Lago de Atitlan

Posted on 16 December 2009

Do Panajachel przyjehalem tuz po poludniu. Autobus z Xela, tradycyjnie kolorowy i z ogromna iloscia chromu na wierzchu, jechal dobre 2h. Probowalem sie zdrzemnac, ale nic z tego. Warunki do tego, mozna powiedziec, byly idealne. W teorii. Niezbyt duzy tlok, dosc lagodne zakrety (jak na standardy Gwatemali) i nowiutka nawierzchnia  – to fragment Pan-American Highway, liczacej blisko 50 tys. kilometrow autostrady biegnacej wzdluz obu kontynentow Ameryki, od Alaski po Ziemie Ognista. Gdzies przeczytalem, ze obecnie w Gwatemali trwaja prace majace na celu poszerzyc niektore odcinki drog. Pieniadze rzekomo pochodza z Tajwanu, ktory odwdziecza sie w ten sposob za uznanie swej panstwowosci przez Republike Gwatemali. Tak czy inaczej, prace rzeczywiscie trwaja, gdzieniegdzie sa juz dwa pasy, ale okazuje sie, ze teraz najwiekszym wyzwaniem jest omijanie maszyn stojacych na drodze gdzie popadnie oraz innych samochodow, ktore nie sa w stanie osiagnac takiej predkosci jak chickenbusy…
Wydawac by sie moglo, ze te autobusy to graty. Sciagniete z USA, niepotrzebne, sluzace w kraju trzeciego swiata.. Otoz wyglada na to, ze wiekszosc chickenbusow przechodzi tutaj gruntowne zabiegi odmladzajace. Nie znam sie specjalnie na motoryzacji, ale nie widzialem jeszcze autobusow, ktore moglyby tak szybko jezdzic. Charcza i pluja ogniem przy tym, ale na drogach Gwatemali sa raczej dominujaca sila. Jestem pewny, ze musza miec wymieniane silniki. Kazdy autobus ma swoja nazwe, imie. Przewaznie kobiet – Esmeralda, Dolorez, Esperanza itd, inne barwy, ale praktycznie we wszystkich pojazdach mozna spotkac religijne napisy. O ile lampki i inne bajery w kokpicie zaleza od zamoznosci kierowcy, o tyle kazdego stac na naklejki z napisami `Bog jest Droga`, `Dios Salvavidas`, ´Los jest w rekach Pana´ i mnostwo innych. Zastanawialem sie czy spowodowane jest to tym, ze kierowcy sa tak naprawde religijni czy robia to bardziej na pokaz. Widzialem kilkukrotnie kierowcow wykonujacych gest krzyza przed droga, zupelnie jak pilkarze wbiegajacy na murawe. Byc moze wyjezdzajac na droge rozpoczynaja oni swoj `mecz`, a napisy sa po to, by uspokoic pasazerow i wzmocnic w nich wiare w wygrana? Trudno powiedziec, pasazerowie tez sie czesto zegnaja.. Jadac do Panajachel kilkukrotnie wykonywalismy takie slalomy miedzy maszynami i innymi samochodami, ze trudno w niektore manewry uwierzyc.. Najbardziej podobal mi sie moment, w ktorym na lewym pasie stala maszyna drogowa, na prawym wlokl sie inny autobus, a z naprzeciwka nadjezdzal kolejny, przy czym przeciwlegle pasy byly przedzielone czyms w rodzaju niewielkiego uskoku, jakby kraweznika, gdyz poziom asfaltu nie byl jeszcze wyrownany. Kierowca mojego autobusu wyprzedzil autobus z lewej strony (nie jest to takie oczywiste wcale), nie zdazyl zjechac na prawy pas przed maszyna wiec `zeskoczyl` na druga strone i uciekl przed autobusem nadjezdzajacym z naprzeciwka z powrotem na swoja droga, juz za maszyna drogowa. Wszystko na pelnej predkosci.. Raz mi sie udalo przysnac na chwile, ale zostalem obudzony przez mala, 5 letnia dziewczynke, ktora siedziala na siedzeniu przede mna z mama i swoja mlodsza siostra. Gdy otworzylem oczy byla wychylona przez okno, a charakterystyczne zacieki mozna bylo obserwowac na mojej szybie.. Czesc niestety wyladowala takze na mnie, ku ogolnej radosci pasazerow…

Jezioro, slynne Lago de Atitlan, widac bylo pod nami. Z nad tafli wyrastaja ku niebu wysokie wulkany, a po wodzie sunie kilka malych lodek, zostawiajac za soba dlugie kilwatery. Autobus zjezdzal kreta droga po stoku, az w koncu wysiadlem przed glowna uliczka Pana, jak nazywane jest skrotowo miasteczko. Mniej oficjalna nazwa jest Gringotenango, jako ze przemysl turystyczny kontrolowany jest glownie przez bialych, a turystow jest tu mnostwo. Zaczelo sie w latach 60 i 70-tych, kiedy przybyla tu grupa amerykanskich hipisow. W czasach wojny domowej toczyly sie tutaj ciezkie walki, ale tuz po niej, wszystko zaczelo sie od nowa. Dzis miasteczko jest pelne malych pubow, restauracyjek, straganow z lokalnymi pamiatkami i obiektow noclegowych.W okol jeziora rozrzucone sa inne, mniejsze miescowosci. Czesc z nich nie zostala jeszcze zamieniona na kurorty i kurorciki, w niektorych wciaz panuje tradycyjny klimat wsi indianskiej. I bieda. Niektore miejsca znane sa z tego, ze przybywaja tam ludzie `poszukujacy`. Do takich miejscowosci mozna zaliczyc San Marcos la laguna, gdzie prowadzone sa roznego rodzaju kursy jogi, medytacji, poszukiwania wewnetrznego `ja` itd. Mozna odbywac tez podroze astralne, jak ktos osiagnie 4-ty stopien wtajemniczenia. Ja na zaden kurs nie bylem zapisany, ale postanowilem, ze tam wlasnie chce pojawic, by poczuc klimat i moze, mimochodem, naladowac sie Moca.

Do wiekszosci z tych miejsc mozna dotrzec tylko lodka. Drogi w okol jeziora niby sa, ale komu by sie chcialo jezdzic na okolo? Zwlaszcza, ze czasem stan tych drog jest beznadziejny. Korzystaja na tym przewoznicy wodni, ktorzy zdzieraja z turystow pieniadze jak tylko moga. W jednej z dwoch przystani w Panajachel zagaduje mnie mlody chlopak, pracownik niby-informacji turystycznej porciku. Za kurs do Santa Cruz, jednej z takich wlasnie `nieskazonych` turystyka miejscowosci, chce 25Q.  Zbijam cene o polowe niemalze i wsiadam na lodeczke. Musze poczekac az zbierze sie wiecej osob i po pol godziny wyruszamy. Lancha plynie szybko, na pokladzie praktycznie sami biali, ubrani troche tak po hipisowsku.. Duzo z nich tu mieszka na stale. Pewnie plyna do San Marcos. Obserwuje wulkany, ktore z wody wygladaja na jeszcze wyzsze. Sa porosniete lasem i nawet na szczytach nie dostrzegam zbyt wielkich szans na widoki. Narazie sobie je daruje. San Marcos lezy dosc wysoko nad poziomem jeziora. Z przystani prowadzi tam betonowa droga, ktora ide dobre 15 minut. Mozna wziac tuk-tuka, ale tak robia tylko mieczaki. Albo kobiety. I miejscowi. We wsi praktycznie nie ma drog, jest natomiast platanina waskich chodniczkow, ktorymi spaceruje z plecakiem przez jakis czas, obserwujac zabawy dzieciakow i doroslych przy pracy.. Oni obserwuja natomiast mnie. Wies nie jest duza, totez zajmuje mi to wszystko niewiele dluzej niz pol godziny. Punktem centralnym wsi jest… betonowe boisko, tuz przed malutkim kosciolkiem. Na boisku. oprocz wyrysowanych linii, stoja bramki, kosze do gry, a takze… stoi tam krzyz. Ciekawe polaczenie religii ze sportem. Wiedzialem z pilka nozna w Ameryce Srodkowej to prawie jak religia, ale zeby az tak doslownie..? Na boisku szaleja dzieciaki, graja w pilke nozna. Od czasu do czasu pilka im ucieka – nie ma autow, wiec ganiaja w dol za pilka i z powrotem. Podczas takich przerw reszta sie szturcha i przepycha, glosno przy tym krzyczac. Co jakis czas na boisko wbiega mlodszy kolega, na oko z 4 lata, z butelka woda, ktora polewa innych. Ot, smingus dyngus w wydaniu tutejszym. Chwile sie temu wszystkiemu przygladam, po czym pytam sie czy moge zagrac z nimi. Na poczatku sa niezbyt chetni, mowia, ze maja juz druzyne itd. W koncu kaza mi chwile poczekac. Mam przeciez czas, czekam 5 minut, az skoncza grac. W koncu podchodza do mnie i wybieraja sklady. Jestem dwukrotnie od nich wyzszy, wiec policzyli mnie jako dwoch zawodnikow, gramy 4-ech na 6-ciu. Strzelam kilka bramek, ale staram sie jak najwiecej podawac. Udalo sie, wygralismy, a ja sobie zaskarbilem ich przychylnosc. Po meczu wyglupiamy sie chodzac na rekach i wspinajac sie na bramki oraz kosze. Musze podsadzac ich, bo nie siegaja do poprzeczki. Strasznie im sie to podoba, przepychaja sie w kolejce do podsadzania ;) Robi sie pozno, slonce zachodzi, a ja chce zrobic jeszcze pare zdjec. Poza tym musze zdazyc na lodke do San Marcos, a dokladnie nie wiem o ktorej jest ostatnia. Gdy oznajmiam, ze musze isc sa troche zawiedzeni, niektorzy mnie obejmuja i nie chca puscic. Na koniec robimy sobie zdjecie grupowe na schodach kosciolka. Dzieciaki sa bardzo ucieszone widzac siebie na wyswietlaczu aparatu. Zarzucam plecak, kazdemu podaje reke (niektorym nawet dwa razy ;p) i odchodze.. Chyba mnie polubili :)

Na dole okazuje sie, ze lodka do San Marcos wlasnie odplynela, ale bedzie jeszcze jedna za pol godziny. Nie mam wyboru, klade sie na pomoscie i czekam. Robie przy okazji kilka zdjec. Zachod nad wulkanem jest dosc widowiskowy, ale sklamalbym, gdybym powiedzial, ze nie widzialem bardziej urokliwych. Podobno Aldous Huxley okreslil Lago de Atitlan mianem najpiekniejszego jeziora swiata. Coz, z pewnoscia trudno odmowic mu urody, to niesamowite miejsce bez dwoch zdan, jednakze nie wiem czy pan Huxley byl kiedys w Tatrach.. Widywalem piekniejsze jeziora, moj numer jeden to jak do tej pory Zielone Pleso, znajdujace sie ukryte gdzies w  Kaczej Dolinie, po Slowackiej stronie. No i jako zeglarz nie moge zapomniec o Mazurach, ktore darze ogromnym sentymentem, a ktore rowniez zdarzalo mi sie widywac w niesamowitej aurze…  Tak czy inaczej, jest tutaj pieknie, ale slowa Huxley`a mozna traktowac z przymruzeniem oka. Lago de Atitlan, czyli miejsce gdzie `tecza nabiera kolorow`, jest jednak jedna z najwiekszych atrakcji Gwatemali i trzeba to po prostu zobaczyc na wlasne oczy, co niniejszym zrobilem..

Lodz przyplywa juz po zmroku. Wiekszosc pasazerow stanowia dziwni ludzie, na 10 osob naliczylem 4 fryzury typu dredy, niektorzy maja instrumenty – ze dwie gitary, bebny, berimbau, kobiety w zwiewnych sukienkach – krotko mowiac, wiem, ze jestem w dobrej lodce. Ci `odlotowcy`, tak jak ja, plyna do San Marcos! Zdziwilem sie nieco, gdy przybilismy do praktycznie w ogole nie oswietlonej przystani w lesie. Ok, mialo byc bez turystycznego szalu, ale bez przesady.. Postanawiam isc za wszystkimi, w nadziei, ze ich energia splynie na mnie, oswieca mnie chociaz troche lub przynajmniej zaprowadza do jakiegos taniego miejsca, gdzie bede sie mogl przespac. Nic z tego, skrecaja gdzies szybko do swojego osrodka, ktory nie wyglada na tanie miejsce, a ja zostaje sam w lesie. Latarnie rozstawione sa bardzo rzadko, totez panuje polmrok. W lesie wydeptane sa waskie sciezki, od czasu do czasu mijam zabudowania. Wyglada na to, ze wiekszosc obiektow stanowia tutaj male osrodki i hoteliki. Na drewnianych tabliczkach widze powtarzajace sie napisy – joga, masaze, szkola hiszpanskiego, sauna..

W koncu dochodze do jakiejs gesciejszej zabudowy – sklepik i kafejka internetowa! Pytam sie kogos o tani nocleg – mam isc glebiej w las. W pierwszym miejscu nie ma juz wolnych lozek, ale znajduje dosc tanio nocleg w nastepnym hostelu, o wdziecznej nazwie `Jednorozec`. Za murem, w srodku, znajduje sie bogaty ogrod, waskie kamienne chodniczki i male trojkatne chatki, kryte sloma. Dostaje na wlasnosc najmniejsza z nich, z jednym lozkiem i szafka. Lepiej byc nie moglo. Ide sie rozejrzec jeszcze po okolicy, ale zapominam czolowki i wlasciwie bladze po sciezkach. Gdy znajduje znow kafejke internetowa wlasnie ja zamykaja. Podazam dalej glowna sciezka i docieram do normalnej drogi. Dwie budki bedace sklepami, niski kosciolek w kolonialnym stylu, gdzies powyzej widac swiatelka domow mieszkalnych.. Nic sie nie dzieje. Podoba mi sie. Czas by cos zjesc – zupelnym przypadkiem trafiam do dziwnej restauracyjki, troche na uboczu, za kosciolkiem, schowanej miedzy duzo wieksza pizzeria i straganami. W srodku nie ma nikogo, witaja mnie trzy koty. Wystroj wnetrza wzbudza moje zainteresowanie – ksztalty mebli sa dosc fantazyjne – oryginalnie rzezbione oparcia przy malych, okraglych stolikach, na scianach ciekawe ozdoby, firanki z koralikow, a na kamiennej podlodze tajemnicze symbole, cos jakby spirale. Z kuchni wychodzi starsza pani, na jej ubiorze dostrzegam tradycyjne ozdoby majow.. Jest bardzo mila, moze dlatego, ze zbyt wiele osob nie przychodzi do niej… Menu nie jest obfite i polowy rzeczy nie ma, ale nie dziwie sie, w takich miejscach, bedacych jednoczesnie domem i jadlodajnia to czesta sytuacja. Zamawiam w koncu makaron, a do picia cole, ktorej, jak sie okazuje, nie ma. Tego sie nie spodziewalem. Wczesniej zrezygnowalem z yerby mate, ktora byla zbyt droga, jak na moj budzet, jednak teraz starsza pani oferuje mi ja w cenie coli.. To pierwszy raz, kiedy pije mate w Ameryce. Ma nieco inny smak i pierwszy lyk powoduje bardzo krotkie i lekkie zawroty glowy. Jest dobra! Makaron niespecjalnie, ale pani naprawde sie stara. Rozmawiamy po posilku chwile o roznych rzeczach, miedzy innymi dowiaduje sie znaczenia owych magicznych symboli na podlodze. Podczas rozmowy koty wchodzily mi na kolana. Byly idealnie biale… Zostawiam troche wiecej quetzali niz powinienem, ciesze sie, ze tu trafilem. Mam niejasne przeczucie, ze owa pani nie jest zwykla gospodynia domowa…

W Jednorozcu wieczorem nic sie nie dzieje, leze na lozku i dokonuje selekcji zdjec na aparacie.. W koncu slysze jakies rozmowy na zewnatrz. Dwoch Szkotow, dwie Amerykanki i dwie tutejsze dziewczyny rozmawiaja na patio raczac sie marihuana. Suprajz.. Na poczatku chyba mnie biora za jakiegos przedstawiciela wydzialu antynarkotykowego, bo blant chowa sie na chwile gdzies w rekawie jednej z dziewczyn. Po chwili jednak rozluzniaja sie. Chwile rozmawiamy, nawiazuje kontakt zwlaszcza z bardziej dojrzalymi Szkotami – tez podrozuja, tym razem tylko Gwatemala, ale od jednego z nich dowiaduje sie sporo rzeczy o miejscach, ktore mam nadzieje odwiedzic w Ameryce Poludniowej. Niedlugo pozniej ide spac, mam zamiar zobaczyc wschod slonca nad jeziorem nastepnego dnia.

Wstaje o 0500, na zewnatrz gleboka noc. Ubieram sie cieplej i ide na przystan. Tam spotykam Szkotow, ktorzy rowniez przyszli tu w tym samym celu co ja. Na wschod trzeba troche poczekac bo gory na horyzoncie zaslaniaja pierwsze promienie slonca. Z jednego wulkanu w oddali unosi sie nawet chmura dymu.. Robie kilka zdjec i ide z chlopakami na cynamonowa kawe, ktora odkryli wczoraj u jednej z dziewczynek na glownym placu. Jest jeszcze przed 0700, wiec chwile na nia trzeba poczekac. W koncu dziewczynka zjawia sie z koszyczkiem, w ktorym znajduje sie goracy czajnik i kukurydziane przysmaki. Kawa jest bardzo slaba, smakuje bardziej jak herbata, ale ze mnie zaden koneser tego napoju – tak mi smakuje, ze wypijam az dwa kubki. Wracamy na sniadanie do hostelu, a potem plyniemy razem lodka do Santiago de Atitlan. Miasteczko polozone jest po przeciwnej stronie jeziora wzgledem Panajachel i jest najwiekszym miastem rdzennych mieszkancow tych ziem – indian, w calej Ameryce Srodkowej. Jest takze stolica indian z grupy Tz`utujil, wywodzacej sie od Majow. W ramach ciekawostki – w Gwatemali zyje 24 grup etnicznych, z czego az 21 to potomkowie z grupy Majow, mowiace zroznicowanymi jezykami z grupy `maja`.

Do Santiago Atitlan przybylem by odszukac Maximòna, tajemnicza postac, czczona przez Majow w tej czesci Gwatemali. Maximòn, zwany tez San Sìmonem to Duch, przedstawiany jako siedzacy mezczyzna w kapeluszu, elegancko ubrany, z krawatami i z papierosem lub cygarem w ustach. Legenda mowi, ze w dawnych czasach w okolicach jeziora Atitlan roilo sie od zlych duchow, czarownic i upadlych szamanow parajacych sie Czarna Magia. Byli zli z natury, w swej zlosliwosci wyrzadzali oni krzywdy zwyklym ludziom, dla samej zabawy lub dla wlasnej korzysci. Czesto zdarzalo sie, ze ludzie widzacy ich umierali w mekach, wijac sie na ziemi z bolu i rzygajac wlasnymi wnetrzosciami. Szamani byli bezradni, jednak tak dluzej byc nie moglo. Zebrali sie wiec by radzic co zrobic ze zlem panujacym w okolicy. Wsrod szamanow byly takze i kobiety, znachorki. Powstal pomysl ozywienia straznika okolic, kogos, kto bedzie mogl przeciwstawic sie zlym silom. By to bylo mozliwe, bedzie musial byc zarowno dobry jak i zly, byc kims pomiedzy i znac sekrety ziemi.. Do tego potrzebne bylo polaczenie mocy, jaka kazdy z nich posiadal oraz wykorzystania sil natury, ktore byly w tym miejscu od zawsze. Wymyslono wiec, ze musi to byc drzewo (drzewo jest bardzo waznym symbolem w kulturze indian i posiada kilka znaczen – dla dociekliwych) po czym rozpoczeto poszukiwania odpowiedniego gatunku. Po wielu rozmowach z duchami drzew, w koncu udalo sie znalezc takie, ktore zgodzilo sie wykonac zadanie i zostac Rilaj Maam, Pradziadem, straznikiem Atitlan. Drzewo nalezalo sciac i wykonac z niego swieta figure – podczas gdy jedni zajmowali sie obrobka drewna inni szamani nieustannie modlili sie. Gdy praca byla skonczona, do szamanow przybyla mala, piekna dziewczynka, czestujac wszystkich chlebem i woda, by sie posilili. Szybko sie okazalo, ze w szklankach znajduja sie konskie siki, a chleb to grubsza sprawa.. Dziewczynka wcale tez nie byla tym, za kogo sie podawala – byl to owy Duch, Straznik, Pradziad, ktorego przed chwili powolali do zycia. Dowcipnis. Teraz przed Szamanami czekalo trudne zadanie personifikacji Ducha, ale przystapili do niego z radoscia, widzac, ze jak do tej pory wszystko sie udaje. Stworzyli wiec drewniana maske mezczyzny oraz poswiecili ubrania i szmaty, w ktore udziali figure. Sercem zas zostal starozytny, zielony kamien owiniety w cenny material. By moc kontrolowac Ducha nalozyli na jego nogi kajdany – Maximòn znaczy doslownie Uwiazany. Rilaj Maam (`maam` znaczy pradziad, starozytny), jak zwano go w jezyku indian, zostal pouczony co ma zrobic i nastepnie wypuszczony by rozprawil sie silami zla. I rzeczywiscie, byl znakomitym lowca, zlo zniknelo z okolic lub schowalo sie by przeczekac do lepszych czasow, ale w samym Pradziadzie zaczela odzywac sie ciemna strona, sam zaczal platac figle mieszkancom Atitlan, a po jakims czasie dla zabawy dreczyc ich, a nawet zabijac..  Szamani postanowili oslabic troche Maximona, odwrocili figurze glowe do tylu i zlamali noge, by lepiej moc go kontrolowac. To pomoglo. Teraz Maximon wykonywal dobre uczynki, ale jego charakter pozostal gdzies po srodku, miedzy dobrem a zlem.

Gdy hiszpanscy misjonarze przybyli do Gwatemali dostrzegli w Maximonie postac Judasza Iskarioty, a takze nazywali go Sw. Szymonem. Byla to  proba wlaczenia kultu lokalnego swietego do chrzescijanstwa. Majowie byli przekonani, ze Judasz po wzieciu 30 srebrnikow za zdrade Jezusa rozdal je ubogim, natomiast paradoksalnie nazywanie przez misjonarzy Rilaj Maam Swietym Szymonem sprawilo tylko, ze zaczeli widziec w nim jeszcze wazniejsza postac. Historia ta zapewne jest duzo bardziej ciekawa, nie czas i miejsce jednak by kontynuowac ten wywod. Dosc powiedziec, ze kult Maximona/San Simona jest wciaz bardzo silny w Gwatemali.  Figura co roku zmienia swoja lokalizacje, jako nawiazanie do odwiecznej wedrowki, pielgrzymki. Takie grand tour, mozna powiedziec.. ;) Kazdego roku inny dom i inna rodzina gosci San Simona u siebie. Zastanawiajacy jest stosunek Kosciola do Maximona, widac tutaj, w Gwatemali, przedkolumbijskie wierzenia sa wciaz trudne do wyparcia i ciezko z nimi Kosciolowi cokolwiek zrobic.. Ksieza, ktorzy swoje korzenie wywodza od Majow, nazywaja San Simona Astrologiem, Doktorem lub Aniolem, Ktory Uderza w Swiat Podziemia.

Figura opiekuje sie Cofradìa, czyli Bractwo. System Bractw byl bardzo popularny w dawnych czasach w Hiszpanii, a do dzis kilka z nich sie zachowalo.. Byly to chrzescijanskie zakony, ktore przypominaly loze masonskie. Mialy ogromny wplyw na polityke panstwa. Rowniez i w Nowym Swiecie cofradie byly waznym instrumentem, wprowadzone przez hiszpanskich ksiezy by szerzyc chrzescijanstwo, szybko sie przeistoczyly w bractwa kultywujace stare religie majow.. Dzis Cofradie maja taki sam lub nawet wiekszy wplyw niz Kosciol na zycie tutejszych ludzi. Ich czlonkowie ciesza sie ogromnym szacunkiem, sa dzisiejszymi szamanami. I chociaz wplyw na polityke jest minimalny to religijny synkretyzm przenika do zycia codziennego… Np. obchodzone sa dni swietych chrzescijanskich, ale maja one swoje ukryte znaczenie, poza nazwa Swietego i data uroczystosci, wspolnych elementow moze byc niewiele.. Czas plynie dalej wg kalendarza Majow i ich wierzen, w Dzien i Noc, Dobro i Zlo, Cykl Zycia, Rownowage w naturze itd. Dlatego wlasnie San Simon jest taki – ani zly, ani dobry. Wiekszosc ludzi prosi go o prace, o pieniadze, o szczescie w zyciu, przystojnego meza czy zone. Ale niektorzy prosza go takze o to, by sprowadzil nieszczescie na swych przeciwnikow. Oprocz zapalania zwyklych swieczek, ofiarowywuje mu sie papierosy lub cygara oraz alkohol, w ktorych to rzeczach gustuje Maximon…

Do Santiago de Atitlan docieram okolo poludnia duza barka. W porcie probujemy sie opedzic od kilku dzieciakow oferujacych uslugi przewodnickie, hotele, taksowki, pamiatki i nie wiadomo co jeszcze.. Najgorszy jest jednak licencjonowany przewodnik, ktory chyba nie rozumie po hiszpansku – No, gracias, no necesitamos nada. Moze cos jest nie tak z moja wymowa, ale jestem praktycznie pewny, ze wymawiam to poprawnie. Razem ze Szkotami idziemy dobre 200 metrow od przystani w towarzystwie tego natreta. W koncu sie odczepil. My probujemy znalezc dom, w ktorym trzymany jest San Simon, ale nie jest to takie proste. Opis z przewodnika okazuje sie dosc nieakuratny. Czesc mieszkancow nie wie tak samo, inni mowia, ze 4 kilometry za miastem, a inni, ze miejsca kultu mozemy zobaczyc tez tu w miescie, ale nie wiedza gdzie. Na rynku siedza starsi mezczyzni, w smiesznych krotkich spodenkach i kapeluszach. Nikt sie jednak nie smieje z tego, wygladaja na bardzo powazanych. Byc moze to wlasnie czlonkowie Cofradii. Zapytani o San Simona mowia o miejscu dla turystow, poza miastem, gdzie jest figura.. Wyglada wszystko to dosc tajemniczo. Idziemy do kosciola, pod ktorym spotykamy mlodego chlopaka z Austrii. Pracuje tu dla NGO (swietna sprawa, tym razem zadaniem jest dialog miedzykulturowy i przelamywanie barier) i jest w towarzystwie czterech kobiet ubranych w tradycyjne stroje i mowiacych miedzy soba w swoim jezyku. Po krotkiej konwersacji zabieraja nas dwie przecznice dalej. Na pustej uliczce nic sie nie dzieje, kilka dzieciakow biega za pilka, standard.. Rozgladam sie w poszukiwaniu jakis znakow. Zwykly dom, zelazna brama, za nia podworko. Otwiera nam mezczyzna, chwile gada z kobietami i zaprasza nas do srodka. Wchodzimy wszyscy do ciemnego pomieszczenia, w ktorym w rogu stoja przebrane kukly. Wsrod nich widze roznych swietych, ktorych do konca nie rozrozniam, ale nie ma tu prawdziwego Maximona. Pomieszczenie przepelnione jest zapachem kadzidla. Przed kuklami stoi dwoch mezczyzn, jeden z nich, prawdopodobnie szaman, powoli rusza kadzidlem i mamrocze jakies dziwne slowa wykonujac rozne gesty, wsrod ktorych co jakis czas powtarza sie gest krzyza. Drugi mezczyzna to zapewne petent, ubrany jest normalnie, jakby wyszedl wlasnie z pracy. Nie rozmawia z kuklami, komunikuje sie tylko z szamanem, ktory wydaje mu polecenia. Mezczyzna kleka wiec, zapala kolejno swiece i pada na czolo.. Zdjec nie mozemy robic, ale samo zobaczenie czegos, co nie jest dostepne dla zazwyczaj turystow bylo niesamowitym przezyciem. Czujemy, ze nasza obecnosc rozprasza szamana. Zegnamy sie z Austriakiem i kobietami, nawet nie prosza o pieniadze. Normalnie az roi sie od ludzi, ktorzy za kilka quetzali chca zaprowadzic zagranicznego turyste do Maximona, jednak zapewne zaden z nich nie przyprowadzil by nas tutaj. Podobno w miescie jest 7 takich miejsc.

Zegnam sie ze szkotami i postanawiam w koncu, ze chce jeszcze przed wyjazdem zobaczyc figure Maximona. Wsiadam do collectivo, ktorymi tutaj sa pickupy z rama do trzymania sie. Jezdzi sie na stojaco. Samochod rusza, troche trzesie na wybojach ale dziewczyny z ktorymi jade nawet nie zauwazaja tego. Wszystkie ubrane w fioletowe bluzki i ciemne spodnice. Wyjezdzamy z Santiago i mkniemy droga nad jeziorem. Po 10min samochod zatrzymuje sie. To tutaj. Zadnych neonow, strzalek. Pytam sie kierowcy ktory to dom i dostaje odpowiedz w formie machniecia reka wskazujaca na najblizsza chate. Wchodze wiec na podworko, gdzie dostrzegam malutka tabliczke na slupie – La Casa de Maximon. Ok, co teraz..?  Widze, ze przez drzwi z bocznej izby wylatuje dym. Gdy dochodze do nich wychodzi mi na przeciw mezczyzna i zaprasza do srodka.. Dym z kadzidel, papierosow i cygar unosi sie w powietrzu. Siekiera, jest siwo od dymu. Na centralnym miejscu w izbie siedzi figura Maximona, ubrana w kolorowe ubrania, koszule i kilkanascie krawatow. Na glowie ma kapelusz, a w drewnianych ustach tli sie cygaro. Za nim, przy stole na ktorym lezy kilka paczek papierosow, siedzi dwoch mezczyzn, kolejnych dwoch, po jego bokach. Jednym z nich jest mezczyzna, ktory mnie zaprosil do srodka. To wazna funkcja – `straznicy` Maximona, tylko oni moga ofierowywac mu dary osobiscie, posrednicy. W srodku jestem jedynym turysta, akurat trwa rytual – przed figura kleczy trzech mezczyzn. Sa odgrodzeni od Maximona rzedem swiec. Gdy siadam na krzesle z przodu zauwazam, ze dwoch z nich to ci sami, ktorych widzialem w poprzednim domu. Szaman, prowadzacy rytual, kleczy po prawej stronie. W srodku widze mezczyzne, ktory przyszedl z prosba do Maximona. Po lewej stronie jest jeszcze trzecia osoba, kleczy tak samo, lecz po chwili wstaje, bierze od posrednikow kapelusz San Simona i naklada go na glowe petenta. W kacie pomieszczenia jest jeszcze jeden gosc, siedzi na stolku pod sciana. Od czasu do czasu gra na gitarze i spiewa. Co? Tego nie rozumiem. Atmosfera jest raczej powazna, chociaz dwoch mezczyzn siedzacych za figura, od czasu do czasu usmiecha sie do siebie. Pala papierosy. Ja zachowuje powage, rozmawiam szeptem z jednym z posrednikow i pytam sie, czy moge ofiarowac papierosa Maximonowi. Przy okazji pytam sie czy moge robic zdjecia. Wszystko kosztuje, nawet wstep, ale place za wszystko. Robie kilka zdjec, a po chwili posrednik wtyka papierosa `ode mnie` w drewniane usta figury i podpala go zapalniczka. To moja ofiara i prosba o pomyslnosc w dalszej drodze. Powoli papieros wypala sie, a popiol spada na podloge. Czas na mnie. Zegnam sie skinieniem glowy i wychodze na droge, gdzie za chwile z powrotem do miasteczka zabiera mnie taki sam pickup jak poprzednio. Musze sie spieszyc bo za kilka minut odjezdza moj autobus

Wsiadam do chickebusa jadacego do stolicy, Guatemali. Moim celem jest Antigua. Przeraza mnie mysl o 5h w autobusie. Jest ciasno, niewygodnie, jestem zmeczony wszystkim juz po 2h. Ale nic dziwnego, w sumie na nogach jestem od 0500. W jakiejs miejscowosci, w ogromnym zamieszaniu, pomocnik kierowcy podbiega do mnie i mowi, ze tam jest autobus do Antigua. Uff, na to czekalem, balem sie ze o mnie zapomnial. Prosilem go, zeby powiedzial mi, gdzie moge sie przesiasc, bo jazda do stolicy i potem do Antigui to zbyt dlugo jak dla mnie i troche na okolo. Jeszcze tylko godzina w drugim busie i okolo 1700 jestem na miejscu. Podroz trwala niecale 4h, masakra. Nigdy wiecej. Przynajmniej do jutra.. ;) Antigua powoli pograza sie w ciemnosciach. Chmury juz od kilku godzin wisza dosc nisko i nawet z busa nic nie bylo za bardzo widac. Miasto jest dawna stolica Gwatemali, o kolonialnej, niskiej zabudowie i brukowanych uliczkach. Wpisane jest na liste swiatowego dziedzictwa UNESCO. Zewszad dobiega mnie jezyk angielski, turystow jest naprawde sporo. Glownie mlodzi ludzie, na kursach hiszpanskiego lub po prostu na wczasach. Widze kilka osob z walizkami na kolkach, co dosc smiesznie wyglada na bruku. Poza tym Burger King, kilka bankow, kafejki. Calkiem sympatycznie. Gdy robi sie ciemno wciaz siedze na chodniku i obserwuje rynek. Na drzewach zapalaja sie zolte lamki swiateczne – prawie jak w Krynicy Gorskiej… W koncu trzeba gdzies znalezc nocleg. Kraze po uliczkach w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, az w koncu zagaduje mnie dwoch chlopakow – pracuja dla hostelu mlodziezowego i moga mnie tam zaprowadzic. Cena jest ok, 5 dolarow za dormitorium, wiec ide z nimi. Rzeczywiscie calkiem fajne miejsce, hostel nazywa sie Ummagumma, dwa pietra, taras, kuchnia, internet. Zamiast dormitorium za ta sama cene dostaje prywatny pokoj. Jeszcze lepiej. W hostelu jest troche mlodziezy, ale jakos nie mam ochoty sie z nimi poznawac. Wychodze polazic po miescie, cos zjesc. Nie moge znalezc zadnej jadlodajni, tacos – nic. Tu jedzenie wloskie, tam portugalskie, a moze niemieckie pan sobie zyczy? W koncu jem w jakims fast foodzie bo juz mi sie odechcialo szukac czegokolwiek. Wracam do hostelu. Po drodze natykam sie na swiateczna procesje – dzieci z latarenkami, zlobek, spiew i granie, a przed wejsciem tez jakas swiateczna imprezka, glosniki na ulicy, krzesla, koledy, male dzieci biegaja tu i tam, a rodzice za nimi..rodzinnie – wole juz to niz szal zakupow.. :)

W samym hostelu rowniez cos sie dzieje na tarasie, jednak ja zamykam sie w swoim pokoju i oddaje sie lekturze. Nie zgadniecie co czytam. W niektorych hostelach mozna wymieniac ksiazki – ja postanowilem zainwestowac w swoj hiszpanski i wymienilem dotychczasowa ksiazke, z ktorej nic nie rozumialem, na inna, z ktorej pewnie tez nic nie bede rozumial. To Nowy Testament. W wersji hiszpanskiej i angielskiej.. :) Szkoda, ze nie bylo Starego, ale co zrobic.. :) Zobaczymy co z tego wyniknie…

Co dalej? Pewnie bede musial jechac do stolicy, przespac sie tam i nastepnego dnia jakos probowac przedostac sie do Salvadoru. Gwatemala City podobno nie jest przyjemnym miejscem i nie jestem zachwycony, ze tam musze jechac, ale z Antigui nie ma polaczen na granice, a jesli sa, to oferowane przez biura turystyczne i hostele za cene nieco wyzsza niz normalna. Chociaz i tak korzystnie dosc. Zobaczymy, jest juz troche pozno jak na jakies dzialania, wiec musze sie ruszyc i cos zdecydowac..

pz!


4 comments to Lago de Atitlan

  • iza. says:

    Genialnie :) Przez Ciebie sie nie wyspie – czytam pol nocy ;P A zdjecia jak zawsze.. ;)
    Powodzenia! :)

  • ola lizbona says:

    nie mialam dostepu do netu przez dluzszy czas ale wlasnie nadrobilam zaleglosci.
    cudownie tam masz:)
    co do nauki języka… zawsze zaczynalam uczyc sie z ksiazeczek dla dzieci.. ale Nowy Testament to chyba tez niezly pomysl:)

  • Alicja says:

    Fredi zdjęcie 18 jest po prostu…NIESAMOWITE!:)

    i cały czas masz t-shirt od nas ;) jeszcze jej nie porzuciłes ;P

  • johny says:

    konkreciki w pileczke Cie ograly…
    maximona walniemy sobie w opor chacie bez dwoch zdan. Nawet tego kolezke (zdjecie p3,12/15) sie z bagaznika zalatwi zamiast zakopywac w lesie.
    oprocz tego
    mistrz

    p.s. zadnych boisk do siatki przed kosciolami… piekny kraj

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.