym wypełnił całe wnętrze autobusu tak, że trzeba było wyjść by się nie udusić, spojrzałem na zegarek i pomyślałem – „o, w dupę”. Była 1600 i ewidentnie widać było, że ten pojazd właśnie zakończył swój bieg..

Zamiast tak jak wszyscy stać na drodze w kupie i licząc na to, że ktoś się zatrzyma dla takiej hałastry, ja postanowiłem zrobić to po swojemu. W godzinę dojazd był cały czas realny, ale na szczęście pojawiły się informacje od różnych współpasażerów, jakoby granica miałaby być czynna do jednej z następujących godzin: 16, 18, 19 i 21. Co osoba to inna wersja. Tak czy inaczej należało to sprawdzić… :) Odszedłem kawałek od zepsutego autobusu i zacząłem łapać stopa na drodze, tuż nad brzegiem Titicaca. Popołudniowe słońce, piękna sceneria – góry, woda… i same taksówki collectivos, w dodatku pełne. W końcu zatrzymała się jakaś ciężarówka, z serii tych co to ledwie pod górkę jadą. Kierowca podrzucił mnie dosłownie kilka kilometrów dalej do rozwidlenia, gdzie stały już mikrobusiki jadące na granicę i kiedy już miałem opuścić pojazd usłyszałem słowa, których jeszcze w podobnej sytuacji nie zdarzyło mi się słyszeć w Ameryce Łacińskiej. Facet zażyczył sobie ode mnie pieniądzy ‘za benzynę’.. tyle że za sumę, jaką krzyknął, mógłby przejechać spokojnie kolejne 100 kilometrów.. Trochę zdziwiony i jednocześnie rozbawiony, wygrzebałem jakieś ostatnie drobne z kieszeni, rzuciłem na fotel i ze słowami gracias, ciao! wyskoczyłem z szoferki.

Granica okazała się być czynna do 1930, czyli wszyscy byli ‘blisko’, albo mieli ‘prawie racje’.. :) Niestety, to już tak jest z ludźmi w Ameryce Południowej – nawet jeśli czegoś nie wiedzą, to i tak udzielą błędnej odpowiedzi czy wskażą złą drogę, tyle tylko by ‘pomóc’, być ‘przydatnym’ lub pokazać, że się ‘troszczą’. Nigdy nie można jednak polegać w zupełności na takich informacjach, ale z drugiej strony, w niektórych sytuacjach czasem  warto zaryzykować i zobaczyć np. czy rzeczywiście o tej godzinie, której nie ma na rozkładzie, przyjeżdża jakiś tańszy bus, albo czy w tamtym hostalu, za tą samą cenę jest podgrzewany prysznic itd. :) To właśnie jest część podróżowania, którą wielu ludzi omija, będąc wszędzie prowadzonym za rączkę przez przewodnika lub poruszając z nosem nisko w przewodnikach..

W biurze migracyjnym wyprosiłem 60 dni wizy i dostałem nową pieczątkę do paszportu – niby mała rzecz, a cieszy. :) Następnie przedostałem się, już po zmroku, do pobliskiej Copacabany. W tej brazylijskiej jeszcze nie byłem, ale słyszałem, że jest dość ‘zjawiskowa’..  Myślałem więc, że nazwa ‘zobowiązuje’, jednak okazało się, że ta boliwijska Copacabana to po prostu  trochę większa dziura, z której odpływają małe statki na największą atrakcję Titicaca po tej stronie – Isla del Sol. W miasteczku jest też katedra i święty obraz Matki Boskiej, do której przybywają liczni pielgrzymi. Żeby nie było – jest malowniczo, cichutko,  można wejść na wzgórze kalwaryjskie zobaczyć zachód słońca nad jeziorem, ale jakoś nie byłem w stanie wyczuć tu tej ‘hipisowskiej’ atmosfery, o której ktoś mi powiedział wcześniej. Ot, zwykłe, małe miasteczko turystyczne leżące ‘po drodze’ – z wieloma hostalami, kilkoma drogimi i niezwykle wolnymi kafejkami internetowymi oraz straganami z pamiątkami. Najwięcej jest jednak tabliczek agencji turystycznych z reklamami wycieczek na wyspy i godzinami odjazdów autobusów do La Paz lub do Peru.

IMG_6440

No ale skoro już tu jestem, to trzeba zobaczyć tą słynną Wyspę Słońca. Wg mitu to właśnie na tej wyspie narodził się ze skały pierwszy z Inków, Manco Capac, będący synem boga Inti – Słońca. Wg innej wersji legendy, po wielkiej powodzi (kolejny wspólny motyw wielu kultur?), Isla del Sol była pierwszym lądem jaki ukazał się na powierzchni. Gdy ustały nawałnice, a ciężkie, burzowe chmury zaczęły się rozwiewać, słońce, czy też raczej Bóg – Słońce, wyszedł z ukrycia, którym była skała w północnej części tej wyspy, by po raz wtóry zakrólować na niebie. Tak czy inaczej zarówno skała jak i cała wyspa uważana była za świętą przez długie stulecia i to nie tylko przez zamieszkujących ją tuż przed przybyciem Hiszpanów Inków. Niewiele wiadomo jednak o poprzednich kulturach, których ślady w tym miejscu datuje się nawet na trzecie milenium przed Chrystusem. Dziś na wyspie żyją Indianie z plemienia Aymara. Ich głównym zajęciem jest rolnictwo, rybołówstwo i pasterstwo, a także w ostatnim czasie turystyka. Wciąż jednak żywe są tradycje i obrzędy z dawnych czasów i jak mi powiedział napotkany na wyspie pasterz Francesco, co roku odbywają się tu uroczystości, które są mieszanką katolickich świąt z pradawnymi rytuałami składania ofiar z lam Pachamamie i oddawania czci Słońcu.

IMG_6501

Na południowy kraniec wyspy docieram małym, pasażerskim promem. Oczywiście to nazwa umowna, bo samochodów ani dróg na wyspie nie ma. Już na wstępie trzeba zapłacić za wizytę w największej wsi na wsypie Yungay. Takie myto. Z porciku prowadzą strome Schody Inków do górnej części osady. Ich pokonanie raczej nie jest trudne, ale biorąc pod uwagę wysokość na jakiej leży Jezioro Titicaca (3812 metrów), można złapać zadyszkę :] Jest tu sporo dopiero co otwartych hostali i widać, że buduje się ich coraz więcej. Z fantastycznym widokiem na jezioro i zamykającą je od wschodu Kordylierę Apolobamba jem małe śniadanie pod sklepikiem i ruszam w kierunku północnego krańca wyspy.

IMG_6481

Większość turystów przypływa na Isla del Sol na krótkie, jednodniowe wycieczki. Zaczynają od strony północnej i po przejściu 8 kilometrowego szlaku, docierają do Yungay, skąd odpływają z powrotem do Copacabany. Nieliczni zostają na noc. Ja wybierając wariant z południa na półno
c mam szansę cieszyć się ciszą i być przez większość drogi sam. Wyspa jest pofalowana, większość pagórków sięga do wysokości ok. 4 tys metrów n.p.m. ale nawet z ciężkim plecakiem idzie się dość przyjemnie. Granatowa toń jeziora, błękit nieba i wypalona słońcem, sucha roślinność przypominają mi greckie Cyklady..

IMG_6504

Idąc wolnym krokiem, podziwiając widoki i wspinając się na pagórki to znów z nich schodząc, po trzech godzinach docieram do części północnej, gdzie zaczynam spotykać spieszących w przeciwnym kierunku innych turystów. Oglądam kilka archeologicznych zabytków, m.in. zwiedzam niewielkich rozmiarów ruiny Chilanco, później próbuje dostrzec kształty pumy we wspomnianej świętej skale (nazwa wyspy w jęz. Aymara to Titi’kala – co tłumaczy się jako Skała Pumy) – niestety bezskutecznie, a później po prostu wygrzewam się na słońcu i od czasu do czasu zamieniam kilka słów z turystami lub miejscowymi. Późnym popołudniem udaje się na poszukiwanie miejsca na nocleg. Dozwolone jest rozbijanie namiotów na całej wyspie, więc nawet specjalnie się nie chowam. Schodzę z głównego szlaku i kierując się jakimś instynktem, docieram do idealnego miejsca po zachodniej stronie wyspy, skąd mam fantastyczny widok na zachodzące słońce i północną część Isla del Sol. Namiot rozbijam dosłownie kilka metrów od skalistego klifu opadającego wprost do jeziora Titicaca..

IMG_6559

Rano czekał mnie powrót tą samą ścieżką na południe i wskoczenie w ostatniej chwili na odpływający prom do Copacabana. Nie wiedzieć czemu, bilet powrotny kosztuje dwa razy tyle co na wyspę. Tym razem na pokładzie są wszyscy ci, którzy spędzili noc na wyspie oraz dodatkowo miejscowi i ich bagaże. Zwierząt nie stwierdzono. Komfortowo  co prawda nie jest, ale nie można mówić też o jakimś wybitnym folklorze. Niektórzy opalają się na zamontowanych na decku ławkach, inni śpią pod pokładem, gdzie i ja znajduje miejsce, a jeszcze inni na malutkim dziobie. Jest też grupa, która siedzi „gdzie popadnie” na pakunkach i kratach z butelkami po piwie. Niestety już „po” piwie. Nad całością czuwa, jak w prawdziwym filmie pirackim, jednooki kapitan, który z rufy nie widzi chyba nic, co jest przed dziobem. I tak oto stara krypa buja się na motorku przez prawie dwie godziny do Copacabany..

Titicaca wygląda jak morze. To podobno jedno z nielicznych miejsc, gdzie można jednocześnie nabawić się choroby morskiej i wysokościowej :) Patrzac na te piękne zatoczki z granatową wodą aż chciałoby się zapytać – gdzie te żaglówki!? No właśnie, nie ma jachtów, a myślę, że to mogłaby być ciekawa forma turystyki w tym rejonie.. Może jeszcze nikt o tym nie pomyślał i ten pomysł czeka na moją realizację w przyszłości? :] Kto wie… Tymczasem jestem w La Paz. I pewnie zostanę tutaj na jakiś czas… Wiem, że zabrzmi to może śmiesznie, ale trochę jestem zmęczony :) Potrzebuje kilku dni takiego nic-nie-robienia, wylizania ran, zacerowania ubrań itd. :] Zamierzam jednak zrobić tu kilka rzeczy, może jakiś krótki kurs salsy? Może zjazd legendarną Drogą Śmierci na rowerze? Zobaczymy. Na razie jednak rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej i mimo że specjalnie nie jestem wielkim fanem oglądania meczy to atmosfera jaka panuje w hostelu jest nieprawdopodobna. Jak Ci wszyscy ludzie się tutaj podniecają przy każdej sytuacji, jak krzyczą, gestykulują… Są i Amerykanie i Anglicy, Argentyńczycy i jeszcze paru ludzi różnej narodowości. W przeciwieństwie do mnie, oni mają komu kibicować :)

pozdrawiam i zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z Wyspy Słońca :)


6 comments to Isla del Sol

  • Adriano says:

    te, Ticitaca :D

  • Alek says:

    A to jezioro to nie Titicaca przypadkiem? :)
    Super zdjęcia.

  • fred says:

    haha, jasne, że Titicaca :] chyba przerosło mnie to słowo :P nie wiem o czym myślałem, może o tym programie telewizyjnym pana Tik Taka… :] już poprawiłem :]]]

  • Kate says:

    Pędzisz niczym burza,albo raczej czas tak szybko leci! Aż się prosi, żebym wsadziła moje foto z Kerali z chai na śniadanie i z równie uroczym widokiem jak na Twojej fotce, hehe. Dwie różne półkule,ale to samo ujęcie;)

    Buuzka!

  • fred says:

    Kate, na facebooku jest grupa ‘moje grand tour’, nie wiem czy już kliknęłaś “i like” :)), ale to właśnie takie miejsce, gdzie możesz wrzucić to zdjęcia i inne.. jako porównania, wspomnienia, inspiracje, cokolwiek.. :] będzie mi miło, a to zawsze większa ‘interakcja’ z ‘czytelnikami’ i przyjaciółmi. Zachęcam i zapraszam :] oto adres: http://www.facebook.com/pages/moje-grand-tour/102200203162450?ref=ts

    :]

  • Stopa says:

    Fred, jeżeli chodzi o żeglowanie na Titicaca to my podjęliśmy nawet próbę “czarteru” miejscowej łodzi z żaglem (chyba z Copacabany), ale nie było opcji wcześniejszego wypróbowania. Koleś uparcie wmawiał nam że popłyniemy na Isla del Sol, tam przenocujemy i następnego dnia spokojnie wrócimy okrążając wyspę. Dodatkowo tłumaczył, że tam prawie taka bryza wieje, że zawsze będziemy mieli baksztag:)
    Skończyło się na tym, że od rana wiało mega i to z kompletnie innej strony, a po południu był mały sztorm z falami po ponad 2 metry:)

    Znaczy: coś tam jeszcze zostało do zrobienia!

    Powodzenia:)

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.