Ciudad de Mexico

Posted on 20 November 2009

Mexico City. Uznawane za trzecia aglomeracje miejska swiata, za Tokio i Seulem, pod wzgledem liczby ludnosci. Szacuje sie, ze obszar calego megalopolis liczy ok. 25 mln mieszkancow! Polozone na wysokosci 2239 m npm miasto zostalo zalozone przez Aztekow w XIV wieku na jednej z wysepek na jeziorze Texcoco. To kolejna ciekawostka i trudno w nia uwierzyc patrzac na ta olbrzymia metropolie. Kiedys miasto otoczone bylo przez piec jezior. W wyniku szybkiego rozwoju, zajmowane byly kolejne wysepki i bagna, na ktorych zakladano nowe osady, a wszystko to polaczone bylo ze soba systemem grobli i mostow.. Gdy w XVI wieku przybyli Hiszpanie, zrownali z ziemia to, co zastali, a jeziora osuszyli chcac otrzymac gleby pod uprawe. Niestety gleby okazaly sie zbyt slone.. Dzis brak wody to, oprocz szybkiego, niekontrolowanego przyrostu liczby ludnosci i trudnosci w realizacji, lub moze bardziej – braku strategii rozwoju przestrzennego, najwiekszy problem miasta.
Do Ciudad de Mexico, a konkretnie na Polnocny Dworzec Autobusowy, dotarlem po poludniu. Autobus przez godzine przebijal sie z obrzezy miasta kilkupasmowa arteria w okolice centrum. Za oknem widoki interesujace ale niezbyt piekne – to tak jakby podziwiac Marki wjezdzajac do Warszawy. Problem w tym, ze to porownanie nie oddaje skali.. Miasto jest ogromne. Rozlozone na wzgorzach i w dolinach wyglada jak zafalowane morze. Tysiace, setki tysiecy domkow, ruder i blokow scisnietych jeden obok drugiego, a czasem jeszcze i na trzecim. Wzgorza obudowane praktycznie w calosci, a niektore uliczki sa tak strome, ze samochody nie sa w stanie pod nie podjechac. I niebo. Mimo zachodzacego slonca jest szare, jakby brudne i ciezkie. Widocznosc moze z 4km. To smog, kolejny wielki problem miasta, ktore zostalo uznane przez jedna z niemieckich gazet za najbardziej zanieczyszczone na swiecie..
Tyle z wikipedii.. ;) Z autobusu wysiadlem w dobrym humorze, mialem zapisane w notesie trzy adresy hosteli, ktore znalazlem wczesniej w internecie. W informacji turystycznej na dworcu otrzymalem plan miasta wraz z zaznaczonymi liniami metra. Postanowilem, ze taryfy nie bede bral, gdyz te dworcowe, niby bezpieczne, jak zapewniala pani z dworcowych glosnikow, byly jakies wyjatkowo drogie, a do reszty wolalem sie nie pakowac. Za 2 peso (to chyba najtansze metro jakim jechalem, bilet jednorazowy, na wszystkie linie, a jest ich tutaj sporo, kosztuje na polskie zlote jakies 50gr!) kupuje karnet i wchodze w tysieczny tlum w podziemiach (co ja mowie, tysieczny? do bramek wejsciowych ustawiaja sie kolejki!). W pierwszej chwili czuje sie troche zagubiony, wszyscy sie gdzies spiesza, pchaja.. Na szczescie duzo jest napisow informacyjnych, wiec bez problemu znajduja wlasciwa droge. Stacje to ogromne, podziemne kompleksy. Na niektorych z nich, tam gdzie mozna sie przesiadac na inne linie, sa dlugie korytarze, zupelnie jak na lotniskach, ktorymi idzie sie przez dlugie minuty. Kazda stacja ma inne ‘atrakcje’ – by sie czlowiek nie nudzil maszerujac, na scianach, w elegancki sposob prezentowane sa m.in. rozne obrazy, krotkie charakterystyki dzikich zwierzat wraz z ladnymi zdjeciami, plakaty prezentujace inne metra na swiecie (Warszawy nie widzialem ;p), a raz nawet przechodzilem przez zaciemniona komore, na ktorej sklepieniu mozna bylo podziwiac gwiazdozbiory wraz z opisem. W nie najnowszych wagonach tez jest dosc tloczno, w niektorych nie dziala klimatyzacja, w innych ‘nie dziala’ pani, ktora mowi jaka jest nastepna stacja.. Wszystkie sklady natomiast poruszaja sie bardzo sprawnie. Drzwi tak naprawde otwieraja sie doslownie na kilka sekund, po czym pociag rusza dalej. Zeby wysiasc na swojej stacji, trzeba zawczasu dopchac sie do drzwi, co oczywiscie powoduje zamieszanie i pewnie z takich okazji korzystaja kieszonkowcy, bedacy ponoc plaga miasta. Ja na wszelki wypadek trzymam reke w kieszeni z portfelem, ze niby taki wyluzowany jestem.. ;) Inna ciekawa rzecza w metrze sa sprzedawcy plyt CD. Wchodza na praktycznie kazej stacji, maja plecak z wmontowanymi glosnikami, z ktorych leci glosna muzyka i pilota do odtwarzacza w jednej rece. W drugiej trzymaja garsc plyt, prawdopodobnie swoich wlasnych skladanek. Przeciskaja sie przez caly wagon, zachwalajac swoj towar i zmieniajac co kilka sekund utwory. Ludzie chyba sa juz do nich przyzwyczajeni, bo nawet ci spiacy na siedzeniach niespecjalnie sie przejmowali nimi.

Trzy przesiadki i oto jestem na Zocalo, glownym placu miasta, miejscu, w ktorym Aztekowie postanowili zalozyc swoja stolice (wg legendy otrzymali znak od bogow – na jednym z kaktusow na wyspie, w miejscu dzisiejszego placu, usiadl orzel z wezem w szponach co bylo wystarczajacym powodem by zalozyc tu osrodek miejski). Jest juz ciemno, katedra jest delikatnie podswietlona na fioletowo, a dlugi budynek palacu gubernatorskiego ogrodzony jest bramkami, przy ktorych stoi policja. Po chwili dostrzegam, ze policji jest tutaj bardzo duzo, zamkniete dla ruchu sa drogi w okolo Zocalo, a na samym placu roi sie przechodniow. Nad wszystkim goruja telebimy, na ktorych trwa odliczanie do godziny 2100. Pieknie, trafilem na jakas manifestacje, koncert albo obchodza wlasnie dzis sylwestra wg kalendarza Aztekow – pomyslalem. Z kazda minuta docieraja do mnie kolejne bodzce. Przede wszystkim panuje straszny jazgot, setki sprzedawcow kraza po placu i sprzedaja jakies dziwne swiecidelka – od nausznikow blyskajacych na czerwono i niebiesko, przez roznego rodzaju rozdzki swietle, az po proce, wystrzeliwujace w gore swiecace skrzydelka. Jest tego naprawde w cholere, bo wszystkie male dzieci oczywiscie musza miec taka zabawke. Jesli ktos chce, moze kupic na ulicy nowe kapcie, staniki, skarpetki, torebki, a nawet ‘za przeproszeniem rajstopy’ ;). Inna kategoria sa sprzedawcy zywnosci – tutaj mamy pelna roznorodnosc, od zwinnych wozkow z tortillami, tacos, chipsami, papierosami na sztuki itd. przez ciezsze, stacjonarne budki z hot dogami i frytkami, po takich, co kupili za rogiem opakowanie batonikow i sprzedaja je drozej na placu. Wszyscy krzycza – a diez, a diez! a quarenta! veinte, veinte, veinte pesooooos! Cos strasznego.
Chwile mi zajelo zlokalizowanie hostelu, ale zdecydowanie byl to strzal w przyslowiowa 10. Za tyle wlasnie dolarow mozna przespac sie w Hostelu Moneda, ktory zlokalizowany jest jakies 100m od Zocalo. W cenie jest sniadanie i obiado-kolacja (szwedzki stol), a takze kafejka internetowa! Loguje sie w pokoju, chwila odpoczynku, niezla kolacja (najadlem sie za trzy dni chyba) i wychodze sie przejsc po ‘downtown’. ;) Kraze troche po najblizszych uliczkach Zocalo, ludzi z kazda chwila przybywa, sa ich, nie przymierzajac, tysiace.. W koncu znajduje jakies miejsce z boku placu i wybija godzina 2100. Gasna wszystkie swiatla i rozpoczyna sie show. W nocy z 19 na 20 listopada 1910 rozpoczela sie rewolucja meksykanska i w ramach uswietnienia 99 rocznicy tego wydarzenia w miescie przez kilka dni poprzedzajacych ta date odbywaja sie wieczorami darmowe pokazy dla ludzi. Rewolucja trwala ponad 7 lat i w jej wyniku doszlo do wielu zmian w kraju. Meksyk stal sie w tym czasie arena walk o wladze roznych stronnictw, powodujac niepokoj w spoleczenstwie, czego konsekwencja byl naplyw ludnosci z terenow wiejskich do stolicy. A wracajac do pokazu, to rzeczywiscie bylo na co popatrzec. W niezwyklym polaczeniu swiatel, sztucznego dymu, fajerwerkow i muzyki, na fasadzie palacu gubernatorskiego wyswietlaja sie twarze meksykanskich bohaterow, od czasow przedhiszpanskich po dzisiejszych przywodcow. Potem nastepuje szereg zludzen optycznych, sciany palacu zaczynaja falowac, to zwiekszac sie, to zmniejszac, azteckie wzory ukladaja sie w niesamowite klocki w stylu tetrisa, w pewnym momencie pojawiaja sie wszedzie kolorowe rybki, caly plac zalany jest niebieskim swiatlem, a chwile pozniej  palac zamienia sie w zgliszcza by zaraz przeksztalcic sie w basniowy palac. Bylem pod wrazeniem tego przedstawienia, ktore trwalo prawie 25min! Widac, ze rzad doklada wszelkich staran, by wzmocnic swiadomosc narodowa w obywatelach (ich roznorodnosc i przywiazanie do wielu roznych tradycji to tez jeden z kilku problemow tego kraju). Po pokazie wracam do hostelu by przygotowac jakis plan na nastepny dzien zwiedzania.

Plan jest bardzo prosty, jest kilka rzeczy w miescie, ktore chce zobaczyc i po sniadaniu po prostu wychodze na calodniowy spacer z aparatem. Ogladam ogromna katedre zajmujaca caly jeden bok Zocalo, nastepnie wchodze do palacu gubernatorskiego, ktory udostepniony jest dla zwiedzajacych zupelnie za darmo. Krece sie po kilku parkach, spaceruje wzdluz glownej arterii miasta, podziwiam monument Aniola Niepodleglosci, symbolu Mexico City, zahaczam o Zone Rosa (dzielnica rozrywkowa z licznymi barami i pubami), a po poludniu docieram do niesamowitego Muzeum Antropologii, gdzie spedzam ponad 2h. Trudno tu opisac wrazenia z kazdego miejsca, jest ich zbyt wiele i budza rozne odczucia. Przede wszystkim jednak moge napisac, ze w miescie czuje sie bezpiecznie, czym jestem nieco zaskoczony, gdyz spodziewalem sie czegos innego. Z drugiej strony nigdzie dalej niz obszar centrum sie nie przemieszczalem, aczkolwiek spacerujac posrod starych i ciemnych uliczek poznym wieczorem ktoregos dnia, czulem sie rowniez dosc pewnie. Meksykanie sa stosunkowo niscy, chodza gdzies swoimi drogami, czesto patrzac w ziemie. W metrze ich twarze sa bez wyrazu, jednak gdy rozmawiaja ze soba bywaja bardzo zywiolowi, zwlaszcza mlodziez. Turysci, pomimo tego ze, jest ich sporo, to gina gdzies w calym tym balaganie i wrzasku. Meksyk jest bardziej zywy niz NYC, na Manhattanie rowniez byly tlumy ale panowala cisza, czego nie mozna powiedziec o tym miejscu.. Z tego dnia mam prawie 200 zdjec i to juz po selekcji. Jak zwykle na koncu posta zamiescilem kilka wybranych.

Kolejny dzien przeznaczylem na dalsze wypady. Skorzystalem z przystepnej oferty hostelu i zabralem sie wraz z niewielka grupka mlodych ludzi (dwoch wlochow, kanadyjczyk i japonka) na wycieczke do Teotihuacan, jednego z wiekszych stanowisk archeologicznych w calym Meksyku. Ogromne, ‘swiete miasto’ bylo waznym osrodkiem religijnym i gospodarczym, a jego swietnosc przypada na IV-VII wiek. Zostalo wybudowane przez przedaztecki lud, o ktorym wciaz niewiele wiadomo, jako ze nie znali pisma. Zadziwia uklad urbanistyczny miasta, niezwykle przemyslany i sprawnie funkcjonujacy – z systemem magazynowania wody, czyms na ksztalt kanalizacji, szerokimi alejami. Wg szacunkow archeologow, miasto bylo zamieszkiwane przez ponad 200 tys. ludzi! Prace archeologiczne trwaja do dzis i jak powiedzial nam przewodnik z hostelu, odkryto przez 100 lat zaledwie polowe obiektow. Najwazniejszymi i najbardziej imponujacymi budowlami na terenie Teotihuacan sa dwie piramidy poswiecone rownorzednym bogom – Slonca i Ksiezyca. Widok z obu swiatyn rzeczywiscie jest dosc niesamowity ;) Dosc niesamowici byli tez sprzedawcy pamiatek, wyjatkowo natretni.. Zanim jednak dotarlismy do Teotihuacan odwiedzilismy kilka miejsc poza centrum miasta, takich jak np. Plac Mariachi, Plac Trzech Kultur (gdzie miala miejsce nieslawna masakra protestujacych studentow w 1968 roku) oraz Sankturium Matki Boskiej z Guadalupe. To ostatnie uznawane jest za najswietsze miejsce obu Ameryk i jest najwiekszym Sanktuarium Matki Boskiej na swiecie, odwiedzanym rocznie przez 12 mln pielgrzymow. Dla porownania, drugim sanktuarium, pod wzgledem liczby odwiedzajacych pielgrzymow, jest to w Lourdes (6 mln), a dalej Fatima (5 mln), gdzie mialem okazje byc przy okazji przejazdzki po Portugalii oraz nasza Czestochowa (4 mln). Na moich oczach do Bazyliki dotarla kolorowa pielgrzymka, co dodalo troche smaczku tej wizycie. Niestety trzeba powiedziec, ze miejsca nie odebralem jako ‘niesamowitego’. Atmosfera jaka tu panuje bardziej przywodzi na mysl jarmark lub jakas galerie handlowa. Komercja jest wszedzie. By dotrzec do Sanktuarium mozna isc przez Aleje Pielgrzymow, ktora wiedzie po srodku duzej i ruchliwej ulicy, natomiast jesli jest sie zmotoryzowanym trzeba wjechac na podziemny parking, a nastepnie przejsc przez dluga alejke sklepow z dewocjonaliami w podziemiach.. Wyobrazcie sobie, ze zamiast myjni itp. w podziemnych parkingach galerii handlowych znajduja sie sklepy, w ktorych mozna kupic m.in. wszelakiej masci medalioniki, koszulki z imieniem (np. takim typowo meksykanskim – Jennifer), swiete kubki, czapeczki, figurki, a nawet ludzkiej wielkosci posagi Matki Boskiej, gdyby ktos chcial postawic sobie zaraz obok TV.. Wchodzac na glowny plac mozna juz podziwiac mnogosc budowli sakralnych na terytorium Sanktuarium (jest ich chyba z 5, w tym dwie bazyliki, gdyz pierwsza, po trzesieniu ziemi w Meksyku w 1985 roku, podczas ktorego zginelo prawie 7 tys. ludzi, zaczela osuwac sie, jak z reszta wiele innych budnkow w miescie). Jak zwykle, cale to ‘zamieszanie’ jest konsekwencja objawienia sie komus Matki Bozej. W tym przypadku aztekowi, sw. Juanowi Diego. Jest to o tyle ciekawe, ze jest to najstarsze objawienie maryjne oficjalnie uznawane przez kosciol katolicki. Po zobaczeniu tego sanktuarium stwierdzam, ze zdecydowanie juz mi starczy takich miejsc.. przynajmniej narazie. Warto bylo zobaczyc to raz, ale jak zobaczylem sztuczne konie, na ktorych mozna sobie zrobic zdjecie pod kosciolem, to zwatpilem.. Odwiedzilismy takze rodzinny warsztat, w ktorym w tradycyjny sposob wytwarza sie figurki i ozdoby z obsydianu oraz przerozne produkty z roslin, glownie z agawy i kaktusow. A tych jest calkiem sporo, jak sie okazuje. Zaprezentowano nam np. jak sie otrzymuje igly i nici z agawy, jak mozna je w naturalny sposob barwic, a takze co mozna z nich utkac. Potem degustowalismy likiery powstajace ze sfermentowanego soku z wnetrza tej rosliny i inne alkohole robione na bazie kaktusow. Na koniec byl poczestunek zlozony z tradycyjnych meksykanskich dan, przygotowanych w domowych warunkac, a wszystko to w rytm muzyki, ktora gral na klawiszach i bebnach i do ktorej spiewal nasz kierowca busa ;)

Po powrocie, wieczor spedzilem w barze na ostatnim pietrze naszego hostelu, w towarzystwie dwoch, poznanych wczesniej wlochow, Luki i Pierra (z ktorym byc moze zlapiemy sie gdzies pozniej w Ameryce Poludniowej, podobnie jak ja gra w siatke i jest chetny na jakies chodzenie po gorach. Ma lot powrotny z Buenos Aires w maju, wiec kto wie?) oraz dosc wyluzowanego Paula z Anglii (31 lat) ktory sprzedal w Londynie mieszkanie, wszystkie plyty CD i przylecial do Meksyku by uczyc angielskiego, a potem podrozowac na poludniu motorem, jak juz sie dorobi. Taka dosc zyciowa decyzja, bym powiedzial.. ;) W pewnym momencie dolaczyl do nas chlopak z Ameryki (‘jestem z fajnego miasta, San Diego, jest ok, kulturalne bardzo, mamy duzo kin…’ ;) – ale trzeba przyznac, ze w gruncie rzeczy bardzo sympatyczny). Pojawil sie tez smieszny gosc z Holandii. Rozmawialismy do pozna o roznych pomyslach na podrozowanie, o nurkowaniu, zeglarstwie, surfingu (Paul jest surferem i opowiadal o jakis 18m falach na srodku oceanu, podobno jest to gdzies na Youtube) i sytuacjach w roznych krajach.

Dzis wieczorem ma byc jakas impreza w hostelu, wiec tez moze byc ciekawie. To bedzie moj ostatni dzien w Mexico City, jutro planuje sie juz ruszyc stad, ale nie zdradze, poki co, planow na nastepne 3 czy 4 dni. Powiem tylko tyle, ze jestem dosc podekscytowany ;) Napisze za kilka dni po wszystkim, a tymczasem proponuje Wam obejrzenie galerii wybranych zdjec z ostatnich dwoch dni.

ave! ;)


10 comments to Ciudad de Mexico

  • ania says:

    I doczekałam się kolejnej relacji. Dzielnie sobie radzisz, fajne miejsca wyszukujesz i odwiedzasz. Ja dziś słuchając mojej ulubionej Trójki usłyszałam od p. Cejrowskiego, że właśnie teraz rozpoczyna się w Meksyku wielki festyn św. Łucji.
    Festiwal muzykantów (nie muzyków)z całego świata…Sprawdź Kuba co to jest i nam napisz.
    I trzymaj się dzielnie.Pa

  • Rapsa says:

    Cejrowski to cienias przy Tobie. Pisz Fredi jak najwięcej bo czyta się rewelacyjnie! Uważaj na siebie i działaj;]

  • johny says:

    gościu, przyslij nam tu dhlem z tenochtitlán jakas fajna Mendes. niech weźmie do torebki troche sativy. pokój loco

  • kacper says:

    ‘za przeproszeniem rajstopy’ hehe to jakis klasyk od nas z liceum chyba?:)

  • kacper says:

    ale oprocz tego Teotihuacan to na fotach nie wyglada specjalnie inaczej od miast w US i Europie

  • fred says:

    heh, owszem, to klasyk fuksiewicza ;) rzeczywiscie, pod wzgledem architektury centrum, zwlaszcza tych nowszych budynkow, miasto nie odbiega wygladem od miast europejskich. Trzeba jednak wyjechac kawalek poza centrum by zobaczyc jak zyja ludzie i ze mimo wszystko troche inaczej jest. Ja przejezdzalem pare razy przez rozne dzielnice, raz bylem bez aparatu, a raz zza szyby busa nie chcialem robic zdjec, ale troche widzialem. W kazdym razie mysle ze najwieksza roznica to mentalnosc ludzi, ten tlok na ulicach, wrzaski, ciemne zaulki i pewnie jeszcze kilka rzeczy.. Cala reszta jest na wysokim poziomie, jest bezpiecznie stosunkowo, dworce sa ladne i czyste, place odrestaurowane – oni czerpia ogromne zyski z turystyki i doskonale wiedza, co jest wazne. Natomiast przyslowiowy szkopul tkwi w szczegolach i takich smaczkach, ktore ciezko mi bylo przedstawic na zdjeciach. To rozne sytuacje, ktorych bylem swiadkiem, dziwni ludzie i zachowania, tance indian na ulicach.. czesc rzeczy jest taka sama jak na calym swiecie a czesc zupelnie inna. ale rzeczywiscie czulem sie przez wiekszosc czasu prawie jak w europie..

    Co do mapki,o Kate pytala, to zobacze, co da sie zrobic w wolnej chwili..chociaz rownie dobrze mozna wpisac sobie nazwe miejscowosci w google maps i.. tadaaam! ;)) howgh! ;)

    ps. janek, twoj komentarz musialem niezlych kilka minut rozkminiac ;)

  • tomuś says:

    Paul mógł mówić o dwóch miejscówkach – Mavericks:
    http://www.youtube.com/watch?v=Muq9XM1BpoA&feature=related
    lub Cortes Bank:
    http://www.youtube.com/watch?v=mDqE9iR20O8&feature=related
    Obie są w pobliżu (jeżeli można tak powiedzieć) wspomnianego San Diego ;) Jedne z najbardziej niebezpiecznych punktów dla sportów wodnych…czyli w sam raz dla Ciebie Fred ;)
    Trzymaj się :)

  • Kate says:

    Freeeed,ja google maps uwielbiam i często korzystam (za sprawą tego bloga też) ale taka mapka z boku, z drugiego Twoja relacja live i…wiesz jak jest, efekt jest, co nie;)??

  • johny says:

    nie rozkminiaj tam dużo, tylko cykaj foty!!!! fuks z “rajstopami” wyjeżdżał w sentymentalnych chwilach wspominania wyjazdow za gierka na Kube. kup tam jedne rajstopy, pojedzie sie jeszcze do Hawany, porownamy gatunkowo ;) dzisiaj pileczka byla grana, jak wrocisz to ma byc pokaz “brazyliany”. elorap

  • Adriano says:

    Hej Fredi, jakbyś miał okazję, to Magda Fuhrmann prosi Cię o wzięcie katalogu IKEI, bo zbiera z całego świata :)

  • Zostaw komentarz

    Copyright © grand tour
    bezsensu studio - fred 2010

    info

    grand tour jest oparty na systemie WordPress i wykorzystuje zmieniony przez autora bloga skin SubtleFlux.