Sultán del Norte

Posted on 09 November 2009

NYC wywarl na mnie mieszane uczucia. Z jednej strony super miasto, ogromne, mozna powiedziec uporzadkowane (przynajmniej na Manhattanie jest porzadek w tych ulicach :)), pelne zycia i tetniace nim o kazdej porze dnia i nocy. Sa tez miejsca klimatyczne i to calkiem sporo. Drugiego dnia chodzilem sobie sam po tym miescie, bylem m.in. na Brooklynie, gdzie dzieki Krzyskowi, ktory poprosil mnie o kilka zdjec z dzielnicy zydowskiej, mialem okazje doswiadczyc niesamowitego widoku. Nie spodziewalem sie, ze Boro Park az tak super wyglada – na kazdym rogu ubrane na czarno postacie, w kapeluszach, z pejsami, kazdy sie gdzies spieszy, rozmawia przez telefon, czasem sie zatrzymaja by wymienic serdeczne usciski miedzy soba…

W synagodze spotkalem polakow, ktorzy pracuja tam jako konserwatorzy powierzchni poziomych. Przez moment bylo smiesznie, ale troche zabolal mnie jakis taki ich brak szacunku dla modlacych sie w boznicy. Glosno rozmawiali i smiali sie, pytali z jakiej jestem gazety itd. Podobno od razu poznali, ze jestem z Polski, a gdy sie zapytalem po czym, odpowiedzial jeden z nich – ´wystarczy spojrzec na nos! :) W ogole wszyscy jakby byli tam przestraszeni, ze jakies zdjecia robie, kilka osob sie zapytalo dla kogo one sa, po co itd. Wiele zdjec robilem z tzw. przyczajki, zeby ich nie dekoncentrowac zbyt, czulem sie troche jak jakis tajny agent ;) Dla mnie bylo to o tyle ciekawe, ze w pewnym sensie mozna powiedziec jestem zainteresowany zydowska kultura i religia (nie jestem moze jakims wielkim znawca, ale podczas mojej ´dzialalnosci´ w SKPB mialem okazje troche liznac tematu :p). Z tego co mi wiadomo, wielu zydow z tamtad ma korzenie w Polsce, zwlaszcza kojarzy mi sie tu taka jedna nazwa z Pogorza Ciezkowicko-Roznowskiego, mianowicie Bobowa, do ktorej wciaz pielgrzymuja chasydzi, takze z Nowego Jorku. Na pewno Krzysztof by tutaj wiecej powiedzial, a ja chwilowo nie bede sie nad tym rozwodzil, bo pisze z kafejki internetowej (tow. Smalec, znany i lubiany, zapewne powiedzial by, ze moja ´niewiedza jest zenujaca´, ale zostawmy ten temat ;p). Pisalem w ktoryms z ostatnich komentarzy, co udalo mi sie zobaczyc w Nowym Jorku. Mysle, ze byly to takie miejskie szlagiery, jednak mi to wystarczylo. Troche pokrazylem tez po tych mniej chlubnych zakamarkach, ale tez bez przesady. Miasto jest glosne i przyznam sie, ze troche mnie juz meczylo, chyba nie chcialbym tam mieszkac. Ponizej zamieszczam tradycyjnie kilka zdjec z tej wizyty.

Teraz moze o tym co sie dzialo w ostatnich dwoch dniach. Zacznijmy od tego, ze jestem w Meksyku. Sam. Marcin toczyl wewnetrzna walke z samym soba od poczatku wyjazdu i niestety zdecydowal sie na takie, a nie inne rozwiazanie. Dosc powiedziec, ze wycofal sie z powodow sercowych, bynajmniej nie zdrowotnych ;) I taka decyzje trzeba uszanowac. Rozstalismy sie dwa dni temu, gdzies w okolicach Times Square, on pojechal na lotnisko JFK, gdzie mial wieczorem lot do Warszawy, a ja na La Guardie, skad mialem leciec o 0700 do Monterrey, miasta zwanego Sultán del Norte. Powodem tej decyzji byla czysta kalkulacja finansowo-czasowa. Z NYC do Meksyku jest jakies 3 tys. kilometrow, przejechac to stopem mogloby byc ciekawe, ale obawialem sie, ze stop moglby zajac stosunkowo duzo czasu, za duzo niz bym teraz chcial spedzic w USA, a wbrew pozorom jakos fantastycznie tanio w tych Stanach to nie jest. Pytalismy sie kilku gosci, jak to w tych USA jest ze stopem – podobno nie jest nielegalny, ale tez nie jakos super popularny (co troche mi sie kloci z moja dotychczasowa wizja, ale jeszcze kiedys to sprawdze). W kazdym razie wyliczylem, ze za bilet lotniczy do Meksyku moglbym przezyc jakies 5 czy 6 dni. Jadac stopem tez trzeba cos jesc.. O autobusach nie ma co nawet myslec, ceny sa takie, ze za 200 dolarow to moze bym dojechal do Richmond, pod Waszyngtonem. No i Meksyk to zawsze dalej, Stany wyszly troche tak przez przypadek, innym razem..

Po rozstaniu z Marcinem, po 1800, w okolicach Bronxu musialem zlapac autobus, co chwile mi zajelo.. Ludzie na szczescie sa bardzo pomocni. Pozniej oczywiscie wysiadlem nie na tym terminalu co trzeba, no ale wszak mialem czas do rana. Niestety mialem tylko rezerwacje, za ktora nie moglem zaplacic karta, bo jak sie okazalo, na stronie Continental Airlines, sa rozne kraje na litere P, z ktorych mozna placic karta, ale nie ma wsrod nich Polski. Ciekawostka. Tam chyba nikt o takiem kraju nie slyszal. Mialem sie zglosic po 0300 na odprawie i dopelnic formalnosci. Sprawdzilem jeszcze w takim systemie komputerowym czy rezerwacja jest – owszem, jest, tylko na nazwisko Serdorowicz. Pieknie. Noc spedzilem na lotnisku (polecam strone www.sleepinginairports.net/), wygodnie rozwalony na jakims oknie, karimata i heja, zadnych problemow, halas tez mi nie przeszkadzal. Wstalem o 0300, krol swiezosci, kibel, zabki, ruszam smialo do sekcji check in, problemow nie przewiduje. A jednak. Kolejka na 2h czekania, jedna kobieta obslugujaca caly ten tlum i na dodatek dalo sie zauwazyc, ze jest raczej niesympatyczna. Chociaz poziom sympatycznosci o 3 w nocy chyba u nikogo nie jest jakis ultra-wysoki.. ;) Na szczescie po godzinie (!) dolaczyly sie kolejne osoby i jakos to poszlo. W koncu moja kolej, podchodze do jakiegos faceta, mowie o co chodzi, no i sie zaczyna. Najpierw nie chce mi karta platnicza wejsc, probujemy trzy razy, w koncu wola ta swoja niesympatyczna kolezanke, ta dwa ruchy w systemie i jest. Cud. Uff. No ale potem to mnie zwalil z nog – ´Niestety, prosze pana, by wjechac do Meksyku, musi miec pan bilet powrotny´. W jednej chwili 15 pomyslow co dalej, jak to rozegrac, gdzie pojsc, gdzie pojechac.. W koncu probuje go przekonac, ze o ile mi wiadomo, moge wjechac do Meksyku bez zadnych biletow powrotnych, wiz i tym podobnych, pod warunkiem, ze opuszcze ten kraj przed uplywem 90 dni. Cos sie zastanowil, zawolal kogos innego, sprawdzili w jakims rejestrze – rzeczywiscie. Suprajz! Za 2h jestem w samolocie, ogladam Harry Pottera po hiszpansku. Podchodzimy do miedzyladowania w Houston, ja wyluzowany jak zawsze (wszak jeszcze USA! Brakowalo mi tylko hawajskiej koszuli! :p), nagle patrze na zegarek i widze, ze samolot jest spozniony, a moj drugi samolot w tej chwili startuje. W ostatniej chwili przegladam jakies regulaminy, ktore znalazlem za fotelem, pisza cos o hotelach, kolejkowaniu na nastepne loty itd. Juz to widze. Wybiegam z samolotu, jakas mila pani z obslugi mowi, ze Ci ktorzy leca do Meksyku maja isc na drugi terminal. Zasuwam ile sil w nogach, chociaz nie biegne by nie wzbudzac podejrzen (w sumie nie wiem po co, ale skoro mam isc, tzn ze samolot jeszcze nie odlecial i czekaja na mnie i jakas 1 czy 2 osoby, ktore tez tam leca z tego samolotu, zastanawiam sie tez co z bagazem..). Mijam subwayá (kurde, cos bym przekasil, od 10h nic nie jadlem), na takich ruchomych podlogach osiagam taka predkosc, ze jak z nich zeskakuje, to malo co sie nie wywracam, potem jakis tramwaj miedzy terminalami, znow styl Korzeniowskiego, wow, jaka fajna dziewczyna, rzadkosc w USA (obejrzalbym sie, gdyby nie to, ze byla juz 100m za mna), w koncu patrze na zegar na korytarzu…Maja tu godzine przesuniecia do tylu. Stylowo.

Laduje malym samolocikiem w Monterrey. To trzecie najwieksze miasto w Meksyku, podobno najbogatsze (najwyzsze PKP per capita) i statystycznie jedno z bezpieczniejszych. Taka dygresja – jak sprawdzalismy w Nowym Jorku na forum Hospitality Club rozne watki z dzialu Hitchhiking, to ktos zapytal ´Czy autostop w Meksyku jest bezpieczny´ – padla odpowiedz ´Nic nie jest bezpieczne w Meksyku´ ;) No ale w sumie sie ciesze, ze laduje akurat tutaj, bo po pierwsze to dobrze chyba wchodzic tak stopniowo w te klimaty, a po drugie Monterrey nazywane jest La Ciudad de las Montanas, czyli Miastem Gor. I rzeczywiscie w okolicy miasta wznosza sie dosc imponujace szczyty o wysokosci grubo powyzej 3 tys metrow npm. Najwyzszy ma chyba 3710 m. Cos dla mnie, zwlaszcza, ze sniegu tu nie ma i nie jest niezbedny sprzet. Na lotnisku czekam 1h na autobus, ktory zawiezie mnie do centrum, gdyz jak wiadomo, taryfy brac sie raczej nie oplaca. Za 6 dolarow jade do miasta, w autobusie jestem sam. Facet wyrzuca mnie na jakiejs ruchliwej ulicy i oto znajduje sie nie wiem gdzie, nie wiem w ktora strone i ktoredy pod Grunwald. Jedyne co mam to zapisany adres w notatniku i jakis szkic ulic, ktory nijak sie ma do tego co jest tu przed moimi oczami. Ruszam w pierwszym lepszym kierunku, ktory wydaje mi sie byc wlasciwy. Ide chyba jakas glowna ulica miasta, bo na chodnikach jest scisk niesamowity, z kazdego sklepu wali jakas glosna muzyka, wszyscy cos krzycza, sprzedaja, w ogole nie wiem co sie dzieje, ide przed siebie i tylko zastanawiam sie czy to mozliwe, ze jestem tutaj jedyny ´bialy´:) Na szczescie po 10min okazuje sie, ze nie i wszystko jakby zaczyna wracac do normy. Jestem juz spokojny, troche sie przyzwyczailem do widokow, skrecam gdzies w bok i nagle cisza, spokoj, wszystko pozamykane (jest 1500, chyba wszyscy maja sjeste), kawiarenki internetowej nie znajdziesz otwartej, w ogole widzialem tylko jedna po drodze, ale co z tego.. Przypadkiem natykam sie na informacje turystyczna. Uf, na pewno beda wiedziec gdzies jest Av. San Francisco i moj hostel za 10 dolarow, ktory sobie upatrzylem. Jak na zlosc, za kontuarem dzieci. No moze nie dzieci, ale jakies gimnazjum, graja w pasjansa na komputerach. Idealnie. Na szczescie jeden chlopak mowi troche po angielsku i jakos sie dogadujemy, daje mi mapke centrum, gdzies na obrzezach dostrzegam ulice, z ktorej mam skrecic w ta moja. Ide w tamtym kierunku, wychodze z centrum, zabudowa sie zmienia diametralnie, ludzie tak samo. Okazuje sie, ze ta ulica, z ktorej mialem skrecic jest jedna z najdluzszych w miescie, bladze gdzies wiec pomiedzy uliczkami, szukajac Av. San Francisko. Chce mi sie pic, wiec wchodze do jakiegos sklepu. Folklor, wiatrak na suficie leniwie przebywa swoje kolejne okrazenie, dwoch meksykaninow gdzies na zapleczu gra w karty, w lodowce kilka butelek coli i piwo. Biore cole. Pytam sie o droge, pokazuje mapke, sprzedawca kreci glowa, mowi, ze nie wie, potem wola kolege, ale ten tez nie ma bladego pojecia. No nic, dziekuje za pomoc i ide dalej. 5min pozniej podjezdza do mnie pick’up, widze sprzedawce z jakims innym kolega, mowia, ze juz wiedza gdzie jest ta ulica i zebym wskakiwal. Chwila zastanowienia, patrze po twarzach i wrzucam plecak na pake, a sam wsiadam do srodka. Gadamy troche o tym i o tamtym, na ile moj hiszpanski pozwala :) Dowiaduje sie, ze dzielnica, w ktorej bylem jest bardzo niebezpieczna, pokazuja charakterystyczny gest pistoletu przylozonego do glowy i mowia, zeby po nocy nie chodzic. Milo z ich strony. Podoba im sie tez pomysl mojej ´wycieczki´. Jeden daje mi wizytowke i prosi bym napisal do niego z Argentyny. 2km dalej chlopaki wysadzaja mnie pod samym hostelem. Takze pierwszy stop zaliczony! ;)

W srodku nie ma wlasciela, ale poznaje Suzanne, artystke, o hiszpanskich korzeniach, ktora mieszka tu od jakiegos czasu, bo czeka na paszport USA. Ogolnie ciezka historia, w Meksyku jest, jak mi sie zdaje, nielegalnie. Zaden kraj jej nie chcial, w koncu musiala wynajac prawnika i sporo zaplacic za ten paszport USA, ale inaczej bylo by kiepsko. Jest bardzo sympatyczna i gadamy prawie 2h. Wychodze cos zjesc jeszcze, ale wiekszosc knajp jest pozamykana w okolicy, a dalej nie chce nigdzie isc. Wracam do hostelu, Suzanne mowi, ze ´dala´ mi pokoj na samej gorze i jak chce to moge isc sie rozpakowac. Biore prysznic i schodze na dol do salonu. Hostel jest zupelnie w innym klimacie niz te w USA, to raczej duzy dom. Wlasciciel juz dzis nie przyjedzie. Rozkladam jakies mapki, przewodniki i gadam az do 2200 z nia i jakas inna dziewczyna ze Szwajcarii. Dzis z Suzanne jedziemy do centrum poszukac jakis lepszych map terenu, zeby troche tutaj po gorach pochodzic. Region oferuje naprawde wiele atrakcji i mysle, ze posiedze tutaj z 4 dni, wlasciciel zaoferowal mi jedna noc gratis jak zostane tyle, a dla mnie to tez dobrze, bo bede mogl sie wdrozyc lepiej w klimat Meksyku, no i dowiem sie co tu sie je! ;) Narazie probowalem tacos, za jakies smieszne pieniadze mozna kupic kilka takich ich przysmakow, tylko musze sie dowiedziec co jest co, bo tych rodzajow jest kilka ;)

No nic, narazie tyle, ponizej galeria, odezwe sie jakos niebawem, moze wrzuce zdjecia z gor, jak gdzies uda mi sie wejsc. Podobno sa tu jakies lamparty, pumy i kojoty, ale mam nadzieje, ze nie bedzie okazji poznac.. ;)

Hola!

 


16 comments to Sultán del Norte

  • johny says:

    zawsze do przodu… amigo

  • Agata says:

    Powodzenia!Zazdorszcze Meksyku!
    Trzymaj sie tam dzielnie sam skoro Zakochany Szekspir wrocil.

  • tomuś says:

    Niespełna miesiąc, a Ty już w Meksyku…..niezły…Meksyk :)
    Powodzenia i pokaż im kto ma grande cojones ;P

  • Kate says:

    No widze ze Guggenheim w koncu w pełnej gamie,jak ja byłam 2 razy to był cały w rusztowaniach i wyglądał paskudnie:/.Freed, wymiataj tam na mexykańskich bezrożach i uważaj na żarcie i wode bo cholernie łatwo się tam struć! Buuzka!

  • Szatyn says:

    Ajj, jakże miło czyta się Twoje raporty.. aż chciałoby się tam być… :) 3maj się mistrzu i nie daj się meksykańcom!

  • Ali says:

    ¡Alcanzarás la felicidad! :)

  • łukasz. says:

    brzmi niesamowice ;d i czyta sie bardzo przyjemnie. trzymaj sie i uwazaj na siebie!

  • Megi says:

    Fredziu jestem pod ogromnym wrażeniem… 3maj sie ciepło i powodzenia. buzka

  • kusiex says:

    Pisz lepiej jak tam Tequila :)

  • wieczoryna says:

    twoje opisy to lek na bezsenne noce, jest o czym śnić!
    :)

  • Rapsa says:

    Uważaj na siebie Fredi, i do przodu:)

  • Acher says:

    Suzie, hmmm jakieś nowe pejzaże? :]

  • Adriano says:

    ech… Fredi pałko, myślę sobie teraz o robieniu bluz… wcześniej Ty się tym zajmowałeś no i było śmiesznie. Z ust Dzynka do tej pory nie padła nawet żadna k^&*& co do organizacji tego przedsięwzięcia. Jeszcze ma czas chłopak, bo robimy je w tej samej firmie. Właśnie odnośnie naszych eventów przypomniałem sobie, że kosy na Geocupie też Ci nie sprzedam, no i nie wiem kto będzie walczył teraz o tytuł króla strzelców… jak zauważyłeś Twoja drużyna też ma żałobę z SK zrobiło się SKBF (Same Konkrety Bez Freda) no i ogólnie fajnie się to czyta, ale wracaj jak najszybciej, bo brakuje mi chociażby tego prześmiewczego poczucia humoru.

    papatki

  • fred says:

    Heh, jeszcze sie trzymam, wrzuce jutro jakas notke z kilkoma zdjeciami. Chociaz wczoraj bylo raczej ciezko, i to na ´wlasnym boisku´, ale o tym jutro. Acher, zadne nowe pejzaze, nic z tych rzeczy! ;) Adrian, widzialem nazwe teamu – Same Konkrety Bez Freda – powalilo mnie to ;) Co do krola strzelcow, innym razem ;) Tequilli jeszcze nie pilem, bo specjalnie nie ma z kim, ale moze to i dobrze. Schudlem juz 2 czy 3kg i zaczynam sie martwic o diete, kupilem dzis sobie magnez na wszelki wypadek, bo jeszcze nie do konca ogarniam tutaj jak sie zywic ;) Dzis jadlem jakies tacos w kanjpie, zeby nie z ulicy, za 3 dolce, ale tak sie najadlem ze myslalem ze nie wstane z krzesla. Ale bylo dobre! ;)

    pzdr i pewnie hasta manana ;)

  • Kamil says:

    Siemasz Gosciu!!!
    :)
    Trzy dni temu dotarłem na szczescie do tej strony, wydrukowalem wszystko (sic!) i teraz jestem juz na biezaco:)co dzien sprawdzajac co u Ciebie! Wiec pamietaj, ze masz tutaj spore i co raz wieksze grono kibicow!!!

    W PL:
    pada, zimno (4 stopnie) i szaroburo…
    W skpb kolejny Zlaz Harskiego…

    A dla licznych wielbicieli jezyka hiszpanskiego podrzucaj czasem nowo poznane ciekawe slowka? por favor!;)

    Z mojej strony w tym watku postaram sie dostarczac najbardziej przydatnych Tobie:
    escote ;)
    najlepiej dowiedz się od jakiejs seniority co to znaczy;)

    A z Twojego ulubionego autora:
    “… uczucie samotności potężnieje, kiedy próbujemy mu się sprzeciwiać, a słabnie, kiedy najzwyczajniej w świecie je ignorujemy.”

    Pozdrawiam i sciskam!;)

  • Adriano says:

    a jakby Cię jakiś bardzo denerwował, to powiedz

    chupamela y siege chupando

    i uciekaj :)

    pzdr

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.