Cordillera Huayhuash

Posted on 17 May 2010

Ciemno i zimno. Jest tuż przed 0500, na ulicach Huaraz nie ma nikogo. Wrzucam plecak do luku bagażowego i siadam na swoim miejscu w autokarze. Za chwile światła gasną, pojazd rusza, a ja zasypiam. Przebudzam się co jakiś czas, gdy wsiadają nowi pasażerowie – kobiety opatulone w kolorowe poncza, mężczyźni w kapeluszach, pasterze z kijami.. Po 3h autobus kończy bieg w małym Chiquian i wszyscy wysiadają. Tu kończy się asfalt. Dalej, do Llamac jedzie tylko kilka osób. „Zajmuję plecakiem” miejsce w malutkim minibusie i patrzę jak na podłogę ładowane są kartony z towarami. Ryż, jabłka, mąka… Pytam się czy zdążę skoczyć do sklepu przed odjazdem i po otrzymaniu potwierdzenia idę do jedynego w okolicy wielobranżowego, gdzie szczęśliwie znajduję małą bateryjkę do zegarka, który mi siadł poprzedniego dnia. Gdy pięć minut później wracam krew staje mi w żyłach. Minibusa nie ma. A wraz z nim mojego plecaka…

Na szczęście wkrótce wszystko się wyjaśnia. Pani z biura firmy przewozowej powiedziała mi, że busik pojechał zatankować czy coś takiego i za pół godziny będzie z powrotem. I rzeczywiście, kilka minut po 0830 już pędzę po wąskiej, kamienistej górskiej drodze wlepiony w szybę. Na horyzoncie, w pełnym blasku porannego słońca, widać majestatyczne, ośnieżone szczyty Cordillery Huayhuash. Ja pier%#$^ę, coś niesamowitego!!! Minibus jedzie z taką szybkością, że mam wrażenie, że zaraz wypadniemy z drogi i stoczymy się kilkaset metrów w dół doliny. Droga jest pusta bo nic tu nie jeździ i tak, ale zakręty po 180 stopni kierowca bierze tak, jakby jechał samochodem terenowym marki Łada Niva, a nie długim vanem – skały niemalże ocierają się o moje okno. Natomiast w środku, obok mnie sam folklor – kilka kolorowo ubranych kobiet i mężczyzn w skórzanych kurtkach, którzy dosiedli się po drodze, jakby pośrodku niczego, gawędzi głośno w języku, z którego nic nie rozumiem. Quechua. Po dwóch godzinach zatrzymujemy się przed szlabanem. Hay turistas? Muszę zapłacić 15 soli za wjazd, to opłata za bezpieczeństwo i utrzymywane przez ludzi z Llamac obozowisko w górach. Wyciągam z portfelika odliczoną kwotę i po chwilę wysiadam. Mała wieś jest ulokowana jest dnie wąskiej doliny, wciśnięta pomiędzy stromymi stokami ponad czterotysięcznych, trawiastych grzbietów górskich.. Wąskimi uliczkami, pośród domów z burej cegły, docieram pod jedyny sklepik, gdzie spotykam trzech Szkotów, wraz z ich przewodnikiem, arreiro (opiekunem zwierząt jucznych) i kucharzem, siedzących na skrzynkach z gratami Właśnie skończyli krótką, 4-dniową, pętlę po okolicy i czekają na transport do cywilizacji. Chwile rozmawiamy. Sam? W Huayhuash? Ale masz kompas? A co będziesz jadł? Wszystko masz w tym jednym plecaku? Chyba zrobiłem na nich wrażenie.. :]

img_4511

Nie wiem. Na pewno natomiast zrobiła się godzina 1100. Kupiłem 8 lichych batoników w sklepie, po jednym na każdy dzień trekkingu (to w ramach oszczędności wagowych), pożegnałem się z chłopakami i ruszyłem stromo pod górę wydeptanymi przez zwierzęta ścieżkami. Ścieżek było tyle, że już wkrótce zgubiłem tą główną i po prostu szedłem do góry, nie sprawdzając nawet jak ten szlak wygląda na mapie. Przede mną było 1000 metrów przewyższenia i 4 czy 5 kilometrów drogi. Przynajmniej na pierwszą przełęcz, bo potem jeszcze ponad 8 klocków zejścia do obozowiska. Było mi naprawdę wszystko jedno jak tam dojdę. Niezły początek. Szybko się przekonałem, że liczenie tzw. GOTów i szacowanie mojego średniego tempa marszu w górach wysokich takich te, nie do końca się sprawdza. Po kilku dniach w Huaraz (3000 m npm) byłem nieźle zaklimatyzowany, ale i tak szedłem wolniej niż myślałem, że będę szedł. Po trzech godzinach spotkałem pasterza i wreszcie zobaczyłem „moją” przełęcz. Jak się okazało szlak szedł zupełnie gdzie indziej niż byłem, nieco poniżej i w dodatku po drugiej stronie dość głębokiego jaru, którego nie miałem najmniejszego zamiaru nawet „kosić”. To nie Beskidy. Pasterz poradził mi wytrawersować powyżej jar idąc po stokach skalistych szczytów, co też uczyniłem z właściwą sobie modyfikacją. Pół godziny później pomyślałem po raz pierwszy w czasie tego trekkingu – „ależ się wpierd…łem”. Chcąc jak najbardziej zaoszczędzić na wysokości, którą z niemałym trudem zdobyłem, niemalże wlazłem pod same szczyty skalne. Bardziej wspinając się niż idąc, trawersowałem, używając rąk, strome skały opadające spod wierzchołków. A Mama mówiła, żebym „nie szarżował” :] W końcu dotarłem na piargi i po bardziej sypkim terenie przedostałem się na drugą stronę jaru, gdzie już było nawet płasko. Słońce grzało i szło się nawet przyjemnie teraz. Zbliżałem się do najwyższego punktu na drodze tego dnia. Kilkaset metrów od przełęczy spotkałem starą, zasuszoną pasterkę z trzema psami, z którą miło pogawędziłem przez jakiś dłuższy czas. Jej psy chyba mnie polubiły, bo szły ze mną prawie aż na przełęcz z tabliczką Pampa Llamac (4300 m npm). Była godzina 1600, miałem piękny widok z góry na ośnieżone szczyty w oddali, batonik smakował jak nigdy, ale odległościowo to nie byłem nawet w połowie drogi! Czas było przyspieszyć i to zdecydowanie. Szlak był wyraźny i umożliwiał osiąganie znacznych prędkości przy zejściu. Zrobiłem parę zdjęć czerwonym od słońca, śnieżnym ścianom Jirishanci (6094 m) i Yerupaji Chico (6089 m) i z czołówką ruszyłem przez pastwiska i zbudowane z kamieni zagrody, omijając krowie kupy na szlaku. Ok. 2000 coś mi zaczęło nie pasować. Usiadłem na plecaku, wyjąłem mapę, popatrzyłem, pomyślałem, zgasiłem czołówkę, rozejrzałem się dookoła.. znów popatrzyłem w mapę. Właściwie powinienem być już na miejscu. Gdzie to obozowisko? Tzn. obozowisko jak obozowisko, domyślałem się, że to zapewnie kawałek równego miejsca na rozbicie namiotu, ew. jakaś tabliczka, ale tutaj miało być wielkie jak słoń jezioro. Siedzę na morenie, a jeziora nie widzę. Czyżbym coś pomylił? Zarzuciłem plecak na grzbiet i… 20 metrów dalej prawie potknąłem się o czyjś namiot. Jezioro było kilkanaście metrów ode mnie, schowane za jakimiś trzcinami..

Przywitał mnie herbatą (bardzo miło) przewodnik grupy, składającej się z jednej pary turystów… oraz sześciu osłów, dużego namiotu kuchennego i trzech sypialnych, kucharza oraz arriero. Już kończyli trekking. Po krótkiej pogawędce rozbiłem swój namiot, zrobiłem sobie jakieś jedzenie na wypożyczonej w Huaraz kuchence gazowej i poszedłem spać. Rano obudziło mnie ciepło. Ach, jak przyjemnie po mroźnej nocy obudzić się w ciepłym śpiworze i wręcz chcieć z niego wyjść, bo jest aż za gorąco. Namiot właśnie odtajał ze szronu, jaki osiadł na nim po całej nocy, a ja rozwalony na karimacie w słońcu gotowałem sobie na śniadanie owsiankę z miodem, gapiąc się na spektakularne ściany gór i lodowce nad taflą jeziora Jahuacocha (4050 m npm). Coś pięknego.

Drugi dzień obfitował w niezapomniane widoki, ale wciąż jeszcze „czułem” trochę wysokość. Z poziomu jeziora wystartowałem w górę, z początku dnem doliny, a później pnąc się po stromym zboczu na przełęcz Punta Rondoy (4750 m npm). Skłamałbym, gdybym powiedział, że na nią wbiegłem. Przyjemne grzejące słońce zachęcało raczej do leżenia w trawie i kontemplowania nieprawdopodobnych widoków, aniżeli łojenia pod górę. 6 kilometrów i 700 metrów deniwelacji trochę mnie wymęczyło ale to, co ujrzałem z góry sprawiło, że zapomniałem o przebytej drodze. Na wyciągnięcie ręki był piramidalny
szczyt Rondoy (5870 m) oraz część grani głównej Huayhuash. Jedynie odgłosy walących seraków i lawin kamienno-śnieżnych spadających z lodowca poniżej przypominały, że piękne bywa niebezpieczne. Tych odgłosów (a słychać je było przez całą noc tak samo i przez kolejne dni w innych miejscach Kordyliery) nie zapomnę już chyba nigdy. W Limie przeżyłem małe trzęsienie ziemi, ale odgłos jaki towarzyszył tym lawinom jest nieporównywalnie bardziej przerażający dla mnie.

img_4470_0

I znów podobny scenariusz co dnia poprzedniego. Na przełęczy batonik, słodkie lenistwo, robi się późno i trzeba się spieszyć. Wytrawersowałem na kolejne siodło i waląc sobie tylko znanymi skrótami w dół, zszedłem do doliny. Zdążyłem pokonać w świetle dziennym jeszcze szeroką łąkę, po której rozlał się strumień tak, że trzeba było nieźle się nakombinować by wyjść sucho po drugiej stronie i ostatnie kilometry przeszedłem już w ciemnościach. Miejsce obozowiska, nazywane Quartelhuain (4170 m) nie było już tak urokliwe, jak dnia poprzedniego. I pobudka również. Szaro, brzydko i w dodatku piźd*i gorzej niż w Kieleckim (z całym szacunkiem dla mieszkańców tego województwa). Przyszedł jeszcze facet i mnie naliczył 15 soli. Dostałem oficjalny kwitek, chwilę pogadaliśmy dlaczego sam, bez amigos i guia i po śniadaniu zacząłem podejście. Tym razem na przełęcz Carcanapunta (4690 m) było blisko, a mi się szło prawie jak w Tatrach. Wyglądało na to, że przestałem zupełnie odczuwać wysokość, na jakiej byłem. Dodatkową motywacją do szybkiego marszu była zbliżająca się doliną ściana deszczu, którą z niepokojem obserwowałem od jakiegoś czasu. Złapałem na szczęście tylko kilka kropel i „przeskoczyłem” na drugą stronę przełęczy, ale tam okazało się, że jest jeszcze gorzej. „Z rynny pod deszcz”, można by było powiedzieć… Schodząc z Carcanapunta natknąłem się na „polski akcent”. Otóż w niepozornym miejscu obok szlaku zauważyłem metalowy, prosty krzyż. Na tabliczce było napisane, że jest to pamiątka ku czci polskiego alpinisty, Radosława Kościńskiego, który zginął w Cordillera Huayhuash poszukując źródeł Amazonki. Przez resztę drogi lało i dopiero gdy doszedłem do Laguny Mitacocha (4230 m), gdzie rozbiłem obóz, przestało padać i nieco przejaśniło się. Chmury przysłaniały wierzchołki Mituraju (5750) i Jirishanci (6094), jednak ich wschodnie ściany wraz z lodowcami były dobrze widoczne i sprawiały niesamowite wrażenie.

img_4625k

 

Mogę sobie tylko wyobrazić jak wyglądałby tu wschód słońca gdyby nie było tych chmur. Niestety przysłoniły mi one widok o świcie i z planowanej sesji zdjęciowej wyszło niezupełnie to, czego oczekiwałem. Ale i tak ładnie. Grunt że wcześnie wstałem bo dnia czwartego zaplanowałem sobie, o ile pogoda pozwoli, pewną wariację i przejście tzw. high route (z fr. haute route – wysoką drogą) do następnego obozu. High Route użyte w tym miejscu może wręcz śmieszyć znawców tematyki górskiej. Zazwyczaj tym mianem określa się drogi po grani w górach, najczęściej dość trudne technicznie i zarezerwowane dla wspinaczy lub skitourowców. Oryginalnie była to nazwa drogi w Alpach pomiędzy Chamonix a Zermatt.. Tutaj jednak stosuje się to jako określenie wariantu szlaku, który zamiast na około, po dolinie, prowadzi do następnego punktu trekkingu przez wyższą przełęcz, w bliższej odległości od lodowców i z reguły oferuje atrakcyjniejsze widoki. Pewną niedogodnością wariantów w Huayhuash jest to, że o ile szlak główny, mimo że nie jest znakowany, to jest dobrze „wydeptany” i łatwo nim podążać, o tyle warianty praktycznie nie istnieją w terenie. Są to szlaki znane przewodnikom i miejscowym i nawet zwierzęta juczne nie są ich w stanie pokonać.. Długo wpatrywałem się w mapę analizując teren. Pogoda była taka, że w każdej chwili mogło się zepsuć coś, a w takich sytuacjach dobrze mieć jakiś obraz w głowie. Byłem sam i dodatkowo wybierając się na rzadko uczęszczaną drogę, w tak rzadko uczęszczanych górach (szczególnie w maju) brałem na siebie dodatkowe ryzyko. Zabrzmi to może patetycznie, ale musiałem dobrze kilka rzeczy rozplanować – przejść jakoś przez tą akurat daną przełęcz, albo zejść tym konkretnym żlebem bo ten drugi jest podcięty.. Mówię przykładowo. Warianty na mapie nie są zaznaczone, wiedziałem o nich z xero przewodnika LP „Treking w Centralnych Andach”, gdzie był zamieszczony opis HH, który znalazłem w jednej z kawawiarni w Huaraz.

W końcu się zdecydowałem, „przecież nie takie rzeczy…” itd. :) Śmiało ruszyłem na spotkanie przygody, ale po pół godzinie spotkałem jedynie ulewę. Z poziomu jeziora wszedłem po stoku na niewielką przełączkę, skąd starając się wybrać najlepsze możliwości wśród kamieni i krzewów, schodziłem powoli w zadymie na nieodległe dno dolinki. Odwrót nie wchodził w rachubę, bo nic się takiego nie działo jeszcze i dopiero kiedy zaczął walić śnieg, zacząłem o nim myśleć… Widoki jak w mordę strzelił, mleko. Na dole się uspokoiło i przestało padać. Mozolnie podążałem dalej w górę w kierunku szerokiego siodła mijając po drodze pasące się bydło. U stóp siodła musiałem wyjąć mapę oraz opis i upewnić się, że jestem tu, gdzie miałem być. Oto przede sobą miałem niezwykle ciekawą formę geologiczną stromego, przewróconego fałdu, najeżonego ostrymi łupkami. Praktycznie na czworakach, pomagając sobie rękami wdrapałem się na bezimienną przełęcz (4800 m npm), skąd rozpościerał się iście księżycowy krajobraz szerokiego pola pokrytego żwirem, z którego sterczały niewysokie skały. Po prawej stronie zaś miałem wynurzające się z mgły kontury Jirishanci Chico (5446 m) i ostre rysy Alcay (5300 m). Potem już było w dół, minąłem Lagunę Alcayococha i trawersując strome stoki nad doliną, na dnie której nieprzyjaźnie ujadały na mnie psy pasterskie, dotarłem do  progu nad Laguną Carhuacocha (4138 m). Tu spotkałem pasterza, który zaproponował mi zjedzenie świeżutkiej ryby z jeziora u niego w domu. Za jedyne 10 soli, w kamiennej chatce, malowniczo położonej nad klifem schodzącym do jeziora, zjadłem przepysznego pstrąga, przygotowanego przez jego żonę, Glorię. Tzn. równie dobrze mógłbym napisać, że pstrąg nie był wcale nadzwyczajny, bo tak naprawdę smakoszem ryb nie jestem, ani tego smaku jakoś specjalnie nie zapamiętałem, ale po takim deszczu i drodze zjadłem go z ochotą! :] Schodząc nad brzeg Laguny odsłaniał się imponujący widok masyw Yerupaji (6617 m), a zza chmur coraz śmielej przebijało się słońca. Wkrótce się wypogodziło. Do obozowiska zawędrowała prawie równocześnie ze mną duża grupa Żydów (w sumie z 15 osób). Ani cześć, ani pocałuj mnie gdzieś – ze dwie osoby może mi odpowiedziały na moje pozdrowienie. Dziwni jacyś tacy. Siedziałem sam i patrzyłem na przepiękne góry, a w około odpoczywały osły należące do grupy. Gdybym ja był z taką grupą w górach, to myślę, że na pewno podszedłbym, coś zagadał do takiego samotnie siedzącego obok gościa. Być może zaproponował herbatę albo zaprosił na wieczór do dużego, wspólnego namiotu grupowego ze stolikami itd. Nie to, że jakoś specjalnie mi zależało na tym, jednak w takich górach spotkania są jakby rzadkością. Na pewno nie oczekiwałem tego, że wieczorem, gdy medytowałem w namiocie, usłyszę rozbawi
one głosy i śmiechy dziewczyn tuż nad uchem, a zaraz potem odgłosy sikania. Uważam, że było to co najmniej nieeleganckie.. :]

img_4717

Zrywam się przed 0600 i w ciemnościach szukam czołówki. Jest. Gdzie ja ten aparat upchnąłem?! W pośpiechu ubieram się i wychodzę przed namiot. To, co widziałem przez najbliższe pół godziny mógłbym chyba zaliczyć do moich top 10 najpiękniejszych wschodów słońca, jakie miałem okazje obserwować w życiu.. A widziałem ich już dużo i w różnych miejscach. Przebiegam po kamieniach na drugą stronę strumienia i wdrapuje się na stromą morenę jeziora, skąd mam dogodny widok na całą arenę zdarzeń. Z początku nic. Nic specjalnego, ot widzę w szarości poranka góry. Sylwetki ładne, ale jeszcze to nie to.. I nagle gdzieś za mną pojawia się jasne światło. Ustawiam na kamieniu, na małym statywie aparat. Szerokokątny obiektyw z trudem obejmuje całą scenę. Ustawiam kilka parametrów, a potem wciskam spust migawki. Światełko samowyzwalacza mruga i w końcu słyszę klapnięcie lustra.. Raz, drugi, dwudziesty… W niezmąconej tafli jeziora Carhuacocha, niczym w zwierciadle, odbijają się delikatne, poranne chmury, ośnieżone szczyty i ‘rozpalone do czerwoności’ pierwszymi promieniami słońca skalne ściany Yerupaji. Robi się coraz jaśniej, już nie jest szaro. Jest chłodno, ale mam wrażenie, że od tego piękna, które mam przed sobą, robi mi się cieplej. Nie umiem tego uczucia opisać, zdjęcia pewnie też tego nie oddadzą, to trzeba było przeżyć… Feeria barw, od czerwonego, przez pomarańczowy po żółty i złoty, rozlewa się po okolicach, a wysoko iskrzy się biel śniegu i lodowców. „Natomiast niebo jest przy tym niebieskie…”

img_4777k

Z obozu wychodzę w kierunku przeciwnym, niż biegnie główny szlak. Przede mną jeden z ciekawszych i trudniejszych wariantów na trasie trekkingu. Pogoda jest stabilna i nie zanosi się na deszcz w najbliższym czasie. Chmury lekko przysłaniają najwyższe partie gór ale jest ciepło i przede wszystkim jest na co popatrzeć. Obchodzę jezioro od wschodniej strony, mijam kilka chat i zagród i po godzinie znajduje się w górskim królestwie pionowych ścian, lodowców i jezior glacjalnych. Mijam szmaragdową Lagune Siula i robię sobie krótki postój na zaczerpnięcie wody ze strumienia do butelki. Nawet na tak znacznych wysokościach muszę za każdym razem odkażać wodę za pomocą tabletek micropure. Cordillera Huayhuash jest piękna i dzika ale w życiu nie widziałem tak zasranych gór. Owcze i krowie kupy są dosłownie wszędzie i z powodu tej obfitości, już drugiego dnia, przestałem patrzeć pod nogi. Uważałem tylko by nie wdepnąć w jakąś „świeżynkę”.. Ma to bowiem kluczowe znaczenie, zwłaszcza w przypadku gdy na noc buty chowam do środka, do namiotu… Przypominam sobie, że w plecaku mam mały woreczek, który dostałem w prezencie od jednego z kierowców po drodze. W woreczku są liście koki – wielu kierowców ciężarówek w Peru używa ich by nie zasypiać za kółkiem. To dobry moment by wypróbować tą roślinę, uważaną przez Inków od stuleci za świętą. Używali jej niemal do wszystkich ceremonii religijnych, do kontaktowania się z duchami, okadzania dymem z tej rośliny ofiar czy nawet do chronienia domów przed nieszczęściem. Służyła też przez jakiś czas jako waluta. 70% światowych upraw koki znajduje się właśnie w Peru. Walczono o nią od zawsze. Kościół, Ameryka, narkotykowi baronowie…Nawet nazwa Coca-Cola nie jest przypadkowa! Oczywiście narkotyk dziś jest usuwany z tego napoju, ale firma importuje co roku ok. 8 ton liści! Faktem jest jednak, że ludność zamieszkująca Andy używa jej po dziś dzień. Żucie liści koki zwalcza głód, zwiększa wytrzymałość fizyczną, uśmierza ból i pozwala przetrzymywać niskie temperatury panujące w górach. Górnicy, pasterze, tragarze – wszyscy żują :] No to mam i ja! :]

Wyciągam z woreczka kilka liści wkładam do ust po czym delikatnie zaczynam je żuć. Smak jest lekko gorzkawy ale nie odrzuca. Wspinam się stromo na próg zawieszonej nad Laguną Siula doliny. Idzie sprawnie. Zastanawiam się po jakimś czasie czy to koka czy już jestem tak zaklimatyzowany. Pewnie jedno i drugie. Po dotarciu na próg podążam doliną w kierunku obsypanego rumoszem skalnym siodła. Tuż po 1300 staje na górze. Z bezimiennej przełęczy (4800 metrów ponownie) roztacza się obłędny widok na grań główną Cordillery Huayhuash.

img_4821

Trochę jestem zmęczony, 700 metrów różnicy to nie tak mało wcale. Zgodnie z tradycją odkładam z szacunkiem masę z przeżutych liści na ziemie i robie kilka zdjęć. Chwile odpoczywam i czas już schodzić. Czeka mnie teraz zadanie pokonania rozległej, malowniczej doliny, całkowicie obsranej i w dodatku podmokłej. Muszę zejść do głównego szlaku ale okazuje się, że jest bardziej mokro niż sądziłem. Wpadam ze dwa razy po kostke do brunatnej wody. Idę po stoku na doliną, ale jakimś sposobem woda zamiast spływać, zatrzymuje się tam w mchach i innych dziwnych roślinach. Tempo marszu drastycznie zmalało i po jakimś czasie mam dość – postanawiam się przedostać na drugą stronę doliny. Jestem jeszcze dość wysoko i obserwuje niepokojące ruchy chmur na niebie. W ciągu pół godziny ze słonecznego popołudnia przenoszę się w środek gradobicia. Niewielkie, twarde kulki walą ze wszystkich stron, ale i tak nie jest źle u mnie. Wyżej słyszę grzmoty. Dnem doliny płynie wolno rzeka, która rozlała się w jakiś zupełnie nieprawdopodobny sposób. To bardziej bagno. Skaczę z jednej kępy mchu na drugą, pomagając sobie czasem kijkami trekingowymi. Mam do przebycia jakieś 400 metrów i jeszcze w miarę sucho w butach, więc jest o co walczyć. Czuję się jak taka żaba, Frogger czy kto tam, z gry komputerowej, która skacze między samochodami na autostradzie, albo jak Mario Bros skaczący po klockach nad lawą. Komedia trwa przez piętnaście minut, po czym docieram na drugą stronę. Na szczęście nigdzie nie wpadłem, a grad wkrótce się skończył i znów zaczęło się wypogadzać. Na przeciwległym stoku doliny już jest lepiej i w miarę suchym terenem schodzę do szlaku głównego, co zajmuje mi kolejne 1,5h.. Potem jeszcze tylko dwa kilometry ostrego marszu do obozu i mogę nastawiać palnik i gotować wodę na spaghetti..

Szósty dzień to już łatwizna, głównym szlakiem na przełęcz nad doliną Huayhuash (4750 m) i w dół nad Laguna Viconga. W pełnym słońcu idzie się znakomicie, na niebie żadnej chmurki, szkoda, że jest tak dziś, a nie wczoraj… Na największym jeziorem Cord. Huayhuash zbudowana jest betonowa tama, a tuż obok można dostrzec starą bazę słynnej terrorystycznej organizacji komunistycznej Świetlisty Szlak (Sendero Luminoso), która w latach 80-tych ‘panowała’ w tych górach. Po schwytaniu w 1992 roku jej przywódcy organizacja utraciła swoją aktywność, a Huayhuash stał się trochę bardziej bezpiecznym miejscem. Schodzę jeszcze niżej w dolinę i rozbijam obóz przy źródłach termalnych. Jest tu już ekipa z Izraela. Wygląda na to, że ze swoimi przewodnikami też nie mają dobrego kontaktu. Gadam trochę z kucharzem i arreiro po czym decyduje się wejść do wod
y. Jeden z gości z grupy prosi mnie o pomoc i wyciągnięcie mojego palnika gazowego, żeby mógł rozpalić sziszę. Na tle skalistego szczytu, w dwóch basenach betonowych z wodą, już pluskają się wesoło Żydzi. Przez moment mam wrażenie, że teleportowałem się do jakiegoś resortu turystycznego w Egipcie czy Turcji – dziewczyny w kostiumach D&G, faceci w portkach od Calvin Kleina, wymyślne okulary przeciwsłoneczne i rozpalona szisza. Tak się teraz chodzi po górach, moi mili! Czułem się wręcz niewyjściowo w moich skromnych bokserkach. Po angielsku raczej z nich też nikt nie gada, albo nie chce. Pomogłem rozpalić sziszę, ale już nikt mi nie zaproponował „buszka”. Zupełnie nie wiem gdzie się podziała ta słynna, żydowska gościnność… :) Później dowiedziałem się, że w Ameryce Południowej co roku podróżuje kilkadziesiąt tysięcy Żydów. Chodzi o to, że po skończeniu liceum muszą oni odbyć obowiązkową trzyletnią służbę wojskową, po której zakończeniu, jeśli pójdą do pracy, są zwolnieni z podatków. W ten sposób zarabiają na kilkumiesięczną podróż i dlatego ich tu tak dużo.. Szczególnie w Huaraz. Ale może tak mi się wydaje, bo mieszkam w żydowskim hostelu.. :]

img_4968k

Przy źródłach termalnych musiałem podjąć decyzję. Do zamknięcia pętli brakowało mi 2-3 dni marszu. Na trasie do pokonania była najwyższa przełęcz trekkingu (5000 m) i jeden niezwykle ciekawy wariant przez grzbiet San Antanio z fantastycznymi widokami. Oprócz tego, musiałbym powtórzyć w całości pierwszy dzień, tyle że w drugą stronę, by wrócić do Llamac, co akurat w ogóle mnie nie kręciło. Plusem było to, że pogoda się stabilizowała… Po drugiej stronie szali jednak było coś, co sprawiło, że zdecydowałem się zejść. Tuż przed wyjazdem chłopaki, z którymi gram w siatkówkę zaproponowali mi udział w jakimś turnieju. Miał on się odbyć w najbliższą sobotę i gdybym poszedł dalej nie zdążyłbym na niego. No cóż, nie można mieć wszystkiego, co chciałem to zobaczyłem, w górach jeszcze będę nieraz, a w siatkówkę dawno nie grałem. Poza tym wizja następnego śniadania bez owsianki oraz obiadu bez makaronu i sosu z proszku zadziałała mobilizująco :) Zebrałem się rankiem z obozu i zszedłem kilkanaście kilometrów długą, trawiastą doliną z wieloma malowniczymi progami w okolice malutkiego Cajatombo. Po drodze spotkałem dzieci spieszące do szkoły, będącej zwykłym, prostokątnym budynkiem pośrodku górskiej łąki. Uczy się tam 36 dzieci, każde z nich musi pokonać kilka kilometrów z domu, po górskich ścieżkach w jedną i drugą stronę, by dotrzeć ‘do wiedzy’. Trzy godziny marszu od term buduje się droga. Na mapie jej nie ma, ale jest już kilka-kilkanaście kilometrów wybojów od Cajatombo. Wdałem się w rozmowę z jednym z pracowników siedzącym w samochodzie. W pewnym momencie temat zszedł na budującą się drogę. Dowiedziałem się, że będzie ona dla turystów takich jak ja, by łatwiej mogli dotrzeć do gorących źródeł. Trochę mnie to zirytowało, powiedziałem, że dla turystów takich jak ja, to ciekawiej jest właśnie jak nie ma dróg. Drogi potrzebują ludzie tu żyjący, bo jeśli któremuś coś się stanie w domu, to do szpitala ma 5 godzin marszu, a dzieci muszą po górach chodzić dwie godziny by dotrzeć do szkoły, nie mówiąc już o tym, że w mieście połowa z nich pewnie nigdy nie była. Ta szczera odpowiedź go trochę zaskoczyła i gdy 15 minut później przyszli jego kumple z budowy, zaoferował mi podwózkę na pace swojego pickupa do Cajatombo kilka kilometrów dalej.

Te kilka kilometrów jechałem przez dobrą godzinę z hakiem, podskakując na zapasowej oponie. Chyba od jakiejś koparki. Kilkanaście centymetrów za moimi plecami ustawiony na sztorc był szpadel, którego za chińskiego boga nie mogłem przesunąć. Po pierwsze dlatego, że jakoś się zaklinował między dwoma sporymi kanistrami z benzyną, która wylewała mi się na spodnie przez nieszczelne, owinięte folią korki, a po drugie z powodu braku dużych możliwości ruchowych. Droga była tak wyboista, że autentycznie bałem się, że jak się puszcze, to wylecę z paki. No i tak jechałem, łzawiąc i dusząc się w tumanach pyłu i kurzu, jaki unosił się spod kół samochodu, próbując nogami utrzymywać w pionie jakąś puszkę z cieknącą farbą koloru tętniczej krwi i myśląc intensywnie o nagrodzie Darwina, jaką miałem szansę wygrać. Nie wiedziałem tylko czy najpierw wypadnę z samochodu na którymś ostrym zakręcie, nadzieje się tyłkiem na szpadel czy jakaś iskra skoczy i zapali moje spodnie, a potem kanistry z benzyną i wylecę w kosmos zanim zdążę pomyśleć cokolwiek. Bez wątpienia był to najgroźniejszy moment całej mojej górskiej wycieczki w rzekomo niebezpiecznej Cordillera Huayhuash… :) A tak w ogóle droga do Cajatombo jest niezwykle malownicza. I wąska. Raz mijaliśmy jedną ciężarówkę z materiałami na budowę. Jako mniejszy samochód musieliśmy zjechać nieco na bok, prawie spadając kilkaset metrów w dół doliny. Natomiast serpentyny na zboczu opadającym do miasteczka (1000 metrów deniwelacji!) tworzą tak niesamowity wzór, że mogłyby spokojnie konkurować ze wzorami rysunków z Nazca.

Cajatombo to dziura, jest tutaj jeden, jedyny autobus, który łączy to miejsce z cywilizacją. Uliczki są wąskie, widok konia na środku ulicy nikogo nie dziwi, a sklepy otwierają się i zamykają jak chcą. Chłopaki podwieźli mnie pod jakieś hospedaje, gdzie umyłem się w zimnej wodzie i mogłem wreszcie zjeść coś w miarę normalnego. Kupiłem bilet na autobus o 0600 rano następnego dnia i wieczorem wyszedłem zobaczyć co się dzieje „na mieście”. Akurat trwały uroczystości z okazji którejś tam rocznicy powstania lokalnej szkoły. Przemowy, szarpanie na bębnach, nic ciekawego. Spotkałem się za to ponownie z chłopakami z budowy i długo gadaliśmy o wszystkim i o niczym. To był miły wieczór. Rano w zatłoczonym busie (folklor pełną gębą, Indianie, pasterze, na dachu skrzynki i kartony, w lukach też nie ma miejsc na bagaże, bo autobus służy jako ciężarówka z towarami do Limy) mimo biletu i przydzielonej miejscówki nie mogłem usiąść, bo jakaś starsza kobieta zajęła mi miejsce i udawała, że mnie nie słyszy. Na szczęście po godzinie ktoś wysiadł i mogłem usiąść. 6h po górskich, nieutwardzonych drogach i znów jestem na Panamericanie, w Pativilce. Po raz trzeci. To musi być jakiś znak, dlatego pokrótce przedstawię historię tego miejsca.. Otóż Pativilca, leżącą w połowie drogi między Trujillo a Limą powstała w roku… Dobra, żartowałem :] Z Pativilci muszę dotrzeć jakoś do Huaraz, a to kolejne 4h drogi. Autobusy się tutaj zatrzymują, ale następny ma być za kilka godzin dopiero. Wytargowałem niewiele droższą od autobusu cenę z kierowcą collectivo combi i wyprzedzając jeszcze poprzedni bus dojechałem do Huaraz po 1600. Kierowca myślał chyba, że mnie zaskoczy tym, że za niższą cenę będę jechać w bagażniku, ale wyświadczył mi tym ogromną przysługę. Rozwalony na bagażach, przeleżałem całą drogę, a kierowca jeszcze musiał płacić łapówki dwa razy policjantom, którym nie podobało się moje miejsce podróżowania. Nawiasem mówiąc policja drogowa w Peru nie robi właściwie nic innego oprócz zbierania łapówek. Kwoty są niewielkie -10 soli, 20 soli, ale zawsze coś im nie pasuje. Raz jechałem z gościem, do którego się przyczepili, że ma przyciemniane szyby. Nie pomogły tłumaczenia, że to fabrycznie nowy samochód, żadnych tunningów, nigdy szyb nie wymieniał, wszystko przez nie widać, widzi pan tu jakieś przyciemnienia? itd. Niestety, zapłacił. Wyglądało to trochę jak rozmowa
rodem ze skeczu Monty Pytona…

Jedyna niedogodnością podróży było tutejsze disco latino. O ile same disco latino jest czasem fajne, bo teksty są proste i można pouczyć się nowych zwrotów po hiszpańsku, o tyle w nadmiarze męczy. Istnieje też pewna irytująca forma tej muzyki, mianowicie podgatunek muzyki andyjskiej. Właściwie to bym nazwał ją disco andino, bo sama muzyka andyjska, ta tradycyjna, bardzo mi się podoba i z przyjemnością jej słucham w knajpach i na ulicy. W ‘moim ulubionym’ disco andino zazwyczaj wygląda to tak, że jest jakiś jeden męski głos, który zapowiada największą gwiazdę tutejszej muzyki (nie wiem czy wszystkie są największe czy to jedna i ta sama) po czym przy piskliwych dźwiękach drze się jakaś dziewczyna. W przerwach facet pozdrawia chyba wszystkie prowincje i miasteczka w Peru. Całość ma taką skale tonów, że samochodowe głośniki najczęściej nie są z nimi w stanie dać rady. Wychodzi jakaś kakofonia. Na domiar złego wszystkie piosenki brzmią tak samo, już nie mówiąc, że teksty są monotematyczne. Można przesłuchać dwie, trzy piosenki by powiedzieć, że się zna całą dyskografię.. Po prostu kosmos. Jak znajdę na youtube to wrzucę Wam do posłuchania, tymczasem zapraszam do odpowiedniego działu na blogu do odsłuchania ‘klasycznej muzyki andyjskiej’, takiej która mi się podoba. Fajne są też covery znanych utworów rockowych w wersji ‘andyjskiej’, ale to innym razem..

img_5013

Generalnie po powrocie do Huaraz okazało się, że turniej siatkarski nie wiadomo kiedy się odbędzie, ale na pewno nie w najbliższą sobotę. Manana… No szkoda. Byłem też na jednym treningu drużyny, ale raczej nie będę tutaj zostawał z tego powodu ;] Grają zupełnie inaczej niż u nas. Z technicznych szczegółów mogę powiedzieć, że gra z atakiem tylko ze środku, z jednym blokiem, jakimiś koślawymi ustawieniami i w dodatku na asfalcie, to nie jest to, co mnie kręci :] Dnie spędzam spokojnie w mojej ulubionej kafejce z wifi. Już obsługa mnie zna na tyle, że jak mnie widzi rano to pyta się czy „to co zwykle”? Po czym na moim stoliku obok netbooka ląduje przepyszna gorąca czekolada. Popołudniami gram natomiast w siatkę na boisku, na takich luźnych spotkaniach, gdzie zbierają się wszyscy gracze, z różnych drużyn. Grają nawet starsze kobiety! :] Tutaj poziom jest lepszy, trybuny zapełnione, ale nadal gra jest jakaś dziwna :) Przyznam się szczerze, że miałem też pomysł wybrania się na jeden z bardziej ambitnych szczytów. Tzn. ambitnych nie w sensie wspinaczkowym, ale takich, na które mógłbym wejść sam, bez liny i wyspecjalizowanego wysokogórskiego sprzętu. Chciałem wypożyczyć raki i czekan i tak jak w poprzednich krajach wejść na szczyt powyżej 5000 metrów. Moim celem miała być stosunkowo prosta Ishinca (5500 m npm) ale w końcu, po rozważeniu wielu za i przeciw, zdecydowałem się, że nic na siłę. Do Huaraz na pewno wrócę, za trzy, cztery lata może? Już nie sam i z zamiarem wspinu (pwmp, co wy na to? :p). Najpiękniejsze, wysokie andyjskie szczyty oraz fantastyczne tereny do wspinaczki skałkowej czy [prawie]wielkościanowej i wszystko to zgromadzone praktycznie w jednym miejscu.. Marzenie. Teraz czas ruszać powoli dalej, wiza się kończy, a jeszcze jest trochę rzeczy do zobaczenia w Peru…

Gratuluje tym, którzy tu dotarli, dopiero teraz zobaczyłem, jak dużo napisałem :] Poniżej reszta zdjęć z Cordillery Huayhuash, do usłyszenia!


11 comments to Cordillera Huayhuash

  • Stopa says:

    Piękne zdjęcia i ciekawy opis! Jednak najważniejsze jest to co widziały twoje oczy i co zapamiętałeś.
    Niektóre fotki robią niesamowite wrażenie:)

    Tak dalej. Powodzenia!

  • fred says:

    heh, dzięki :] W ogóle widząc tą grupę w tych górach wpadłem na świetny, w moim mniemaniu pomysł. Na następny Rajd SKPB prowadzę trasę Beskid Niski albo Bieszczady Base Camp Expedition – załatwię gdzieś osły/konie, które będą mi i moim uczestnikom wszystko niosły, będzie duży namiot socjalny, szisza, drinki z palemką, jakiś znajomy kucharz będzie mi gotował posiłki. Na wyposażeniu każdego będą okulary przeciwsłoneczne, gogle przeciwśnieżne, czekan oraz raki. Taka diretissima Cergowej np. to nie w kij dmuchał :] Może być śmiesznie chodzić z lotną po beskidach :] Filmik obowiązkowo powstanie :] Już nawet mam pewne pomysły, kto by na taką trasę chciał pojechać, nie Acher? Kamil? :]

  • rodzyn says:

    mistrzostwo świata.

  • Ola says:

    Fred mistrzostwo świata….. :)

  • siwy says:

    świetne zdjęcia Fred!! które ściągnąłeś z neta?? :D pozdr!!

  • Kamil says:

    Intuicja Cię nie zawodzi!
    rezerwuję już termin!;)
    oczywiscie o kremach do opalania wraz z odpowiednimi, przeszkolonymi osobami do jego wcierania, nie wspomniałeś, bo to w tego rodzaju wyprawach oczywistość!;)

    a zdjęcia z neta – to faktycznie, stara, dobra skpb`owa tradycja!;))
    pamietasz Fred?jeden z wykladowych joków?
    cytat:
    ” – skąd te foty? (w domysle z jakich gór)
    – z Internetu ”

    pozdr!

  • Stryj says:

    Kuba,

    Gratuluje! Super trasa. Dobrze, ze szczescie Ci sprzyja, wzglednie, ze “lepsi maja szczescie”. Ciesze sie, ze masz sie dobrze. Do zoba w Concepcion po 24/7… Kontynuuj pisanie, bo i to takze dobrze Ci idzie!

    Stryj

  • Kamil says:

    czekam na Disco Latino! ;)

  • fred says:

    heh, zdjęcia są skanami pocztówek, spokojnie :] A przy okazji, Aleksandro, nie wiedziałem, że tu zaglądasz, miło mi :] Już nie mówiąc o Rodzynie, którego chyba z trzy lata już na oczy nie widziałem! :]

    Kamil – chwilkę mi zajęło przypomnienie o co chodzi z tym dowcipem, ale gdy się udało, wybuchnąłem takim samym śmiechem jak na tamtym pamiętnym wykładzie :] To był hit :] Te ‘moje ulubione’ disco latino próbuje namierzyć w necie, mam nadzieję, że się uda..

    Concepcion po 24.07 jest jak najbardziej realne, do zobaczenia, mam nadzieję!

    Nowa relacyjka – wkrótce.

  • Stef. says:

    Cordiliera Huayhuash! Ehh… Ha ha! Przy tym jarze też pobłądziłem. :) Ale mi się Siula z tymi 5 oczkami nie pokazała. Gratulacje więc! :)

  • bolo16 says:

    /// Otóż w niepozornym miejscu obok szlaku zauważyłem metalowy, prosty krzyż. Na tabliczce było napisane, że jest to pamiątka ku czci polskiego alpinisty, Radosława Kościńskiego, który zginął w Cordillera Huayhuash poszukując źródeł Amazonki.///
    Witaj,,S.P. Radek Kościnski był wspaniałym człowiekiem,,młodym wysportowanym 27 letnim alpinista,,jego nagła smierc była dla nas szokiem ,,zmarł w Peru ,,,,Góry pokochał -w górach swe serce zostawił,,pozostała wielka pustka,,

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.