Hostel California – wiosna w Mendozie

Posted on 14 October 2010

Przyjechałem do Mendozy, zameldowałem się w hostelu i już pierwszego dnia ruszyłem na poszukiwanie pracy. Obszedłem kilka hosteli, ze dwie agencje turystyczne, wysłałem kilka maili do schronisk-hoteli w górach… Po dwóch dniach powiedziano mi w moim hostelu, że mogę zostać i pracować w zamian za pokój i jedzenie. To, co się działo przez następny miesiąc było niemalże dokładnie tym, co sobie wyobrażałem, że mnie spotka, co myślałem jeszcze w Chile, później w argentyńskim Bariloche i w drodze na północ. Tak, wierzę w moc wizualizacji, prawo przyciągania i jeszcze kilka innych rzeczy i to jest dla mnie kolejny na to dowód. Dokładnie tak miało być. Znalazłem nie tylko miejsce pracy ale i fantastycznych ludzi, grupę przyjaciół, której stałem się członkiem… Miałem wyjechać po trzech tygodniach, taki był plan.. Przecież „gdyby wszystko było inaczej”… ale nie jest.. :]

Zacząłem od pracy za barem. To dość pikantne zważywszy na to, że o drinkach alkoholowych wiedziałem tyle, co o sadzonkach kwiatów doniczkowych (tzn. wiedziałem, że istnieją i chyba kiedyś nawet podlewałem), a jedyną praktykę związaną z barmaństwem miałem w napełnianiu małych kieliszków 40% trunkiem zwanym potocznie wódką. Moje umiejętności w ich opróżnianiu tym razem miały się nie przydać. Na szczęście hostelowy bar nie grzeszył obfitością alkoholi ani składników, a nazwa eventu, odbywającego się raz w tygodniu – trago loco (szalony drink) – pozostawia spore pole manewru. Nikt więc z gości nie narzekał, że Cuba Libre nie ma przyciętej pomarańczy na brzegu szklanki, albo że do Screwdriver’a, czyli po naszemu wódki z sokiem pomarańczowej, leje więcej wódy niż soku. Zwłaszcza, że wszystko to jest za darmo! Była więc i okazja na ciekawe rozmowy za barem przy szklance fernetu, jednego z najczęściej konsumowanych w Argentynie alkoholu, jak i na bajery w rodzaju ciekawostek podróżniczych – spróbuj tego, to się piję w moim kraju. Nie byłaś w Meksyku? No cóż, pozwól, że przybliżę ci słoneczną atmosferę tego kraju tym oto kieliszkiem tequili, odrobiną soli i pomarańczy. A próbowałaś tego ze sprite’m? Hm, nie mogę uwierzyć, że nie wiesz co to jest u-boot? Już ci demonstruje.. :] Tydzień później włączyłem do repertuaru shaker’a. Zawsze chciałem wypróbować to urządzenie. To nie może być trudne. Niestety w staffie wiedza o drinkach również nie stała na wyjątkowo wysokim poziomie, więc pierwsze próby przygotowania mojito, kończyły się zachlapaniem całego baru znaczną ilością rumu, sprite’a, limonek, cukru itd. z shaker’a. Dopiero ktoś później mi powiedział, że nie należy wlewać do shaker’a napojów gazowanych, bo ‘wybuchają’… No patrz… ale przez kilka godzin byłem pod wielkim wrażeniem siły mięśni przedramion u barmanów, którzy są w stanie utrzymać wszystko w środku i nie powiem, że mi też udało się parę razy. :] Dziś już jestem mistrzem mojito. Właściwie na ostatnim trago loco zrobiłem ok. 60 szklanek tego drinka i tylko 7 innych (liczyłem!). Potrafię przyrządzić także daikiri i kilka innych znanych specjałów jednak atmosferę staramy się utrzymać na poziomie ‘loco’. Jest po prostu ciekawiej :)

W tzw. międzyczasie zacząłem pracować na recepcji. Pierwsze momenty, jak to zwykle bywa były trudne. Hostel Suites Mendoza, w którym pracuje, należy do szeroko znanej na całym świecie sieci Hostelling International. Oznacza to mniej więcej to, że rozliczany jest bardzo skrupulatnie. Na recepcji używa się dość skomplikowanego systemu komputerowego, w którym należy zindeksować absolutnie wszystko – od rezerwacji internetowych, przydziałów pokoi, przez wszelkie zamawiane przez gości wycieczki, kupowane napoje i karty członkowskie HI, aż po wypożyczanie ręczników i pilotów kontrolujących klimatyzację w pokojach. Oprócz tego jest cała mas pierdół, które trzeba wiedzieć  lub umieć – np. zarezerwować przez messenger’a [taki komunikator popularny wszędzie tylko nie u nas] komuś hostel w innym mieście, wycieczkę (moja ulubiona to ta, która nazywa się high mountains!) przyjąć płatność kartą kredytową, przełączać linie telefoniczne, drukować paragony z kasy fiskalnej, udzielić informacji jak i czym dojechać na terminal, gdzie najlepiej i najtaniej zjeść, jak się ubrać na rafting, o której przychodzi pranie… Trzeba też znać rozkład bankomatów, busów, klubów nocnych, a także godziny ich otwarcia i dużo więcej. Goście pytają o najdziwniejsze rzeczy, a staff bez cienia znudzenia i z uśmiechem na twarzy jest zobowiązany do pomocy. Dla mnie, przyznam się, było to szokujące doświadczenie na początku. Backpacker to w mojej opinii ktoś taki, kto sam sobie wszystko jest w stanie zorganizować, pojechać, dowiedzieć się, wyczytać w Internecie, przygotować jedzenie, otworzyć piwo. Ale okazuje się, że oprócz tych, w sumie mogę powiedzieć, nielicznych w hostelu, którzy to umieją, na 140 miejsc noclegowych, większość to albo podróżni „z przypadku”, z walizkami, na konferencję, albo zupełnie niesamodzielni mochileros. Żeby nie było wątpliwości – nie twierdzę, że każdy od razu musi być hardkorem, istnieją różne sposoby podróżowania i jeśli sprawiają nam przyjemność, to wszystko jest w porządku. Czasem jednak nie można się powstrzymać od śmiechu czy załamania rąk :) Nie chcę uogólniać, ale najcięższe przypadki do niestety Amerykanie. Ci najczęściej narzekają, a to kuchnia albo łazienka za mała, a to piwo drogie w hostelu (sklep jest dosłownie 15 metrów obok i nie mamy nic przeciwko własnemu alkoholowi w hostelu, ale widocznie to już za daleko), a to muzyka za głośna.. Któregoś dnia przez pięć minut wysłuchiwałem pretensji jednego z takich „backpackerów”, że „już pomija fakt, iż trudno coś ugotować na dwóch palnikach, ale że hostel przynajmniej mógłby zainwestować w porządne otwieracze do puszek!”. Zdziwiony poszedłem z nim do kuchni i widzę podziurawioną w kilku miejscach puszkę z tuńczykiem i obok najnormalniejszy otwieracz, model „kluczyk”… Nie bardzo wiedząc w czym leży problem, upewniłem się, że chodzi o otwieracz. Może nie zrozumiałem? Wyraźnie podirytowany, 30 letni Amerykanin (powiedział, że z puszką walczy już 15 minut) wziął otwieracz do ręki i próbował pokazać mi, że nie można nim nic otworzyć. Nie wiem jakim cudem udało mi się powstrzymać wybuch śmiechu, nieodpartą chęć wybiegnięcia z kuchni i krzyknięcia – ‘raaaatunku, idioci’! Z kamienną miną pokerzysty, poprosiłem delikatnie o odsunięcie się z niebezpiecznego miejsca pracy, przejąłem otwieracz i odwróciłem go o 180 stopni tak, że zaostrzony koniec zaczął wbijać się w puszkę, zamiast ciąć powietrze jak do tej pory i w 10 sekund otworzyłem mu dwie konserwy, mówiąc, że „jak widać, nie trzeba mieć najlepszych otwieraczy od firmy adidas, żeby otwierać nimi puszki” . Jego mina była wprost nie-do-opisania… Pozostanie dłużej w tym miejscu groziło mi paraliżem ze śmiechu, więc dławiąc się, wyszedłem szybkim tempem z pomieszczenia kuchennego, słysząc za sobą jeszcze „nie wydaje mi się, żeby adidas robił takie rzeczy!”.  :)

Dwa tygodnie temu kupiliśmy „otwieracz dla niepełnosprytnych”. Tak na wszelki wypadek.

front desk :)

Generalnie jednak w mniej wymagających sytuacjach, z pasażerami, jak nazywamy tutaj gości, można spędzać bardzo fajnie czas. Wielu jest otwartych na rozmowy, miłych, dzielących się swoją muzyką, uprzejmych, ciekawych i nawet jak zabraknie papieru w łazienkach, to nie robią z tego powodu awantur. Ja pracuje od godziny 18 do 24, pięć lub sześć razy w tygodniu. Na recepcji siedzi się we dwie osoby, nie licząc nocnej zmiany, gdzie pracuje jedna. Najczęściej mam dyżury z 30 letnim, bardzo wyluzowanym, słuchającym ostrzejszej muzyki Santiago i modnisiem-tancerzem-gejem, Lukasem, który jest duszą towarzystwa, niezwykle zabawnym gościem. Co chwila puszcza Madonne i kawałki Lady Gaga :] Czasem jest bałagan, gdy np. dwie lub więcej grup próbują jednocześnie zrobić tzw. check-in, dzwoni telefon, ktoś próbuje wypożyczyć ręcznik, a inny się pyta czy możemy mu wskazać na mapce gdzie jest coś tam. Żonglowanie językami rodzi czasem śmieszne sytuacje, więc ogólnie jest sporo zabawy. Gdy około 22 się uspokaja ruch, razem z Santiago, rozpoczynamy pojedynek. Dwa tygodnie temu zainstalowaliśmy po cichu na komputerze grę piłkarską PES 2006 i teraz podłączamy pada i rypiemy spotkanie za spotkaniem, z czujną ręką na klawiszach alt + tab, w razie gdyby jakiś pasażer, albo co gorsza Eugenia, menadżer hostelu, się pojawili w zasięgu wzroku :) Ale Euge jest wyluzowana. Gdy w czwartki wieczorem organizujemy na tarasie darmowy poczęstunek dla gości w postaci chorizo (robione na grillu kiełbaski w bułce z sałatą, pomidorami i majonezem), puszczamy muzykę z wieży i Euge jest pierwsza do wygłupów tanecznych. W  po 2400 do pracy przychodzi Federico. To raczej spokojny ale bardzo pozytywny chłopak w moim wieku, uwielbiający dobrą muzykę rockową. Sam gra na perkusji w zespole i nie dalej tydzień temu razem z kilkoma osobami ze staffu poszliśmy na jego mały występ do jednego z barów.

Fede na garach :]

Z Fede szybko złapałem dobry kontakt. Już w drugim tygodniu mojego pobytu w hostelu pojechaliśmy razem w góry. Było to na pierwszy dzień wiosny (taak! Mamy tutaj wiosnę i blisko 30 stopni każdego dnia!), coś a’la nasz Dzień Wagarowicza. Wypad był zorganizowany dosłownie w kilka godzin. Na spontanie, dzień wcześniej pozamienialiśmy się godzinami pracy z innymi, rano poszliśmy do supermarketu zrobić zakupy i wsiedliśmy w autobus jadący w okolice miejscowości wypoczynkowej Porterillos. Już podczas pakowania artykułów żywnościowych do plecaków coś mi nie grało, bo żarcia mieliśmy niemal na 5 dni, podczas gdy w górach mieliśmy spędzić tylko dwa. Spodziewałem się jakiegoś chodzenia, może nie ambitnego, ale jakiekolwiek. Nie ustaliliśmy tego do końca i skończyło się tak, że znaleźliśmy fajne miejsce na półkach skalnych, znieśliśmy trochę suchego drewna na ognisko (co na suchym stepie górskim wcale nie jest takie proste) i spędziliśmy resztę czasu pijąc yerbe mate, gotując jedzenie, rozmawiając, słuchając muzyki z telefonu i opalając się.

sielana jak wiadomo co.. :]

Drugiego dnia szukaliśmy innej miejscówki w tym samym typie, krążąc po okolicach, na czym zeszło nam się kilka dobrych godzin. Koniec końców wróciliśmy w to samo miejsce, z butelką wina. Tą, którą wzięliśmy z hostelu (mamy wino marki hostel suites mendoza! I jest całkiem niezłe!) zarekwirowali nam na jednej z trzech kontroli policyjnej, które zaliczyliśmy przy wyjeździe autobusem z miasta. Rząd próbuje obniżyć spożycie alkoholu w tych dniach poprzez takie właśnie rewizje i zakazy sprzedaży, co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe. Był to zdecydowanie inny typ spędzania czasu ‘w górach’, niż ten, do którego jestem przyzwyczajony, ale nie powiem, żeby mi się nie podobało. Dwa dni słusznego chilloutu na łonie natury naraziły nas na żarty ze strony reszty załogi, którzy przez kolejny tydzień, nie mówili o niczym innym niż o filmie Tajemnica Brokeback Mountain (hiszp. Secreto en las Montanas).. :)

okolice Porterillos

sekret brokeback mountain :]

zabawy z mocą, taka sztuczka :))

W każdej grupie czasem pojawiają się nieporozumienia, jedni bardziej lubią tych, inni tamtych, ale można chyba powiedzieć, że po raz pierwszy widzę tak zażyłe, niemalże rodzinne, związki w staffie hostelowym. Nie tylko wśród recepcjonistów, ale także z zarządem czy sprzątaczkami. Wołają na mnie tutaj Kuba Libre, albo zdrobniale Kubita :] Gdy nie ma nic do roboty przesiadujemy na patio sącząc mate, plotkując, śmiejąc się i planując kolejne dni. Rano zwykle panuje duży ruch, na recepcji pracuje wtedy płeć piękna. I to dosłownie. Niezwykle pogodna dziewczyna imieniem Juanita oraz neopogańska czarownica religii wicca, Belu. To kolejny podmiot żartów, wiemy np. że nie znosi, gdy w pomieszczeniu otwiera się parasol. Ku ogólnej radości wszystkich, wybiega ona wtedy z recepcji z krzykiem na ustach. Czasem sypiemy sól na podłogę „w ramach ochrony przed czarną magią”. :) Wszystko oczywiście w żartach, nikt się nie obraża. Przez moment miałem wrażenie, że rzuciła ona na mnie jakiś urok, ale stosunkowo szybko się z tego otrząsnąłem, oczywiście nie bez pomocy :) Wieczorami jest ciekawiej. Po pierwsze dlatego, że po śniadaniu około 1000 ucinam sobie drzemkę by odespać kilka godzin z poprzedniej nocy (patrz punkt drugi) i dopiero się dobudzam około 1400. A po drugie, wieczorami pracują faceci i najlepsze śmiechy są właśnie wtedy, gdy hall opustoszeje, a my zaczynamy sobie robić jaja. Gdy zmęczymy się, siadamy na pufach, oglądamy jakiś film z piwkiem, albo wcinamy tosty ze śniadaniowej puli, ew. raz na jakiś czas, gdy mamy ochotę na fernet lub tequile, dopijamy jakieś resztki z butelek po trago loco (oczywiście po skończonej zmianie! :)). Z Gustavo, hostelową złotą rączką, albo z Claudią, sprzątaczką, chodzimy kilka razy w tygodniu na zakupy. Pomagam im przynosić różne ciężary w rodzaju kiełbasek i drewna na asado, lodu do drinków, artykułów śniadaniowych itd.

staff w większości :)

Nasz hostel należy bez wątpienia do grupy ‘gringo gett’, o których pisałem ostatnio w felietonie dla Peronu 4-tego. Oznacza to, że dzieje się coś praktycznie każdego dnia. Regularnych imprez do rana jako tako nie ma, staramy się utrzymywać ciszę po 2400 ale nie zawsze jest to możliwe. Czasem spotykamy się z narzekaniami na głośną muzykę i ogólnym niezadowoleniem pasażerów, ale to jest hostel, a nie hotel, nie mamy ciszy nocnej ani nie zamykamy drzwi na noc. Najgłośniejsza fiesta ostatnio odbyła się w połowie września z okazji urodzin Lucasa. Tematem przewodnim byli „celebryci i znane postacie”. Na dużym tarasie na dachu hostelu zjawili się licznie przebrani znajomi jubilata. Była i Menryl Monroe, Bat-Girl i Lara Croft, były zombie z klipu MJ, postacie z kreskówek plus cała rzesza piosenkarzy i artystów, mniej lub bardziej znanych. W sumie ok. 80 osób! Dobrze bawiła się także większość pasażerów, przynajmniej w porównaniu do tych, którzy próbowali spać.. Było wszystko – open bar, niebieski dywan (czerwonego nie ogarnęliśmy), dj, karaoke a główną atrakcją wieczoru był mechaniczny byk, na którym można było spróbować swych umiejętności rodeo :) Lucas przebrał się… za Madonnę i rzeczywiście, był prawie nie do poznania :) Zabawa trwała do 4 czy 5 nad ranem, a potem wraz z kilkoma osobami udaliśmy się do mcdonaldsa, żeby posilić się przed snem. Wyobraźcie sobie zgraję przebierańców wchodzących o 6 do nad ranem do restauracji pełnej nocnych imprezowiczów.. :)

blues brothers :]

rodeo!

Tydzień później Lucas miał występ w klubie. Może nie jestem na czasie, ale to było moje pierwsze zetknięcie z czymś takim jak Drag Queen oraz z lokalem dla gejów. Gwoli ścisłości, Drag Queen to forma transwestytyzmu, w którym mężczyźni (najczęściej homoseksualni) przebierają się za kobiety. Wiąże się to z przerysowanymi choreografiami tanecznymi i występami na scenie. Do klubu wszedłem niepewnie. Na początku raczej starałem się trzymać blisko dziewczyn, z którymi przybyłem. Oraz blisko ścian. Niekoniecznie w tej kolejności. W środku było mniej więcej tak – zaczepne spojrzenia, niejasne dotknięcia podczas przeciskania się przez tłum, całujący się faceci na każdym kroku i raczej niewiele widocznych dziewczyn, a jeśli już to większość również manifestowała swoją odmienną orientację lub też dziewczynami były (?) tylko „na pierwszy rzut oka”.. (suprajz!) Nie raziło mnie to praktycznie wcale, ale wolałem jasno zadeklarować swoim zachowaniem, że ‘nie ze mną te numery, Bruno’. Momentem przełomowym okazała się wycieczka do kibla męskiego, chronionego przez barczystego wykidajłę. W kolejce do pisuaru zamieniłem kilka słów z chłopakami, przełamując, jak to się mówi, pierwsze płoty z kotami (chciałem napisać o przełamywaniu lodów, ale obawiam się, że mógłbym zostać źle zrozumiany :) ). Uważam się za człowieka mocno tolerancyjnego i z niezłą umiejętnością adaptacji, także po powrocie do znajomych zdecydowałem się bawić jak zwykle. Na scenie, przy której zajęliśmy strategiczne pozycje, co jakiś czas odbywały się pokazy. Na pierwszy ogień poszli dwaj napakowani kolesie, niby to wojskowi, którzy podczas lichego pod kątem artystycznym występu zdjęli z siebie mundury, ku ogólnemu zadowoleniu gości w klubie. Potem występował obleśny, łysy facet odgrywający rolę, o ile się nie mylę, Lady Gaga. Lucas pod artystycznym pseudonimem Dallas Cox, przebrany (m.in.) za księżniczkę Persji i jego grupa złożona z kilku dziewczyn i jednego chłopaka, zatańczyli trzy razy. Były to chyba najlepsze występy, bo choreografię układał sam Lucas, który na tańcu się zna. Rreprezentował m.in. Argentynę w międzynarodowym projekcie tanecznym Fire of Anatolia. Po drugim fernecie czułem się już na tyle świetnie, że nawet dałem się namówić na występ na scenie (spokojnie, z koleżanką dla pewności), w przerwie między pokazami :)

Doceniono także moje, zdolności, jeśli można to tak nazwać, fotograficzne. Na urodzinach Lucasa, mimo że bez zewnętrznej lampy błyskowej, udało mi się ustrzelić kilka niezłych zdjęć, które momentalnie stały się „hitem wśród załogi”. Potem organizowaliśmy dla pasażerów wycieczkę po kilku barach i klubach na ‘nocnej’ ulicy Mendozy. Za minimalne pieniądze, które szły na konto hostelu, goście w każdym barze dostawali pizzę, drink powitalny albo zwolnieni byli z opłat wejściowych i stania w kolejce do dyskoteki. Ja pracowałem na recepcji tego dnia, ale o 2200 zadzwoniła Eugenia, menadżer hostelu i poprosiła mnie o zrobienie materiału zdjęciowego z tego wydarzenia, który potem chciałaby zamieścić na stronie i profilu hostelu na fejsie (cóż, potwierdza się po raz kolejny, że fejsbuk to potężne narzędzie marketingowe). Próbowałem tłumaczyć, że w klubach to bez flesza nie będzie ładnych zdjęć i że nie bardzo mi się chce, ale mieściło się to w godzinach mojej pracy i nie miałem wyjścia.

pub crawl!!!

Wziąłem aparat i poszedłem na miejsce. Zabawa rozkręciła się na dobre gdzieś w okolicy trzeciego pubu, w którym uraczono nas kolejką tequili. Następnego dnia zdjęcia wylądowały rzeczywiście w internecie, a Eugenia, zadowolona, że wszystko się udało, zaproponowała mi regularną pracę w hostelu od przyszłego miesiąca. Miałbym robić to, co robię, czyli po trochu wszystkiego. A gdybym został do kwietnia, to mógłbym skoczyć za free trzy razy ze spadochronem na wycieczce skydivingowej! :] Kuszące… :]

let's get this party started! :)

klub 'por aca' - tutaj :)

Ostatnio zaś, Lucas poprosił mnie o zrealizowanie sesji fotograficznej w parku. Jako narcyz potrzebuje on dużej ilości swoich fotek, co odzwierciedla się m.in. tym, że zmienia zdjęcie profilowe na fejsie średnio 2-3 razy dziennie (dużo w tym odcinku o facebook’u, ale naprawdę, straszny mamy tutaj zapi*rdol na nim…). Razem z trzema koleżankami Lucasa ruszyliśmy w plener. Muszę przyznać, że poszło nieźle. Co więcej, było to takie połączenie pikniku, odpoczynku na otwartym powietrzu i sesji fotograficznej, więc niewykluczone, że powtórzymy to jeszcze. Dla mnie to było pierwsze tego typu
doświadczenie, ale praca nad własnym warsztatem technicznym zawsze sprawiała mi radość. Strzeliłem z 600 ujęć w 2h, finalnie wyszło 200 :) Poza tym sprawiłem dużą frajdę zdjęciami Lucasowi i za wszelką pomoc, jaką mi udzielił w pierwszych momentach na recepcji, jestem niejako mu to winien.

sesja w parku

tango! :]

narcyz na skraju sadzawki :)

Mendoza to urokliwe miejsce, z małymi skwerkami, niską zabudową i mnóstwem zieleni. Nie czuje się, że to całkiem sporych rozmiarów miasto. Najbardziej znane jest oczywiście z winnic i jako baza wypadowa w okolice najwyższej góry Ameryki Południowej, Aconcagui. Jednak dla mnie w tej chwili wszystko „poza” nie jest aż tak istotne. Nazwiedzałem się i teraz czas na taki moment miejskiego życia. Nie ukrywam, że gdzieś tam głęboko już się pojawił głosik-wędrowniczek, ale jest jeszcze słaby, coś bełkocze. Po prostu spędzam tutaj przyjemnie czas, a doświadczenia jakie zbieram – obojętnie czy jest to domówka z Argentyńczykami, wygrana w kręgle w lokalnym klubie, wysłuchiwanie narzekań jednych gości i pomaganie innym w miarę możliwości – są czymś, czego pewnie łatwo nie zapomnę. Nie mówię już o tym, że w sumie jakby się uprzeć to i do CV będzie co wpisać, bo wielu rzeczy nigdy wcześniej nie robiłem. To zawsze nowe doświadczenia już nie mówiąc o wymianie kulturowej, że wspomnę tylko o muzyce. Widzę, też postępy w języku hiszpańskim. Nie mówię oczywiście perfect, i jeszcze brakuje więcej niż sporo do tego, ale nauczyłem się naprawdę dużo przez ostatni miesiąc. Co więcej, przestaję z młodzieżą, słucham slangu, próbuje łapać gry słowne i to też mi sprawia przyjemność, bo chyba nie ma lepszej metody nauki języka obcego niż życie z ludźmi. Gdy sobie przypomnę moje początki hiszpańskiego w Meksyku i ogólnie Amerykę Centralną to czuję, że odwaliłem kawałek dobrej roboty w tym zakresie :)  I nawet nie przeszkadza mi te ich „vos” czy „źee” :) Z plotek towarzyskich, mogę też powiedzieć, chociaż pewnie już się po zdjęciach niektórych domyśliliście, że po roku… ściąłem włosy :)) Jakoś już mnie denerwowały. Prawda jest też taka, że kiedy ma się dostęp do prysznica codziennie, to już nie jest to samo, bo włosy układały się najlepiej trzeciego dnia niemycia ich :)) Taka tajemnica :)

chcesz stanąć obok swoich bohaterów?

 

Jaki więc jest plan gry? Nie nudzę się. Mendoza jest tak naprawdę pierwszym miejscem w mojej podróży, w którym mógłbym zostać. Może nie na zawsze, ale… na dłużej. Po czysto teoretycznym Meksyku, który bardzo mi się podobał i zwariowanym La Paz, w których to miejscach myślałem to samo, widzę pewną różnicę w tym przypadku. Po pierwsze miałbym pracę i może nie są to jakieś miliony, to na początek całkiem, całkiem.. A po drugie – mam tu już znajomych, towarzystwo, które lubię. Nie jestem sam. Trochę mnie przeraża urządzanie sobie życia, zwłaszcza, że na dłuższą metę w hostelu chyba nie chciałbym żyć. Brakuje mi sportu, ale to przecież też dałoby się załatwić. Obawiam się natomiast tego, że mój dobytek ‘podróżniczy’ nie zmieściłby się do jednego plecaka. Jak na razie zaszalałem i kupiłem sobie jednego t-shirta tutaj, bo chodzenie w dwóch na zmianę w pracy jest mimo wszystko nużące, przede wszystkim dla otoczenia. Chodzę więc teraz w trzech.. :] Nawet od jakiejś grupy z Chile cała recepcja dostała kosmetyki, więc po raz pierwszy od roku używam perfum! A co myśleliście, że taszczę Hugo Bossa w górnej klapie? :) Na chwilę obecną rozkład jest taki, że zostaje do pierwszych dni listopada i ruszam dalej. Gdzie? Nie wiem jeszcze. Nie wiem gdzie jest s/v Luka i kiedy dotrą do Ushuaia, dawno nie miałem od nich wieści. Nie wiem jak idą przygotowania do zwariowanego pomysłu dwóch parek motocyklistów „z La Paz”. Nie wiem co z ew. road tripem po Patagonii z innymi Polakami, może Szymon się wyrwie na listopad gdzieś..? Teoretycznie chciałbym pojechać do Buenos Aires, zahaczyć o Iguazu po drodze i spokojnie wrócić na południe do Patagonii, gdzie czeka na mnie kilka zaległości, że tak się wyrażę. Idealnie by było, gdyby Luka była już gdzieś w okolicy, ale to oczywiste, że oni też „podróżują”. A jak już wielokrotnie wszyscy pisali, mówili, cytowali etc. w podróży plany się zmieniają. I dodam, że gotowość na te zmiany chyba tak naprawdę decyduje o tym, jaka ta podróż będzie :)

PS. Wybaczcie, że tyle nie pisałem, to chyba z miesiąc już. Także przepraszam za tyle zdjęć w jednym poście z tekstem, sam nie lubię przewijać stron na blogach z tysiącem zdjęć, ale jakoś tak nazbierało się mnóstwo tych fot i nie mogłem się zdecydować które wstawić..  :) I tak połowy nie wrzuciłem, może innym razem..
PS2. Mamo, wrócę.. :)

PS3. Często na recepcji puszczamy stare, dobre kawałki. Wszyscy znają dobrze zespół The Eagles i ich największy przebój Hotel California… Widzę pewne podobieństwa… “You can check out anytime you like, but you can never leave” :))

 


3 comments to Hostel California – wiosna w Mendozie

  • Ola Pe. says:

    Wracaj już do Polski….

  • Filip says:

    Zaiste, zajebista opowiesc o otwieraczu do konserw i chodzeniu blisko sciany w klubie Drag:) Co do otwieracza wiem ze najtrudniejsze jest to ze nie mozna sie oda razu podzielic tym z innymi:) Wtedy smiech wewnetrzny zastepuje silke:) Do Mendozy nie dojechalem, bo mialem dosyc Argentyny, ale z opowiesci brzmi swietnie. Powodzenia tam w Mendozie. Cykaj fotki, zbieraj anegdotki.

  • AFJ says:

    Kuba dziś 19.10 mija dokładnie rok Twojego podróżowania. Byłeś nie tylko bardzo Dzielny, ale Wspaniały.
    Tak trzymaj,życzymy szczęśliwego dalszego “pielgrzymowania”.I pamiętaj, że “Domus propria, domus optima”
    Do zobaczenia, mamy nadzieję wkrótce.:)

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.