Dwa dni w raju..

Posted on 03 December 2009

Do Rio Grande, niewielkiej osady na zachod od Puerto Escondido, dotarlem wczesnym popoludniem. Kierowca mikrobusu, z ktorym tu przyjechalem, wskazal mi miejsce, skad odchodza taksowki i tzw. collectivos  do Zapotalito. Z nieba lal sie zar, a nad glowna droga, przebiegajaca przez srodek miasteczka, unosily sie tumany kurzu. Gdy zarzucilem na plecy swoj worek w moim kierunku posypaly sie glosne pytania ´Hola, amigo! Taxi?, ´Donde vas?´ i  nazwy ´Zapotalito?´ oraz ´Chacahua?´. Raczej trudno bylo nie trafic z tymi ostatnimi, gdyz turysci odwiedzaja Rio Grande wlasciwie tylko po to, by zlapac transport do rybackiej wsi Zapotalito, ktora lezy juz na terenie parku narodowego (Laguna de Chacahua)  i z ktorej dotrzec mozna lodzia do odcietej przez wode i dzungle malutkiej Chacahua. To wlasnie byl moj cel.

W Rio Grande taksowkarze siedza w cieniu na kraweznikach przed swoimi samochodami. Byc moze rozmawiaja o tym, ze za dwa tygodnie bedzie pelno roboty, bo zacznie sie swiateczny okres, a teraz to nikt nie jezdzi… Gdy pojawiam sie na horyzoncie atmosfera sie ozywia, przerywaja rozmowe i jeden z nich podchodzi do mnie, pytajac czy chce jechac do Zapotalito. Pytam o cene, co jest dobra praktyka – nikt tu nie uzywa taksometrow, trzeba sie umowic wczesniej na odpowiednia kwote. 75 pesos. Hm, na szczescie odrobilem prace domowa. Pytam sie o transport kolektywny, na co postawa taksowkarza zmienia sie w ulamku sekundy, z ´dobrodusznego przyjaciela´ na ´gbura´.. Juz wie, ze tym razem nie zarobi. Wskazuje niedbale reka gdzies za siebie i wraca do swoich kolegow. Ja natomiast po chwili znajduje sie na niewielkich rozmiarow placyku, gdzie stoi identyczny do taksowek samochod, popularny tutaj Nissan Tsuru, z napisem Collectivo Zapotalito. Cena wynosi 15 pesos, czyli wszystko w normie, jednak mozna.. Zadowolony laduje do bagaznika plecak i po 5 minutach, gdy zebralo sie jeszcze dwoch, ´brakujacych pasazerow´, ruszamy. Jazda trwa niecale pol godziny, z jedna przerwa - przy wjezdzie do parku narodowego wojsko zatrzymuje samochody w tym i nas. Kierowca musi otworzyc bagaznik, pytaja sie tez co mam w plecaku, ale wyglada na to, ze to po prostu rutynowa kontrola, bo zadawalaja sie odpowiedzia – ´ubrania´..

W Zapotalito rzeczywiscie nic nie ma – sklepik, tacos i lajby.. Kierowca mija glowna przystan i zawozi mnie kilka domow dalej, krzyczy cos przez okno i zostawia mnie samego z 4 nastolatkami. Za 200 pesos moga mnie zawiezc do Chacahua, w ofercie sa tez drozsze ´wycieczki krajoznawcze´ lodzia. Kiwam glowa, mowie, ze chce po prostu dotrzec do Chacahua, ale najpierw chcialbym kupic sobie cos w sklepie do picia. Najstarszy z chlopakow pyta sie czy cos konkretnego, bo jesli tak to moze on moglby pobiec.. ale mowie, ze nie trzeba. Prawde powiedziawszy, nie podobalo mi sie to, ze kierowca zawiozl mnie akurat tutaj, a nie na glowna przystan Zapotalito. Postanowilem tym przebieglym manewrem ze sklepem sprawdzic ceny w innych miejscach. Cofam sie 150 metrow na glowna przystan i juz u przy wejsciu zagaduje mnie facet, czy nie chce plynac do Chacahua. Prowadzi mnie do tablicy z cenami, gdzie za transport w jedna strone zycza sobie 400 pesos. Zdaje sobie sprawe, ze sa to ceny za lodke, a nie od osoby, ale akurat w moim przypadku nie ma to znaczenia i tak bede musial sam zaplacic calosc. Grzecznie dziekuje i mowie, ze dostalem lepsza oferte. Facet spuszcza z ceny do 200 pesos w jednej chwili, ale juz mi sie jego styl nie podoba. Wracam do chlopakow i plyne z jednym z nich przez lagune. Zwykla lodz napedzana jest mocnym i glosnym silnikiem zewnetrznym i osiaga nawet niezla predkosc. Widoki sa niczego sobie - podczas polgodzinnej drogi przeplywamy przez otwarte jeziora otoczone pagorkami i gestym lasem, bladzimy przez wodne kanaly ´wyciete´jakby w dzungli, z mnostwem ptactwa i ryb, a takzemijamy malutkie wioski, zlozone z kilku chatek..Od czasu do czasu widze inne, podobne lodki do tej, ktora plyne. Wyglada na to, ze posiadanie tutaj lodzi, jest czyms absolutnie niezbednym.

W koncu docieram na miejsce. Przed soba widze ujscie do morza, latarnie morska na wzgorzu po prawej stronie i kilkanascie chatek przykrytych liscmi palmowymi po obu stronach kanalu. Chlopak wysadza mnie na lewym brzegu i juz po chwili ide ze starsza kobieta na plaze, gdzie bede mogl za darmo rozbic namiot pod dachem z liscmi i zjesc cos w jej ´restauracji´. Place za tyle, ile zjem. Jak dla mnie ok. Po chwili okazuje sie, ze jest to duzo wiecej niz ´ok´..

Znalazlem sie w bajce.. 100 metrow przede mna otwiera sie zatoka – morze ma niesamowity, niebieski kolor, a piasek jest naprawde zloty i taki delikatny.. Rozstawiam namiot i pedze do wody by sie ochlodzic. Po chwili zauwazam, ze na tej plazy… praktycznie nikogo nie ma. W cieniu, w podobnych ´restauracjach´do mojej siedza jacys ludzie, ale jest ich tak niewiele, ze nie wierze w swoje szczescie.. (´restauracja´ to za duzo powiedziane – sa to po prostu zacienione miejsca, z krzeslami i stolikami ogrodowymi i wiszacymi hamakami. Mozna przyjsc, odpoczac, rozbic namiot i zamowic cos do jedzenia lub picia. Lokale te ´prowadza´ najczesciej pojedyncze osoby). Reszte dnia spedzam spacerujac po wiosce, lezac w hamaku obok namiotu i od czasu do czasu wchodzac do wody.. Ah, to jest dopiero chill out! ;) W nocy nie dalo sie wytrzymac w namiocie z goraca, a na zewnatrz z kolei pojawily sie komary i muszki. Nie duzo, ale skutecznie nie pozwalaja zasnac spokojnie w hamaku. W koncu, zmeczony, zagrzebuje sie gdzies w piasku obok namiotu i spie az do 1000..

Drugi dzien minal mi bardzo aktywnie - zaczalem od opalania ;) Wytrzymalem jednak tylko nieco ponad godzine, slonce grzalo okropnie i jedynie kapiel w oceanie dawala jakies szanse na ochlodzenie. Chcialem tego dnia pobiegac i porobic jakies cwiczenia, ale przeciez nie w taki upal, trzeba poczekac do wieczora.. Na plazy praktycznie nikogo, pod daszkami bujaja sie pojedyncze osoby w hamakach. Lenistwo. W wodzie kilka osob tak jak ja, probuje sie chlodzic, a kawalek dalej widac 2 czy 3 surferow smigajacych po falach.. Do glowy przychodzi mi pewna mysl.

Za 100 pesos w jednej z sennych knajp wypozyczam na pol dnia deske surfingowa! Kompletnie sie nie znam na tym, ale jest dluzsza niz ta, na ktorej probowalem w Lizbonie. Byc moze ma to jakis zwiazek z napisem na niej.. Longboard. Mam wrazenie, ze jest wrecz nieporeczna, ale co tam, moze bedzie latwiej mi utrzymac rownowage na niej ;) W wodzie spedzilem z krotka przerwa prawie 5 godzin. Nie moge niestety powiedziec, ze  poczynilem jakies znaczace postepy.. Kilka razy udalo mi sie w kuckach ´pojechac´na fali dobre kilkanascie metrow, glownie jednak machalem rekami i lezalem na brzuchu na tej desce. Pare razy niezle mnie skotlowalo pod falami.. Jakby to powiedzial Kacper, zebralem ´niezly wpi…ol na wodzie´;) Najwieksze straty jednak przyszly z czasem – nie wiem czy surferzy maja torsy ze stali, ale klej, ktory pokrywal wierzch deski w nieprzyjemny sposob podraznil mi klatke.. Chociaz to i tak nic w porownaniu do oparzen slonecznych. Gdy po poludniu wszystko zaczelo mnie piec, zrozumialem, ze troche przesadzilem ;) Oczywiscie zadnych kremow nie mam, a kupowanie tam czegokolwiek nie bylo najlepszym pomyslem. Na dodatek odnowila mi sie jakas drobna kontuzja w prawym barku od tego kraulu na desce i teraz mam problemy nawet z patrzeniem ktora jest godzina na zegarku ;) Moze pod koniec mojego wyjazdu, po kilku takich treningach na roznych ´lagunach´i plazach (spotach? ;p), naucze sie stawac na desce i opalac, ale narazie w tych dwoch konkurencjach, tj. ´surfingu´ i ´plazingu´, jestem kompletnym amatorem ;)

W nocy na szczescie nie bylo komarow wiec moglem spac na zewnatrz. Problem polegal na tym, ze nie moglem lezec ani na boku (bol w barku) ani wlasciwie na niczym, bo wszystko mnie pieklo od slonca ;) W koncu wymyslilem, ze najlepiej bede sie czul w hamaku. Przez pol godziny dalo sie wytrzymac (maja tu swietne hamaki swoja droga, chyba wysle jeden do domu, jesli gdzies kupie taki oryginalny!) ale pozniej oczka zaczely wpijac sie w bolace plecy. Na to znalazlem niezwykle proste i skuteczne rozwiazanie – w hamak wsadzilem moja mate samopompujaca i juz bez problemu dospalem do rana..  

Laguna de Chacahua to wymarzone miejsce na kilka dni ucieczki od rzeczywistosci. Wyglada na to, ze mialem szczescie i w sezonie jest troche wiecej osob niz bylo teraz, ale wciaz, Chacahua jest nie skazona przez komercje.. Co prawda posilki w ´restauracjach´na plazy moglyby kosztowac troche mniej, ale zawsze mozna jesc we wsi tacos trzy razy taniej.. Przyznam sie szczerze tez, ze tak naprawde po raz pierwszy czulem sie nieco samotnie tutaj. Nie wiem czego to bylo wynikiem, przeciez lezenie w hamaku, praktycznie na koncu swiata, z dala od wszystkiego, jest naprawde swietne, jednak brakowalo mi kogos, z kim moglbym napic sie piwka (pijac samemu tak dobrze nie smakuje), pogadac, posmiac sie czy wreszcie ´posurfowac´;)  Nawet ´nic-nie-robienie´lepiej wychodzi razem z kims ;) Obok mnie, w namiocie, mieszkal Miguel, 26 letni dziennikarz z Mexico City, ktory przybyl do Chacahua na kilka dni, by pomyslec o swoim zwiazku z pewna kobieta i odpowiedziec sobie na kilka pytan. Gadalismy od czasu do czasu, ale nie byla to moja bratnia dusza.. Samotnosc nie doskwiera mi jakos bardzo, nie mniej jednak sa chwile, gdy brakuje mi z kilkoma osobami kontaktu.. Natomiast wracajac jeszcze na moment do tego miejsca i jego atmosfery – zdecydowanie moglbym kiedys tu przyjechac z przyszla zona! ;) To taka dygresja..

Dzis czuje sie jakby kazdy promien slonca palil mi skore. Na wszelki wypadek, przemykam po po ulicach w cieniu. Rozwazam tez kupno kremu w rodzaju ´after sun´, ale boje sie, ze w aptece mnie nie zrozumieja.. Po porannej kapieli w Pacyfiku zwinalem namiot i wrocilem do Rio Grande. Zajelo to nieco ponad 1 godzine.. Z Chacahua najpierw wyboista droga, siedzac na pace jeepa, gdzie w prowizoryczny sposob zamontowane byly lawki dla ludzi(w sezonie deszczowym droga ta jest nieprzejezdna), a potem lodka do Zapotalito. Stamtad znow jeepem collectivo do Rio Grande, gdzie jestem w tej chwili piszac te slowa. Wyglada na to, ze jeszcze dzis bede chcial wrocic do Puerto Escondido, skad licze, ze uda mi sie zlapac nocny autobus do Oaxaca…W tym miescie podobno jest kilka fajnych rzeczy, niewykluczone, ze jeszcze odwiedze raz jakas plaze w Meksyku, zanim przeskocze do Gwatemali, ale narazie o tym nie mysle ;)

pozdrawiam Was surfersko, aloha!

PS. Zanim zobaczycie zdjecia chcialbym podzielic sie z Wami pewna informacja. Otoz sprawdzilem przed chwila licznik tego bloga i ku mojemu zaskoczeniu, praktycznie po miesiacu dzialania, strone te odwiedzilo ponad tysiac roznych osob, a licznik wskazuje prawie 9,5 tys. odwiedzin…Jest to dla mnie duze zaskoczenie, ale takze i wyroznienie. Ciesze sie, ze zagladacie tu tak czesto, a moje teksty tak latwo Wam sie czyta. I dzieki za wszystkie komentarze!

foto:


13 comments to Dwa dni w raju..

  • kacper says:

    Dobra mysl Ci do głowy przyszła:D szkoda ze nie ma specjalnie zdjec tych fal:) u mnie ostatnio byly 3m i ledwo mialem sile na brzeg wyjsc;) w ameryce południowej bedziesz miał pare miejscowek fajnych – w Brazylii jest pare miejsc gdzie dobre warunki do nauki! trzymaj sie huncwocie i czekamy na kolejna porcje przygod!;)

  • olek says:

    nie wiedzialem o tym blogu. diana mi 2 dni temu pokazala. bede wbijal. powodzenia! ;]

  • Haski says:

    Fred moze podrazniles sobie klate, bo nie ogoliłeś jej, hahaha ;P

    Aloha !

  • Misia says:

    Wszystko fajnie, tylko powiedz może jednak o stronie finansowej bo sama wiem z doświadczenia że taka ‘przygoda’ jak Twoja jest – owszem, bardzo ciekawa i masz dość dorosłą ‘ideę’ podróżowania (tutaj pełne gratulacje) – dosyć kosztowna, zwłaszcza jak się nie pracuje. Ja działałam na zasadzie pracuję aż uzbieram trochę i dalej jadę – fakt, przedłużył mi się wyjazd prawie o 3 miesiące ale warto było. U Ciebie chyba wszystko sponsorują rodzice bo nigdzie się nie zatrzymujesz raczej aby zarobić na przejazd. Plan B na pewno musisz mieć i ktoś czuwa nad tym żeby Ciebie ‘ściągnąć’ w razie ewentualnej potrzeby. (czego Tobie oczywiście nie życzę bo wiem jaka frajda jest z pomieszkiwania w Meksyku;)). Tylko pisz o wszystkim, bo ludzie to czytający stwierdzą że tak ‘w ciemno’ podróżować jest bardzo tanio i potem się przejadą. Jest taniej w porównaniu z tym co oferują biura podróży – na pewno, ale i tak to są niestety kwoty liczone do ok. 25-30 tyś.zł. Mówię z autopsji – pół roku podróżowałam: Kanada-USA-Ameryka Południowa.
    Życzę powodzenia! Pozdrawiam!

    PS: Piszesz ciekawie więc może zatroszcz się o jakąś rubryczkę w czasopiśmie dla podróżników, co?

  • kusiex says:

    Ciekawy wypad! Fajnie, ze liźniesz różnych miejsc w Meksyku i nie tylko. No i znalazłeś miejsce na miesiąc miodowy :) Powodzenia!

  • fred says:

    Misia: Coz, blog ten pisalem od poczatku przede wszystkim dla znajomych.. Jednak ciesze sie ze zaczynaja na niego wchodzic inni ludzie.. Przed nikim nie ukrywalem specjalnie, ze nie bylbym w stanie sam sfinansowac sobie takiej ‘wycieczki’. Na szczescie mialem mozliwosc pozyczenia pieniedzy od rodzicow (ktore zamierzam potem oddac) i nie widzialem sensu czekania z taka podroza na chwile, az bede sobie sam w stanie zaplacic za nia. Moment byl idealny, przerwa w studiach, nic nie wiaze mnie w kraju – skorzystalem z szansy jaka dal mi los, czy mam sie przez to czuc gorszy?
    Jasne, moglbym pracowac po drodze, na pewno poznalbym wielu ciekawych ludzi, nauczyl sie lepiej jezyka.. Nie wykluczam, ze gdzies mi sie tak spodoba, ze zostane chwile dluzej.. tak jak pisalem nie mam sztywnych planow. Ale narazie glownie chce sie przemieszczac, poznawac nowe. Oczywiscie, ze mam wsparcie w Polsce, nie tylko w rodzicach, ale i w znajomych, i niektorych rodzicach znajomych. Nie zostane sam, gdyby cos sie dzialo, chyba ze bede chcial sam.. Chwala Ci za to, ze Ty podrozowalas w sposob, o ktorym mowisz i Ci sie to udawalo.. Moze jestes ‘lepszym’ podroznikiem? Mysle ze takie porownania sa bez celu, kazdy ma jakas swoja droge. Jedni pozyczaja od rodzicow na mieszkania, samochody, wczasy na Ibizie, ja pozyczylem na taki trip. Inni w ogole nie moga pozyczac. Nikt nie mowil, ze zycie jest sprawiedliwe, ale dlaczego mam sobie utrudniac? Byc moze zrobilbym to samo i nie majac tej szansy, bedac bez pieniedzy, z kilkoma dolarami w kieszeni, nie mialbym aparatu fotograficznego, nie stac mnie by bylo na kafejki internetowe, podrozowalbym wolniej, mniej bym zobaczyl, nie byloby tego blogu.. moze mialbym lepsze przezycia? Moze byloby to bardziej romantyczne? Ale jak juz cos robisz, to rob to dobrze, a przede wszystkim badz z tego sam zadowolony. I ja jestem jak narazie, wiec nie widze problemu..

    Mowisz, ze podrozowalas po Kanadzie, USA i Ameryce Poludniowej. To ostatnie to dosc szerokie pojecie, natomiast mam wrazenie, ze szczegolnie w Ameryce Polnocnej ceny sa dosc wysokie.. 30 tys. zlotych – coz, tak, to czasem moze tyle kosztowac. Ja planujac wydatki celowalem w przedzial 15-20 tys. Wiekszosc sprzetu mialem przed wyjazdem, nie planowany byl lot do NYC za 500usd, ale zasadniczo, od kiedy jestem w Meksyku, dziennie wydaje ponizej 20 dolarow, z noclegiem w hostelu, lokalnym jedzeniem i jakimis bonusami w rodzaju ciasteczek czy loda podczas upalu. A przeciez nie zawsze spie w hostelu (srednia to 10 usd za noc, ale trafiam czasem i za 6 usd), nie zawsze jem cieply obiad, i nie zawsze sa jakies bonusy. I chodze wszedzie gdzie sie da na piechote. Do tego trzeba doliczyc koszta przejazdow, ale w dalszym ciagu, nie wychodzi tak zle. Mozna wydac i 60 tysiecy zlotych, jedzac codziennie w knajpach, spiac w hotelach i nie przejmujac sie cenami transportu – taryfy, non stop autokarami w 1 klasie, kazda zachcianka itd.. Tez mozna, tylko wtedy pewnie traci sie troche. Wydaje mi sie ze ja poszedlem troche na taki kompromis, a czasem wierz mi, oszczedzam jak sie da. Dobrze, ze w Gwatemali jest jeszcze taniej podobno ;)

    Mozna dlugo tu pisac o roznicach i finansach, dlatego zdecydowalem sie, ze bede po prostu wplatac w relacje niektore ceny za rozne rzeczy (i dlatego uwazam, ze w jakims stopniu jednak pisze o ‘stronie finansowej’), by inni mogli skorzystac w pewien sposob z tego, ale blog ten nie jest ani informacja turystyczna ani zadnym przewodnikiem. To chyba oczywiste, ze przygotowania do podrozy to nieco bardziej skomplikowany proces niz czytanie bloga czy dwoch? Czy mam dodawac informacje pod kazdym postem – ‘autor bloga nie ponosi zadnej odpowiedzialnosci za szkody materialne i moralne powstale w wyniku zawierzenia informacjom podanym na tej stronie’? Jesli ktos przyjedzie tu po lekturze mojego bloga i sie ‘przejedzie’, tzn. ze sie nie przygotowal, ma pecha albo nie powinien ruszac sie z domu w ogole..

    a co do rubryczki w jakims magazynie..skoro i tak pisze, to jasne, czemu nie, tylko nie mam kontaktow, ani zadnego pojecia jak sie do tego zabrac ;) No i nie wiem czy ‘rubryczka’ to dobre miejsce – podobno po wydrukowaniu wszystkich relacji jest juz ponad 30 stron A4.. ;)

    uf, to tak w ramach odpowiedzi ;)

    Haski – nie wszyscy sa tacy wyzwoleni jak Ty ;)
    Kacper – hm, nie przyszlo mi do glowy, by robic zdjecia falom, ale najwieksze nie przekraczaly 2m, wiec luz ;)

    pz z Oaxaca.

  • kusiex says:

    Co do rubryczki to wiem, że National Geographic ma konkurs “prowadź blog z podróży” tylko, że tam chyba biorą pod uwagę pomysł, który zgłasza się przed wyjazdem… Ale może by byli zainteresowani :) W końcu nie wracasz za tydzień :]

  • Kamil says:

    hej!
    czytam, czytam!
    jestem, wspieram!
    pzdr

  • alek says:

    Kiedys nie lubilem literatury podrozniczej. Pozniej przeczytalem Cejrowskiego i sie nawrocilem. Teraz czytam ten blog i musze powiedziec, ze wnosi on sporo dobrego do mojej jesiennej warszawskiej rutyny… Im dłuższe wpisy, tym lepsze :) Życzę Ci z całego serca, żeby Twoja podróż była jak najbardziej udana!

  • tomuś says:

    Widzę Fred, że coraz bardziej zaczynasz moczyć tyłek na desce ;) Następnym razem poproś o bodyboard… i przy okazji jakbyś planował jakieś włajaże: wannasurf.com
    Aloha!

  • Ali says:

    “Nawet ´nic-nie-robienie´lepiej wychodzi z kims ;)”
    zgadza sie, ale i nawet bez upierdliwych rozmowcow jest mega,wiec bez sentymentow tam ;D

  • Stopa says:

    Fred, tak z własnego doświadczenia, o którym kiedyś rozmawialiśmy – rób to co robisz i rób to po swojemu! A liczenie każdego peso, bolivara, sola czy reala… to chyba nie do końca ma sens:)
    To jest TWOJA przygoda, TWOJE przeżycia i TWOJA radość:) Ciesz się tym, korzystaj i bierz pełnymi garściami!

    Co do spotów – polecam miasteczko Montanita w południowym Ekwadorze – świetne warunki:) Byłem, sprawdziłem:)

    Pzdr i trzymaj się!

  • fred says:

    dzieki stopa za ten koment!

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.